niedziela, 12 lipca 2015

Cyfrowa lekcja biznesu nie tylko dla wydawców


Jeszcze 10 czy 15 lat temu nie wyobrażałem sobie wyjazdu na wakacje bez zabrania ze sobą dwóch rzeczy: aparatu fotograficznego (kiedyś analogowego) i kaset a potem płyt CD. Dziś jedno i drugie mam, jak miliony innych internautów, w... smartfonie. I aparat, i subskrypcje muzyczną. Na zdjęciu jakie wykonałem smartfonem we Florencji 2 lata temu grupa japońskich turystów, w charakterystycznej dla siebie sytuacji, przed katedrą Santa Maria del Fiore. Niewiele widać aparatów fotograficznych, za to niemal wszyscy unoszą smartfony... Symptomatyczne.

Rozwój nowych technologii i usług zabija zwykle stare modele biznesowe. To naturalny proces. Sztuka w tym, by uchwycić moment i „załapać się“ na prąd zmian. Niewielu pamięta, że to właśnie Kodak pierwszy posiadał aparat z cyfrową rejestracją zdjęć, ale nie docenił rozwoju tej technologii i kilka lat później został ze swoim kliszowym biznesem na lodzie. Smartfony z coraz lepszymi możliwościami robienia zdjęć zabijają aparaty fotograficzne. Płyta CD wciąż jeszcze żyje, ale po Spotify przyszedł już czas na Apple Music i Google Play Music. Więc jadąc na wakacje nachodzi mnie myśl: po co zabierać ze sobą stos płyt...

Apple, Google i Facebook konkurujące ze sobą tworzą kompletne ekosystemy produktów i usług. To w nich użytkownik ma zaspokoić wszystkie potrzeby. To po jego upodobaniach i zachowaniach oferowane mu będą coraz precyzyjniej dopasowane reklamy. A my zostawiając cyfrowe ślady (dane) w różnych produktach stworzymy tym samym w internecie miejsce (ekosystem) atrakcyjne dla reklamodawców.

Warto już dziś szukać odpowiedzi na pytanie: gdzie w tym będzie za 5 czy 10 lat miejsce dla wydawców, dla podmiotów tworzących treść? Facebook oferuje Facebook Instant, a Google systematycznie zdobywa kolejne przyczółki na polu tworzenia contentu, np. w YouTube, czyli treści tworzone przez samych użytkowników. Nie cieszy mnie obietnica Facebooka, że uczciwie podzieli się zyskami z reklam, raczej martwi, że wchodząc w taki program wydawca uczy użytkownika serwisu społecznościowego, że nie musi zaglądać na stronę danego brandu. Wkrótce może w ogóle przestać trafiać do stron podmiotów tworzących treść (może to jest mniej ryzykowne jest dla dużych marek typu NYT, Guardian czy CNN) i ruch na stronie zmniejszy się. A nowe pokolenie internautów nie będzie mieć potrzeby docierania np. do strony jakiejś gazety, portalu...

Użytkownik takiego ekosystemu nie będzie się zastanawiał się, wychodził, szukał. Treść poda mu Facebook. Czyż wielu internautów będzie się zastanawiać gdzie ona powstała, kto jest jej właścicielem, czy istnieje jakaś redakcja? Może to Facebook czy Google jest redakcją? Jestem w stanie sobie wyobrazić cyfrowy świat zdominowany przez wielkie systemy mielące użytkownika i treści, obojętne własne czy cudze. Ze znikomą, coraz mniejszą rolą tych, którzy ponoszą koszty tworzenia treści – wydawców. A może wkrótce na konferencja prasowych, eventach sportowych, w miejscach wielkich wydarzeń zobaczymy dziennikarzy z logo Google, Facebooka, czy nawet Apple?

Wydawcy, rozumiani nie li tylko jako wydawcy prasowi, są zdeterminowani, by zarabiać więcej na aktywności cyfrowej. Problemem dla nich nawet nie jest to, że spadają nakłady gazet, a raczej to, że budżety reklamowe przesuwają się coraz szybciej do internetu. A tam model biznesowy oparty jest bardziej na monetyzacji zasięgu niż sprzedaży dostępu do treści. Prasa i pewnie też telewizja (rozumiana tutaj jako nadawca linearnie nadawanych programów) zmierzą się z nowym sposobem konsumpcji treści. I rolą oraz miejscem jakie oferuje im ten kto posiada ów zasięg. I dyktuje warunki.

