niedziela, 22 lutego 2015

Obama grozi palcem UE, a Google chce płacić Twitterowi


6 dni temu amerykański prezydent Barack Obama klarownie stwierdził: - Światowa sieć www należy do nas. To nasze firmy go stworzyły, rozwinęły i udoskonaliły. Mówił o tym w wywiadzie dla serwisu technologicznego Re/code. Skrytykował tym samym legislatorów z Komisji Europejskiej za tworzenie prawa, które ma powstrzymać ekspansję Google.

Słowa Baracka Obamy oczywiście spotkały się z reakcją europejskich polityków. – Być może prezydent Obama o tym zapomniał lub nie jest świadomy faktu, że autorami skarg w antymonopolowej sprawie Google są również firmy amerykańskie. Niektóre z nich, tak jak Yelp, mówią o tym otwarcie. Inne obawiają się zemsty – podkreślił europoseł Ramon Tremosa w wywiadzie dla Financial Times.

Wojna między amerykańskim gigantem Google, któremu urzędnicy KE zarzucają monopilizowanie rynku wyszukiwarek, przeniosła się już na polityczne salony. Koncern z Mountain View nie może pogodzić się z wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie tzw. prawa do bycia zapomnianym w internecie.

Ta polityczna gra toczy się gdzieś w tle negocjacji między USA i Europą nad umową TIIP, czyli Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji. Protesty przeciwko umowie ACTA były dość proste do zrozumienia – szczególnie ostro wybuchły w Polsce, gdzie internauci zgodnie uznali, że jej ewentualne wdrożenie odbierze im dostęp do bezpłatnej treści. TIIP to oficjalnie umowa handlowa budowana z myślą o małych i średnich firmach po obu stronach Atlantyku. Ma ona znieść bariery regulacyjne a obniżenie ceł ma otworzyć przed nimi nowe rynki zbytu.

- TTIP jest faktycznie poważnym zagrożeniem dla demokracji. Wynika to po pierwsze z planowane harmonizacji norm i standardów obowiązujących w UE i USA, a w praktyce równania ich do niższego poziomu, czyli do poziomu amerykańskiego. Oznacza to podporządkowanie procesowi deregulacji i prywatyzacji niemal wszystkich ważnych obszarów życia społecznego. Po drugie, planowane objęcie umową TTIP także mechanizmu rozstrzygania sporów między państwami a inwestorami (ISDS) może prowadzić do niemal całkowitego ubezwłasnowolnienia demokratycznych instytucji, w tym rządów i parlamentów – przestrzegała prof. Leokadia Oręziak w wywiadzie z Lidią Raś dla Gazetyprawnej.pl.

Wspomniany przez prof. Oręziak mechanizm ISDS może pomóc bronić swych interesów koncernom takim jak Facebook czy Google w sporach z poszczególnymi państwami. Firmy te, z politycznym wsparciem prezydenta USA, mają wielką szansę przeforsować swoje cele biznesowe wobec pojedyńczych krajów a nawet wielkiej UE.

Także ciekawie brzmią ostatnie zapowiedzi Google w sprawie współpracy z Twitterem. I one, przynajmniej na razie, nie wzbudziły zbyt wielkiego zainteresowania. A koncern z Mountain View zapowiedział, że za kilka miesięcy będzie indeksował w czasie rzeczywistym twetty w swoich wynikach wyszukiwania. Co więcej będzie Twitterowi za to płacił. Najprawdopodobniej zawarta zostanie umowa licencyjna, na mocy której Google zapłaci za dostęp do tych danych. Jakoś za to samo wydawcom na całym świecie Google płacić na razie nie chce. Jeśli dojdzie do takich rozliczeń wydawcy będą mogli tylko biernie przygladać się jak Twitter otrzyma pieniądze od Google m.in. za umieszczone tam twetty z linkami kierującymi do ich stron internetowych.

Na zdjęciu komunikat jaki wyświetla się internautom w Hiszpanii. Po wprowadzeniu prawa pozwalającego wydawcom pobieranie opłat za indeksowanie odnośników do ich stron Google oświadczył, że nie opłaca mu się utrzymywanie tej wersji językowej i - przynajmniej na razie - usługę wyłączył.
Ciekaw jestem teraz opinii internetowych "mądrali", którzy kilkanaście miesięcy temu dziwili się czemu Google ma płacić wydawcom za indeksowanie linków w Google News. Może ruch z Twitterem to dlatego, że Google nadal chce kupić Twittera. Oferował za niego na początku 2010 r. 2,5 mld, a pod koniec tego samego roku już 4 mld dolarów. Do transakcji nie doszło. Może bliższy związek obu firm coś oznacza?

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Internet 2015? Dojrzały kanał, zaostrzająca się rywalizacja. Rosnąca rola wydawców i e-commerce


Pod koniec 2014 roku podsumowywałem miniony rok
i prognozowałem dla Wirtualnemedia.pl i Prasa.info.

Wypowiedź dla Prasa.info: Internet w Polsce stał się bardzo dojrzałym medium, ale skutecznych modeli biznesowych nie ma w nim aż tak wielu. To dlatego uważam, że 2015 r. będzie kolejnym okresem eksperymentów i to prowadzonych odważnie, często przez nowych graczy. Do takich, w tym kanale, wciąż będzie można zaliczyć u nas wydawców z działalnością prasową czy wielkich dystrybutorów FMCG.

Nowi gracze w natarciu

Będzie to kolejny rok poszukiwania skutecznych modeli biznesowych z rosnącą wszelkiego rodzaju prenumerat, abonamentów, subskrypcji a nie prostym "oglądaniu reklam". Za etap edukacji internautów w tym zakresie uznać trzeba będzie kolejne serwisy z ofertą VOD, powstające jeszcze przed spodziewanym w 2015 r. wejściem do Polski Netflixa. Skoro na wyspach brytyjskich Tesco może być właścicielem serwisu VOD (Blinkbox) to czemu i u nas wielkie sieci handlowe (Biedronka, Tesco, czy Lidl) nie mogą stworzyć własnych kanałów czy kupić udziały w już istniejącym biznesie? Podtrzymuje swoją prognozę we wpisie na blogu z marca tego - niepostrzeżenie utworzą się u nas „dwa internety”: darmowy – popularny i niskiej jakości, jakościowy – płatny. W 2015 r. poszerzy się grono właścicieli serwisów szukając równowagi po stronie koszów i przychodów, którzy łaskawszym okiem spoglądać będą na inny niż odsłonowo-reklamowy model biznesowy.

Dojrzały mobile

Szumnie odtrąbiony już wielokrotnie „rok mobile“ mamy chyba za sobą. Mobile przejdzie w fazę dojrzałą, kto ma zrobić wersję serwisu w RWD ten będzie to robił, ale przyszedł już czas walki o lepszą ofertę, dobrze dopasowany kontent do layoutu i odwrotnie. Użytkownicy smartfonów masowo już korzystają w internetu w komórkach i coraz częściej zaczną wybierać  najlepiej dostosowane do tej wielkości ekranu witryny. Skończy się czas byle jakich wersji mobilnych, a kto się nie dostosuje poniesie straty. Jeszcze ważniejsze okażą się nowe formaty reklamowe, tu spodziewam się roku odważnych eksperymentów.

Video

Mobilny streaming video to chyba przyszłość konsumpcji tego typu treści. W 2015 r. gdy mowa o mobilnym video walka rozegra się między graczami posiadającymi kontent video (telewizje), a podmiotami posiadającymi zasięg  mobilny(portale, operatorzy komórkowi). Już kilka lat temu w Korei Południowej widziałem na ulicy młodych ludzi oglądających w komórce seriale video. Tak jak i mobile, tak i i video będzie u nas adresowane głównie do nowej generacji konsumentów – pokolenia przyzwyczajonego do konsumpcji treści wizualnych w dowolnym czasie i miejscu.