Podczas ostatniej konferencji INMA w Helsinkach przedstawiciel fińskiego wydawnictwa Sanoma mówił, że ich prawdziwym przeciwnikiem są "duże misie" – big boy (Facebook i Netflix). Pozostawiając z boku wielkie słowa o misji, o dziennikarskich powinnościach warto chwilę zastanowić się jak sprawić, by wydawców nie czekał los aparatów fotograficznych i płyty CD. One nadal są na rynku, może i nawet uznawane za produkty oraz usługi jakościowe. Zaspokajają potrzeby użytkownika, ale masowy odbiorca ich unikalnej kiedyś wartości (robienie zdjęć, słuchanie muzyki) jest gdzie indziej bo w smartfonie. W systemie usług i konsumpcji treści u dużego gracza.

Za progiem czyha już podmiot, który potrzebę użytkownika bycia poinformowanym potrafi zaspokoić. Może dziś jest to treść cudza, może nawet nie jest jakościowa, może podmioty te nie potrafią wytwarzać jeszcze wiarygodnej własnej treści. Może... Jednak ogólnoświatowi gracze ze swoimi zasięgami, jednocześnie systematycznie uzależniając wydawców od swych ekosystemów (wydawcy chcą mieć ruch płacą za Adwords, czy kampanie na Facebooku) potrafią dać reklamodawcy najwyższą wartość: dotarcie do usera.

***
PS Nie znam odpowiedzi na stawiane w felietonie pytania. Ale któż nie chciał by ich znać :)

sobota, 23 maja 2015

Internet, głupku! Dlaczego wybory wygrywa się dziś w sieci


Wybory parlamentarne, prezydenckie czy samorządowe już nigdy nie będą takie same jak 10 czy 20 lat temu. Rosnące znaczenie internetu, a zwłaszcza sieci społecznościowych sprawia, że każdy kto myśli o zdobywaniu lub utrzymywaniu władzy musi nauczyć się wykorzystywać do swoich celów najpowszechniejszy dziś kanał komunikacji jakim jest internet.

65 lat temu John Kennedy wygrał debatę telewizyjną z Nixonem m.in. dlatego, że był przystojniejszy, młodszy od swego kontrkandydata. Po prostu podobał się widzom. Telewizja od tego czasu pozostaje nadal kanałem jednokierunkowej komunikacji (nadawca - odbiorca), a świat i sposób docierania do informacji gwałtownie zmienił się wraz z rozwojem internetu. Chciałem tym wpisem, podczas ciszy wyborczej, zmierzyć z tematem wpływu internetu na wybory. Kilka faktów przemawiających za tezą postawioną w tytule.


Po pierwsze rosnący zasięg w sieci


Dziś w internecie jest już ponad 20 mln Polaków co oznacza, że nawet jak odejmiemy tych, którzy nie mają prawa wyborczego jest nas tu więcej niż zwykle chodzi na wybory. Co ciekawe najszybciej i najwięcej przybywa teraz internautów ze starszych kategorii wiekowych. Przekonanie polityków iż najlepiej docierają do elektoratu (starszego?) nadal używając reklam w tv jest zatem błędem. Nie trzeba też wielkiej analityki, by dostrzec, że aktywność internetowa gwałtownie rośnie i poświęcając na ten kanał coraz więcej czasu jednocześnie mniej uwagi przeznaczamy na inne media. Mimo coraz powszechniejszego multitaskingu, czyli jednoczesnego korzystania z wielu mediów – patrz screeny z raportu IAB Polska - DigitalScope2014 dostępnego tutaj. Nie tylko tradycyjna prasa, ale i TV cierpi na tym trendzie. W młodszych kategoriach wiekowych telewizję zastępują portale typu YouTube, czy kanały social mediowe. Młodzi jasno deklarują, że nie mają telewizora bo dla nich linearna telewizja to przeżytek; wystarczy im ekran laptopa do tego, by oglądać ulubione seriale w aplikacjach, VOD czy serwisach typu Netflix.

Po drugie social media


Ludzie nie wierzą w to, co im mówicie, rzadko wierzą w to, co im pokazujecie, a często za to wierzą w to, co mówią im znajomi. I zawsze wierzą w to, co sami przekazują innym – twierdził znany bloger Seth Godin.

Kanały social mediowe jak Twitter, Facebook, a także Instagram, czy Snapchat czy WhatApps pełne są kręgów znajomych. Autentyczność wielu profili oczywiście bywa wątpliwa. Pamiętam sytuację z serwisu Wiadomosci24.pl gdzie po długim śledztwie (sprawdzanie IP komputera, etc.) okazało się, że jeden z użytkowników miał 6 (słownie sześć!) tożsamości. Sam ze sobą rozmawiał, komentował, chwalił. Znajomy opowiadał mi też historię związaną z jednym z największych forów w sieci gdzie po długim czasie okazało się, że 6 grup, czy wątków prowadził jeden obywatelski moderator (dwie tożsamości). Sęk w tym, że 3 były poświęcone miastu z którego pochodził, a pozostałe drugiemu miastu, które od lat z nim rywalizuje. Wszystkich zastanawiało wyjątkowo dużo pozytywów w jednym mieście i nagromadzenie afer, negatywnych wątków w drugim…

Czego to dowodzi? Że jeden zaangażowany fan, a tym bardziej fanatyk partii czy pomysłu może mieć wielki wpływ na to co dzieje się w przestrzeni publicznej. 100 ludzi z grupą znajomych od 300 do 500 osób to już zasięg nawet 30 do 50 tys. a szybko rozprzestrzeniający się mem, tweet, wpis na FB, czy nagranie z YouTube’a zrobione kamerą w telefonie to siła, którą trzeba wykorzystywać a nie lekceważyć. Partie i ich czołowi politycy, którzy zatrzymali się na jednokierunkowym przekazie (tv, radio, prasa) mogą szybko zniknąć ze sceny.

Warto zwracać uwagę na to, że wszyscy jesteśmy zalewani informacjami, mnogość kanałów przekazu. Mamy zatem mniej czasu na zarządzanie informacjami jakie do nas płyną. Staramy się minimalizować wysiłek w dotarciu do informacji, a jednym ze sposobów optymalizowania tego procesu wyszukiwania i selekcjonowania jest wykorzystywanie „filtru” jakie tworzą samorzutnie społeczności. Co to oznacza? Czytam i oglądam to czym interesują się, co czytają znajomi na Twitterze czy Facebooku. Ale tym samym częściej wierzę w otrzymywane od znajomych informacje, podzielam ich opinie oraz udzielają mi się ich emocje!

Kanały social media to bomba z opóźnionym zapłonem. Kto nie dostosuje się do reguł gry panujących w internecie, a zwłaszcza nie obłaskawi technik – nazwijmy to po imieniu – wpływania na innych, manipulacji, sterowania przekazem może zapomnieć o poparciu. Serwisy social media gigantycznie skróciły dystans między politykami a wyborcami, dając obywatelom poczucie wpływania na rzeczywistość. Niemal 2 lata temu gdy w Polsce na dobre zaistniał Instagram pisałem na blogu m.in. …w cyberprzestrzeni za sprawą Twittera, Facebooka czy Instagramu możemy poczuć się i bliżej pewnych osób, i równocześnie bardzo daleko. Śledzenie profili VIP–ów jest skracaniem tego dystansu, kliknięcie w “lubię to”, komentarz pozwala mieć złudzenia, że "znamy się z celebrytą, politykiem"...

Po trzecie całkowita demokratyzacja przepływu informacji

 

Świat cyfrowy to świat wielu “centrów” przekazu. To nie TV czy prasa dziś narzuca ton publicznej debacie, ale sytuacje kreowane w kanałach cyfrowych. Wydarzenie “wykreowane” przez udostępniane czy retweetowanie przez internautów stają się przekazem dnia, to o nie pyta się polityków w wywiadach dnia w stacjach Tv.

Politycy zapomnieli chyba, że internet, nawet jeśli nie obejmuje dziś całego elektoratu zwielokrotnił przekaz. Co więcej znacznie ograniczona jest dziś rola dawnych selekcjonerów informacji (komentatorzy, uporządkowane media gdzie ktoś selekcjonuje informacje typu radio, tv, prasa) i występuje błyskawiczne sprzężenie zwrotne. Opinię na temat danej treści politycy, sztabowcy, marketingowcy mają natychmiast, a sami odbiorcy skutecznie wpływają na formę i zawartość przekazu. Konferencja prasowa w Sejmie i przekaz dnia natychmiast schodzi na drugi plan gdy wydarzenia - np. na Twitterze - ktoś umiejętnie skomentuje, przekręci, zamieni w mema.