Fuzje i połączenia, kupowanie startupów

Netflix, Amazon – owszem o tym się mówi i pewnie się zadzieje. Ale firmy polskie, od dawna obecne na rynku, szukać będą synergii, będą też łączyć siły, by osiągać cele biznesowe. Dojdzie do przejęć. Dojrzały już rynek startupów, po trudnych ostatnich 3, 4 latach, stanie się dla wielu dużych firm atrakcyjnym sposobem zdobywania przewagi konkurencyjnej. A jeszcze klasyczne firmy retailowe wejdą mocniej w e-commerce. Słowem może być gorąco. Reklama w internecie rośnie szybciej niż w innych mediach – będziemy świadkami zaostrzającej się konkurencji w wymienionych segmentach rynku internetowego.

Dziennikarstwo

Najważniejszą wartością dla wydawcy będą dziennikarze, a zwłaszcza ich umiejętności, reputacja i renoma oraz zaufanie internautów do brandu. Dziennikarze w świecie online świadczą usługi i tak naprawdę nie zajmują się informowaniem odbiorców o tym co się zdarzyło, ale raczej wyjaśnianiem świata, interpretowaniem zdarzeń. O tym, że coś się stało internauci zwykle wiedzą - za sprawą Twittera, FB, czy agregatora treści. Rośnie znaczenie i umiejętność segregowania treści, analizowania, wyjaśniania, usystematyzowanie wiedzy o zdarzeniu. W świecie nadprodukcji informacji dobry, komentarz, wyjaśnienie i potwierdzenie faktów z wypowiedziami świadków czy ekspertów to jest coś za co w 2015 r. internauta chętniej - niż za newsy - zapłaci.

I fragmenty dla Wirtualne Media

Wydarzenie roku

Walka na śmierć i życie Onetu i WP o miano lidera polskiego internetu. Oba portale intensywnie powiększają bazę serwisów i podmiotów zależnych, by występować w roli lidera rynku wobec reklamodawców. Bo wielu uważa, iż lider zawsze otrzymuje dodatkową premię od rynku zabierając najdroższe kampanie. Czyżby? Ostatni ruch Onetu, czyli przejęcie NK (dawniej Nasza-Klasa) oraz kupno przez WP grupy Money.pl pokazuje, że wciąż nie zadano w tym pojedynku decydującego ciosu. A zatem w 2015 czekają nas chyba kolejne zaskakujące fuzje i przejęcia. Kto następny?

Sukces roku

Udany rebranding serwisu Tablica w OLX. Witryna już po kilku miesiącach funkcjonowania pod nową nazwą osiągnęła podobną popularność jak przed rebrandingiem. To był bardzo ryzykowny ruch wobec serwisu, który szybko zadomowił się w pamięci internautów (m.in. dzięki udanej kampanii telewizyjnej), spektakularnie zdobył wielki zasięg i ugruntował swoją obecność w kategorii bezpłatnych ogłoszeń. Co więcej już teraz jako OLX narzuca nowe standardy wprowadzając opłaty za niektóre ogłoszenia.

Porażka roku

„Uśmiercenie” przez Fakt.pl generała Wojciecha Jaruzelskiego. Absurdalny wyścig niektórych serwisów w pozycjonowaniu się na popularne frazy, czyli działaniach SEO-redakcyjnych (pisanie tekstów pod potencjalne zainteresowanie internautów), skończył się spektakularną wpadką Fakt.pl polegającą na publikacji niesprawdzonej informacji. Opublikowano przygotowany wcześniej materiał, zresztą tuż po tym gdy zaufano doniesieniom współpracujących z prasowym tytułem paparazzich. Część serwisów też zaliczyła wpadkę, zbyt szybko publikując przygotowane od dawna teksty. Kolejny dowód na to, że gdy się chce dbać o markę to w internecie obowiązują takie same zasady dziennikarskie jak i w innych kanałach - sprawdza się newsy!

Człowiek roku

Sylwester Wardęga. Słynny klip tego youtubera zdobył globalną popularność, dzięki czemu w trzy dni zanotował ponad 53 mln, a potem szybko przekroczył 100 mln. Wciąż robi wrażenie nie tylko skala popularności czy sama rozrywkowa treść, ale fakt, że Wardęga zdobył widzów poza Polską ("pomaga mu w tym" zrozumiały język wideo). A na internetowych społecznościach także fakt, że Wardęga ze swojej twórczości publikowanej na YouTubie mógł uczynić stałe źródło utrzymania. Wzbudził tym pewnie zazdrość wielu blogerów i vlogerów, jednocześnie dopingując ich do intensywniejszej pracy.

Trend roku

Koncern Google systematycznie stający się wrogiem publicznym numer 1 w Europie. A to przeforsowano prawo do bycia zapomnianym w wyszukiwarce, a to przyspieszyły prace w Parlamencie Europejskim zmierzające do zmniejszenia monopolistycznej pozycji Google, a to umacniał się wspólny front wydawców w różnych krajach (m.in. spór wydawców w Niemczech o obecność ich linków w wynikach wyszukiwania) - to tylko przejawy rosnącego trendu. W Polsce amerykańska wyszukiwarka ma wyjątkowo silną pozycję, a wiele podmiotów internetowych z różnych branż jest od niej wręcz uzależnionych. Dlatego niektórzy (np. Grupa Nokaut) już boleśnie przekonują się o tym, że Google to już nie tylko wyszukiwarka, ale dziesiątki własnych produktów, agresywnie w niej promowanych.

wtorek, 11 listopada 2014

Megapanel PBI czy Google Analytics? Dlaczego warto stawiać nie tylko na amerykańskie giganty

Kilka dni temu na Facebooku pojawił się pewien wpis na profilu założyciela Spidersweb.pl – Przemka Pająka. Dotyczył Megapanelu PBI. Autor kwestionował jego wiarygodność jako wiarygodnego narzędzia mierzącego ruch na serwisie, a jednocześnie podkreślał obiektywizm Google. Cyt. - Na pewno Google jest bardziej obiektywny niż Megapanel, bo stosuje tą samą metodologię dla wszystkich - komentował swój wpis Przemysław Pająk.

Zainspirowało mnie to i postanowiłem pogrzebać w pamięci, książkach, by zakwestionować tok myślenia, że amerykański i bezpłatny produkt zawsze - zwłaszcza w długoletniej perspektywie - jest dla nas lepszy. No i niejako przy okazji opisuję historię polskiego internetu, która mógłby, gdyby nie kilka okoliczności, wyglądać inaczej. Także w obszarze wyszukiwarek.

W 1997 roku w internecie nie istniała jeszcze wyszukiwarka Google, ale od 3 lat istniała wyszukiwarka Infoseek (link przekierowuje do stron koncernu Walta Disneya). Google Inc. została założona właściwie w 1998 r. przez dwóch doktorantów Uniwersytetu Standforda Amerykanina Larry’ego Page’a i Rosjanina Siergieja Brina. Opracowali nowatorską wówczas metodę analizy powiązań hipertekstowych - algorytm Backub przemianowany później na Page Rank, którą wykorzystali w prototypie obecnej znanej wyszukiwarki. To w 1997 r., czyli 17 lat temu na serwerach Interdyscyplinarnym Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego uruchomiono polską wersję wyszukiwarki Infoseek. Jeżeli ktoś wtedy chciał coś znaleźć w polskim internecie często wykorzystywał do tego tej wyszukiwarki (inne to www.altavista.pl, www.hotbot.com)

Google przetrwał bańkę internetową, Infoseek - nie

Google przetrwał bańkę internetową na przełomie tysiącleci, niestety wyszukiwarka Infoseek nie. W 2000 r. polska wersja wyszukiwarki Infoseek wraz z bazą została odkupiona od Infoseek Co. przez firmę IVP, by później wejść w skład portalu Arena.pl (kto jeszcze pamięta ten projekt?). Po dość krótkiej działalności Areny zakończonej spektakularnym bankructwem wyszukiwarka zniknęła z naszego rynku. A później i światowego. Do dziś istnieje jednak polska wersja strony, a nawet działa część przekierowań.