Warto pamiętać, że internauci zawsze korzystają z informacji kiedy chcą, co więcej mogą korzystać z informacji gdzie chcą (prasa, radio, tv, internet), zwykle korzystają z informacji jak chcą, zawsze korzystają z informacji jakie samodzielnie wybierają, chętnie korzystają z informacji, które mogą współtworzyć! Co to oznacza? Tworzenie memów, linkowanie nowych grup, udostępnianie treści, które zgodne są z emocjami jakie w tej chwili rządzą moim nastrojem…

Po czwarte komórkowa demokracja


Demokratyzacja przyspieszyła jeszcze wraz z mobilno-smartfonową rewolucją. Banałem jest dziś stwierdzenie, że szybciej wrócimy się do domu po zapomniany smartfon niż po portfel z dokumentami. Jak widać z ostatnich dużych badań (przełom kwietnia i maja) prowadzonych przez firmę SW Research na potrzeby konf. Generation Mobile 2015 na prawie 5,5 tys. przebadanych użytkowników internetu, odsetek posiadaczy smartfonów wśród Polaków w młodszych kategoriach wiekowych sięga prawie 90 procent populacji, a nawet wśród starszych przekracza 50 %. Jakie są tego konsekwencje, wystarczy spojrzeć na inne badania prowadzone w 2013 roku przez zespół Kleiner Perkins Caufield Byers.

Przeciętny użytkownik smartfona sięga po niego i spogląda na ekran aż 150 razy w ciągu dnia! Z tego aż kilkanaście razy by użyć serwisu social media, sprawdzić newsy czy ogólnie serfować w sieci. Owa „komórkowa demokracja” jest dziś jeszcze na etapie aktywnego konsumenta, który włączył się w proces decyzyjny. To trochę wciąż wypełnianie definicji Web 2.0 gdzie podział jest dość prosty 1 na 100 tworzy treść, 10 komentuje (udostępnia, lajkuje, itp., itd.), a 89 tylko czyta.

Nic nie stoi na przeszkodzie, oczywiście poza oporem mentalnym i politycznym obecnych partii, by wykorzystać smartfony do zwiększenia frekwencji w wyborach. Skoro można robić selfie, można autoryzować transakcje bankowe, czemu nie głosować w wyborach z użyciem aplikacji? To realne, możliwe i bardzo istotne dla naszej demokracji – włączenie wielu obywateli w proces decyzyjny. Trzeba tylko zmienić kilka przepisów i ustaw. Nagle może się okazać, że frekwencja w wyborach może znacząco wzrosnąć, zwłaszcza w młodszych kategoriach wiekowych.

Po piąte Partia Internautów


Już w 2007 roku w serwisie Wiadomosci24.pl, który wówczas prowadziłem postanowiliśmy się zabawić (początkowo był to tylko żart) w futurologię. Umieściliśmy w sondzie przed ówczesnymi wyborami nieistniejącą Partia Internautów – okazało się, że zebrała kilkanaście procent głosów. Pomysł na zdemokratyzowane działanie takiej partii był prosty, ale i mocno kontrowersyjny, cyt. Wyobraźmy sobie głosowanie posła partii PI - laptop na kolanach, na ekranie wyniki głosowania internautów w każdej ze spraw, jaką ma zajmować się Sejm. Poseł patrzy na wyniki odpowiedniej sondy zamieszczonej na stronie PI i oddaje głos tak, jak tego sobie życzy większość. Proste, prawda?


***

Ten wpis powstał nie po to, by dotykać bieżących wydarzeń z kampanii prezydenckiej, która dziś zamilkła w ramach ciszy wyborczej. To jeszcze jeden relikt z przeszłości tak wyraźnie kwestionowany samym tylko istnieniem internetu. Jej zniesienie to dla mnie pierwszy krok do włączenia większej części społeczeństwa w demokratyczny proces wyborczy. Gdyby ciszy nie było sieć tętniłaby kampanią i do ostatniej chwili ważyłyby się losy wyniku. A czyż nie o powszechny udział w wyborach nam wszystkim chodzi, o bardziej reprezentatywny wybór?

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Lekcja Łukasza Jakóbiaka, czyli dotarcie przede wszystkim

Łukasz Jakóbiak, autor wywiadów „20m2“ swoim materiałem z prezydentem Bronisławem Komorowskim sprawił, że świat starych mediów kolejny raz mocno zderzył się ze światem videoblogerów. Na chwilę uświadomił wielu dziennikarzom, że poza redakcjami pojawiły się skuteczne (reklamowo) inicjatywy.