Już w sierpniu 2008 r. Google na rynku amerykańskim obejmował ok. 63 % rynku wyszukiwarek, a Yahoo odpowiadał za ok. 20 %. Wydawcy amerykańscy w drugiej połowie pierwszego dziesięciolecia tego wieku uznawali, że ruch w serwisach pochodzący z Google na poziomie 30 - 50 % nie jest niczym zaskakującym i niebezpiecznym. Polskie strony - może tylko z wyjątkiem portali, które zbudowały swój zasięg kilka lat temu - mają dziś wskaźniki nie odbiegające od tych danych. Twierdziłbym nawet, że wiele polskich serwisów jest jeszcze bardziej uzależnionych od ruchu z Google. Tymczasem wielu fachowców uważa, że „zdrowa“ struktura ruchu to 1/3 z wyszukiwarek, 1/3 z odwiedzin bezpośrednich, a 1/3 z referrali, czyli linków w tym z social media. I do tego wszyscy starają się dążyć.

Nie jest tajemnicą, że Google w indeksowaniu treści i odpowiadaniu na zapytania internautów bierze pod uwagę około 200 czynników wpływających na takie a nie inne miejsce w wynikach. Szerzej pisze o tym na blogach wielu specjalistów od SEO.

Tajemnice indeksacji robotów Google

Wielu producentów treści (pozostańmy przy określeniu – wydawcy) nie może przeboleć tego, że Google zarabia na treściach przez nich wytworzonych wyświetlając reklamy. Firma z Monutain View nie dzieli się tymi przychodami. Co ciekawe na YouTube, należącym także do Google, program partnerski pozwala twórcom zarabiać na reklamach. W licznych polemikach na temat tego jak Google działa w obszarze indeksowanych tekstów i zdjęć, czy robi to uczciwie pojawia się i argument, że tylko wydawanie coraz większych kwot na googlowskie AdWords pozwala zachować dobrą widoczność dla jego robotów. Dowodem mają być kłopoty wielu serwisów po każdorazowej aktualizacji mechanizmów Google typu Panda. Tajemnicą poliszynela jest szybkość indeksacji i widoczności zasobów, bo... nie jest wyłącznie zależna o działań SEO, ale właśnie od wydatków na AdWords. Dla właścicieli serwisów to trudne do zaakceptowania, że im więcej wydają na AdWords tym są lepiej „widziani przez Google“. Nie dość, że Google zarabia na treściach to jeszcze każe sobie płacić za to, by być lepiej widocznym. Dla wyszukiwarki perfekcyjny model biznesowy, niestety zabójczy dla podmiotów tworzących treść gdyż to one ponoszą koszty jej wytworzenia, a argumenty o ruchu pozyskiwanym od giganta stają się coraz mniej wiarygodne.

Wydawcy powszechnie próbują uregulować stosunki z amerykańską wyszukiwarką. Z różnym, na razie najczęściej marnym, skutkiem. W Niemczech uregulowaniu stosunków Google’a z wydawcami miały pomóc tzw. pomocnicze prawa autorskie. Przeforsowano projekt ustawy, która dał niemieckim wydawcom prasy "wyłączne prawo do udostępniania w internecie treści w celach komercyjnych". Stowarzyszenie skupiające wydawców (około 200 podmiotów) o nazwie VG Media pozwało giganta z Mountain View i zobowiązało do odprowadzania opłat licencyjnych za wykorzystanie fragmentów tekstów dłuższych niż "pojedyncze słowa lub krótkie fragmenty". W reakcji na to amerykańska firma ogłosiła, że zmniejszy widoczność treści od wydawców i zaprzestała wyświetlania w wynikach fragmentów tekstów takich serwisów jak Bild.de czy Bunte.de. Wynik był z góry przesądzony. Po usunięciu z wyników wyszukiwania linków do wydawców ruch spadł im co najmniej o 40 %. A co za tym idzie i przychody.

To dlatego Ringier Axel Springer chce ponownie współpracować z Google. Mathias Doepfner prezes Ringier Axel Springer jest nawet zdania, że ten przypadek jest tylko dowodem na to, że wyszukiwarka przestała być tylko wyszukiwarką i dyskryminuje wydawców, a także dopuszcza się nadużyć. Wydawcy szukają jeszcze ratunku w strukturach UE. - Google musi płacić autorom z krajów Unii Europejskiej za wykorzystywanie ich własności intelektualnych - uważa Guenther Oettinger, unijny komisarz do spraw gospodarki cyfrowej i społeczeństwa. I zapowiedział ostatnio przeforsowanie zmiany unijnego prawa, która ma to umożliwić.