Pomijając inne aspekty całej historii (autor formatu na YT proponował wywiady innym kandydatom czy jednak nie proponował?) warto zwrócić uwagę na dwie kwestie. Odniosłem wrażenie, że zaskoczeniem dla wielu obserwatorów było to, że jest ktoś taki jak Łukasz oraz, że jego programy mają tak wysoką oglądalność. Na naszych oczach „stare media“ spotkały się z nowymi mediami. Setki tysięcy odsłon, a niektóre odcinki nawet ponad milion dowodzą, że YouTube jest już kanałem z olbrzymim zasięgiem. Trzeba mieć tylko pomysł i umiejętnie go wykorzystać dla budowy własnego przekazu, do promocji formatu. O tym, że nie jest to takie proste przekonał się m.in. Szymon Majewski, któregoprofil YT śledzi 111 tys. (Jakóbiak – ponad 266 tys.). Dziś, po kilkudziesięciu godzinach od publikacji tylko w sieci odcinek z Bronisławem Komorowskim obejrzało ponad 117 tysięcy internautów!

Po drugie największym wygranym tej historii nie jest bynajmniej sztab Komorowskiego czy on sam, a autor ciekawego formatu video. Doczekaliśmy czasów gdy kampania wyborcza rozgrywa się na blogach, portalach z memami i YouTube. I m.in. dlatego trudno się dziennikarzom tradycyjnych mediów pogodzić z myślą, że media i zasięg nie są już przypisane do telewizji, prasy czy radia. Oburzenie wielu mogą budzić wysokie wynagrodzenia o jakich mowa gdy ktoś pisze o polskich szafiarkach. Tylko czy z równym zapałem przytaczane są zasięgi jakie one osiągają? Np. Jessicę Mercedes Kirschner na Instagramie śledzi 229 tys. internautów! Każda jej stylizacja tak licznie oglądana warta jest wiele, to żywy „słup“ reklamowy z atrakcyjną grupą docelową. Podobnie autor programu 20m2. Jakóbiak umiejętnie  wykorzystuje popularność prowadząc wykłady motywacyjne. Pod koniec kwietnia weźmie udział w dużym mitingu na stadionie w Poznaniu, obok słynnego Nicka Vujicica.

Subskrybenci programu AbstrachujeTV to ponad 1 mln 640 tys. użytkowników YT. Kto z dziennikarzy, może pomijając gwiazdy posiadające własne programy telewizyjne (Lis, Olejnik, Wojewódzki), może pochwalić się takim dotarciem? Krytykowani za rozrywkowe pomysły, "ulotność" treści wszelkiej maści popularni blogerzy, videoblogerzy i gwiazdy Instagramu wiedzą coś o nowych mediach co nadal z trudem przebija się do świadomości wielu dziennikarzy.

Nowe media są trzeba tylko z nich korzystać i systematycznie budować własny zasięg. Taki ma już Jarosław Kuźniar, czyli ponad 222 tys. followersów na Twitter. Dziś kluczowe słowo w mediach to bowiem DOTARCIE. A, że ktoś nie znał do tej pory Łukasz Jakóbiaka lub innych gwiazd nowych mediów – to nie wstyd. Lepiej jednak, by dalej było to spotkanie dwóch światów niż zacięta wojna, zwalczanie. Bo „oni“ mają za sobą publikę, niemal namacalnie policzalną. Może warto się od nich czegoś nauczyć?

sobota, 4 kwietnia 2015

Skuteczna internetowa ofensywa wydawców prasy

Ostatnie wyniki PBI/Megapanelu ze stycznia 2015 stały się inspiracją do wpisu mającego zaprzeczyć powszechnej jeszcze ciągle opinii, że wydawcy nie radzą sobie w internecie. Nadal można usłyszeć opinie fachowców (i pseudofachowców), że prasa skazana jest na powolną śmierć, a postępowanie wydawców w świecie cyfrowym - łagodnie mówiąc - jest bojaźliwe, mało skuteczne a decyzje nie przystają do potrzeb internautów.

Te krytyczne głosy coraz bardziej mnie drażnią bo są oderwane od faktów. Przyjrzałem się zestawieniu 20. największych podmiotów w polskim internecie ze stycznia 2015 r. Aż 5 podmiotów to gracze światowi: Google, Facebook, YouTube, MSN i Wikipedia. Ale aż 7 to spółki należące do wydawców prasowych, część z nich doszła do tego miejsca rozwijając się generycznie przez ostatnich kilka lat, inne po prostu kupując internetowe podmioty. A zatem na miejscu 5. Onet to dziś własność spółki Ringier Axel Springer Polska, 7. Interia od kilku lat należy do Bauera, 8. Agora, czyli Gazeta.pl, 10. Polska Presse Group, czyli połączone zasięgi dawnej Polskapresse i Mediów Regionalnych, 12. To ZPR Media czyli Murator i Se.pl, 17. Edipresse a 18. Grupa Gazetaprawna.pl, czyli połączony zasięg Infor Biznesu i Infor.pl.


Postęp jaki jest udziałem wydawców najlepiej widać gdy porównamy pierwszą 20. z tego roku i sięgniemy do statystyk sprzed 10 lat. W styczniu 2005 roku pierwsza 20. wyglądała zupełnie inaczej – patrz screen. Wśród największych podmiotów na 9. miejscu był jedyny wydawca Agora, czyli grupa Gazeta.pl z zasięgiem 32,7 % (teraz 53,6 %). Interię Bauer kupił dopiero 1,5 roku później, czyli pod koniec 2007 r. Za to znajdujemy w pierwszej 20. zestawieniu Gadu Gadu, Wapster.pl, Idg.pl i Gery.pl. Obserwując kolejne lata łatwo zauważyć, że po wielu spółkach internetowych i ich mocarstwowych zamiarach pozostało jedynie wspomnienie. Gdzie dziś jest Pino.pl w 01.2007 r. zajmujące 12 miejsce i mające zasięg 25,2 %, a w 01.2008 miejsce 16. i zasięg 20,34 %? Gdzie jest dziś z Fotka.pl – 01.2009 zasięg 22,04 %, albo z PF.pl i Pkt.pl odpowiednio 14. – 20,64 % i 15. – 20,50 % w styczniu 2009 roku.

Oddzielnie warto oceniać pozycję i miejsce trzech najstarszych i największych portali. Gdzie byłyby gdyby nie proces fuzji i przejęć w ostatnich miesiącach. Niegdyś byli inni duzi gracze notowani w pierwszej dwudziestce, jak Money.pl jest dziś częścią Wp.pl a ta wcześniej połączyła się swój zasięg z o2.pl, z kolei słabnąca NK „rozpłynęła się“ przecież w grupie Onet-RASP. Onet-RASP bez serwisów i ich zasięgów jakie zbudował przez kilka lat wydawca prasy (Fakt, Newsweek, Przegląd Sportowy) też nie byłby dziś graczem z ponad 70 % zasięgiem. Porównajmy także zasięg samych portali (bez zaagregowanych innych domen) i największego dziś serwisu gazety w Polsce, czyli Fakt.pl. Otóż Onet i Wp mają tylko ok. 28 - 29 % zasięgu, Fakt.pl już 19,44 % – dane za grudzień 2014 roku. Co będzie za rok albo dwa?

Jeszcze ciekawiej rzecz wygląda, gdy przyjrzeć się tylko kategorii Informacje i Publicystyka - screen. Jest ona dziś całkowicie zdominowana przez podmioty posiadające dużo treści. Wystarczyło kilka lat, by na czele były grupy i serwisy z zapleczem wydawniczym, telewizyjnym czy radiowym; nie dziwi także pozycja Natemat.pl – obojętnie jak oceniać serwis to przecież także twórca treści. Owszem ciągle wysoko są Wp, Interia, ale wiadomo, że Onet-RASP nie byłby liderem bez serwisów gazetowych. Wspomniany Fakt.pl jeszcze kilka lat temu w zasadzie nie istniał w sieci. Podobnie jak SE.pl – należący do ZPR Media. Na 2. miejscu jest dziś Polska Presse Group z zasięgiem 36,2 %, która jeszcze grudniu 2006 roku była reprezentowana w tej kategorii oddzielnie przez Naszemiasto.pl – 7,68 % i Wiadomosci24.pl – 2,91 % (miałem przyjemność zakładać i prowadzić ten ostatni serwis i dość szybko udało się mu zająć nawet 11 miejsce w tej kategorii z zasięgiem prawie 5 %). W owym czasie praktycznie nie istniały serwisy dzienników regionalnych Polskapresse, jak i Mediów Regionalnych, czyli dzisiejszych liderów zasięgu internetowego w niemal wszystkich województwach. Jako wieloletni pracownik Polskapresse i jego pionu internetowego mam prawo nawet twierdzić, że ogólnopolski projekt gazety Polska The Times opóźnił tylko szybką ekspansję w sieci wydawcy o jakieś dwa lata. Ale zostawmy to na ine dywagacje – dziś pierwsza 20. tej kategorii to przede wszystkim serwisy i grupy bazujące na własnym a nie agregowanym contencie.

Model prezentowany niegdyś przez Onet, Wp i Interię bowiem powoli staje się mało skuteczny. Aż chce się postawić tezę, że czas typowych portali agregujących treść kończy się. A dziś i Onet, i Wp wyraźnie podkreślają, że tworzą dużo własnej treści. Dowodzić tego ma projekt Autorzy w Onecie, czy silny nacisk na produkcję wideo w Wp. Nie dziwi, że ta grupa aktywnie pracuje nad przekonaniem rynku, że wchodząc na giełdę nie będzie wydmuszką oferującą tylko agregowane zewsząd treści (dobry ruch z Money.pl).

Zostawmy z boku same liczby. One tylko miały pokazać, że opinie o zapóźnieniu wydawców prasowych w internecie trzeba koniecznie i całkowicie zweryfikować. Wrażenie i opinie fachowców od „pure internetu“ pewnie się szybko nie zmienią bo wydawcy mają złą wiadomość dla internautów – kończy się epoka darmowej treści. Jeszcze trwa wzajemne przyglądanie się sobie, jeszcze panuje złudzenie, że wszystko będzie w sieci za damo, a paywalle zmniejszą oglądalność i internauci wybiorą darmowe zamienniki. Podtrzymuje to złudzenie także rosnąca rola Facebooka i Twittera, które dla wielu internautów stały się nową bramką do sieci. Już nie tylko Google, a kanały social mediowe są codzienną prasówką internautów. Wydawcy muszą być tam gdzie ich potencjalni odbiorcy stąd i ich aktywność tutaj, zobaczymy zresztą jak skończy się ta koegzystencja.

Pamiętajmy: tworzenie dobrej treści kosztuje. A model odsłonowy, czyli darmowa, agregowana treść to przede wszystkim wymuszanie kolejnych klików/odsłon. Powierzchni dla reklamodawców przybywa i będzie ona coraz tańsza. Ktoś kto szuka zasięgu kupuje odsłony bez kłopotu, wydając coraz mniej, a sam proces przeprowadzając coraz bardziej automatycznie.

Czy to będą paywalle, czy inne systemy nie wiem, ale jestem przekonany, że tak jak wydawcy nauczyli się już budować zasięg, tworzyć treść bezpłatną, dostępną tu i teraz będą coraz odważniej sięgać do kieszeni internautów. Agregujące treść portale są i będą za darmo, bo bezpłatna treść uzależnia internautów jak narkotyk. Stąd zasięgi nie będą jeszcze długo spadać, pytanie tylko - ważne dla reklamodawców - jaka jest jakość tego ruchu i samych internautów? Bo dość jasne jest, że kto będzie chciał informacji sprawdzonej, dobrej analizy, wywiadu, czy reportażu, opakowanej atrakcyjnie wizualnie infografiki musi się liczyć się z tym, że coraz częściej będzie musiał za nią płacić. Albo będzie skazany na medialną papkę niskiej jakości. To właściwie dość symboliczna gra słów. To pochodna od skrótu PAP - Polskiej Agencji Prasowej dostarczającej newsy do niemal każdego liczącego się gracza internetowego na rynku oraz od słowa oznaczającego przetrawioną, zaagregowaną papkę prostej, banalnej treści, która łatwo wchodzi do tępych głów.

W kilka lat wydawcy prasy z chłopca do bicia zmienili się w graczy dyktujących warunki w sieci. Ostatnio wydawca Puls Biznesu kupił Bankiera, czyli gracza internetowego. Nie odwrotnie. A to pewnie nie koniec tego typu posunięć wydawców...


***

W tekście używam danych m.in. ze strony http://panel.pbi.org.pl/megapanel.php wyrażonych w procentowym zasięgu a nie bezwzględnym - liczbowym. Internautów stale przybywa i rozsądnym kryterium porównawczym na przestrzeni 10 lat są dane zasięgowe. 

niedziela, 22 lutego 2015

Obama grozi palcem UE, a Google chce płacić Twitterowi


6 dni temu amerykański prezydent Barack Obama klarownie stwierdził: - Światowa sieć www należy do nas. To nasze firmy go stworzyły, rozwinęły i udoskonaliły. Mówił o tym w wywiadzie dla serwisu technologicznego Re/code. Skrytykował tym samym legislatorów z Komisji Europejskiej za tworzenie prawa, które ma powstrzymać ekspansję Google.

Słowa Baracka Obamy oczywiście spotkały się z reakcją europejskich polityków. – Być może prezydent Obama o tym zapomniał lub nie jest świadomy faktu, że autorami skarg w antymonopolowej sprawie Google są również firmy amerykańskie. Niektóre z nich, tak jak Yelp, mówią o tym otwarcie. Inne obawiają się zemsty – podkreślił europoseł Ramon Tremosa w wywiadzie dla Financial Times.

Wojna między amerykańskim gigantem Google, któremu urzędnicy KE zarzucają monopilizowanie rynku wyszukiwarek, przeniosła się już na polityczne salony. Koncern z Mountain View nie może pogodzić się z wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie tzw. prawa do bycia zapomnianym w internecie.

Ta polityczna gra toczy się gdzieś w tle negocjacji między USA i Europą nad umową TIIP, czyli Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji. Protesty przeciwko umowie ACTA były dość proste do zrozumienia – szczególnie ostro wybuchły w Polsce, gdzie internauci zgodnie uznali, że jej ewentualne wdrożenie odbierze im dostęp do bezpłatnej treści. TIIP to oficjalnie umowa handlowa budowana z myślą o małych i średnich firmach po obu stronach Atlantyku. Ma ona znieść bariery regulacyjne a obniżenie ceł ma otworzyć przed nimi nowe rynki zbytu.

- TTIP jest faktycznie poważnym zagrożeniem dla demokracji. Wynika to po pierwsze z planowane harmonizacji norm i standardów obowiązujących w UE i USA, a w praktyce równania ich do niższego poziomu, czyli do poziomu amerykańskiego. Oznacza to podporządkowanie procesowi deregulacji i prywatyzacji niemal wszystkich ważnych obszarów życia społecznego. Po drugie, planowane objęcie umową TTIP także mechanizmu rozstrzygania sporów między państwami a inwestorami (ISDS) może prowadzić do niemal całkowitego ubezwłasnowolnienia demokratycznych instytucji, w tym rządów i parlamentów – przestrzegała prof. Leokadia Oręziak w wywiadzie z Lidią Raś dla Gazetyprawnej.pl.

Wspomniany przez prof. Oręziak mechanizm ISDS może pomóc bronić swych interesów koncernom takim jak Facebook czy Google w sporach z poszczególnymi państwami. Firmy te, z politycznym wsparciem prezydenta USA, mają wielką szansę przeforsować swoje cele biznesowe wobec pojedyńczych krajów a nawet wielkiej UE.

Także ciekawie brzmią ostatnie zapowiedzi Google w sprawie współpracy z Twitterem. I one, przynajmniej na razie, nie wzbudziły zbyt wielkiego zainteresowania. A koncern z Mountain View zapowiedział, że za kilka miesięcy będzie indeksował w czasie rzeczywistym twetty w swoich wynikach wyszukiwania. Co więcej będzie Twitterowi za to płacił. Najprawdopodobniej zawarta zostanie umowa licencyjna, na mocy której Google zapłaci za dostęp do tych danych. Jakoś za to samo wydawcom na całym świecie Google płacić na razie nie chce. Jeśli dojdzie do takich rozliczeń wydawcy będą mogli tylko biernie przygladać się jak Twitter otrzyma pieniądze od Google m.in. za umieszczone tam twetty z linkami kierującymi do ich stron internetowych.

Na zdjęciu komunikat jaki wyświetla się internautom w Hiszpanii. Po wprowadzeniu prawa pozwalającego wydawcom pobieranie opłat za indeksowanie odnośników do ich stron Google oświadczył, że nie opłaca mu się utrzymywanie tej wersji językowej i - przynajmniej na razie - usługę wyłączył.
Ciekaw jestem teraz opinii internetowych "mądrali", którzy kilkanaście miesięcy temu dziwili się czemu Google ma płacić wydawcom za indeksowanie linków w Google News. Może ruch z Twitterem to dlatego, że Google nadal chce kupić Twittera. Oferował za niego na początku 2010 r. 2,5 mld, a pod koniec tego samego roku już 4 mld dolarów. Do transakcji nie doszło. Może bliższy związek obu firm coś oznacza?