Ile zarabia Google w Polsce? Czy płaci podatki?

Spójrzmy w dane ADEX - cykliczne badanie służące do mierzenia wydatków na reklamę internetową. Projekt od 7 lat realizuje IAB Polska wspólnie z PwC, a jego wyniki stały się standardem rynkowym. Są też bazą dla analiz dotyczących wydatków reklamowych w polskiej sieci. Ostatni dokument dostępny na stronie IAB Polska obejmuje pierwszą połowę 2014 r. W pierwszym półroczu wartość cyfrowej reklamy w Polsce przekroczyła 1,25 mld zł. Marketing w wyszukiwarkach, czyli SEM to aż 37 % tego tortu, a zatem lekko licząc ponad 460 mln zł, czyli prawdopodobnie rocznie ponad 920 mln zł. Nie trzeba wielkiej filozofii, by wiedzieć, że Google przy zasięgu 92,5% wśród polskich internautów (ponad 20 mln internautów) zgarnie w 2014 r. większość z tej kwoty.

Ile z tych z grubsza licząc 900 mln dolarów zostaje w Polsce i wpływa na rozwój naszej gospodarki? Oficjalne dane do jakich można dotrzeć (KRS spółki Google Polska – dostępny m.in. na stronie www.przeswietl.pl) pokazują, że Google Polska w 2012 r. zapłacił nieco ponad 1 mln zł podatków przy sprzedaży na poziomie 155 mln zł. Firma Google zatrudnia w Polsce sporo osób. I pewnie płaci im nieźle – w końcu wybiera zwykle najlepszych z najlepszych. Jednak sama, podobnie jak wiele innych koncernów, korzysta z optymalizacji podatkowej i płaci podatki od dochodów w innych krajach, np. w Irlandii. Część dochodów z AdWords, AdSense i innych produktów Google’a księgowana jest bowiem w Google Ireland Limited (Barrow Street, Dublin).

Gemius, czyli dlaczego Megapanel PBI

Gemius to firma, która wypączkowała z założonej w Polsce 1999 roku firmy Global eMarketing. Już w 2002 roku wdrożyła badanie Prawdziwy Profil, który stał się pierwowzorem obecnego dziś badania Megapanel należącego do spółki PBI. Gemius obecny jest dziś na co najmniej kilkudziesięciu rynkach.

Badanie Prawdziwy Profil, które stało się standardem na naszym rynku i znane jest dziś jako Megapanel PBI (z udziałem panelistów) tym różni się od badań typu Google Analytics, że daje dość przybliżony wizerunek internautów, a nie faktycznie urządzeń z jakich ktoś odwiedził stronę. Badanie powstało na wzór badań telewizyjnych - stąd grupa panelistów. To przecież nie urządzenia klikają w reklamę i podejmują decyzje zakupowe, a ludzie, którzy ich używają. Badania panelowe nie są idealne, ale bazując na iluś tam gospodarstwach domowych są w stanie oddać, po analizie, jakościowo lepszą bazę. W największym skrócie wszyscy bazują na tzw. cookies, czyli wskaźnikach Unique Users (UU) do pokazywania liczby użytkowników na witrynach internetowych. Ta statystyka jest jednak obarczona dużym błędem i generalnie zawyża liczbę użytkowników na stronach – używamy przecież coraz więcej urządzeń. Owszem Real Users (RU) daje zdecydowanie niższe wyniki ilościowe, ale pokazuje lepsze jakościowe dane dotyczące użytkowników.

Badania są pewnego rodzaju wspólną walutą jako używają do rozliczania się między sobą wydawcy serwisów i reklamodawcy. Ci drudzy chce wydać pieniądze na reklamę i muszą dokładnie wiedzieć na co je wydać i co w ramach budżetu otrzymują. Z kolei właściciel witryny usiłuje przekonać reklamodawcę, że ma tych internautów zainteresowanych usługą czy produktem bardzo dużo. Czy systemy pokazujące tylko liczbę wizyt, czy cookies są lepsze od tych, które przybliżają reklamodawcy grupę prawdziwych internautów? Konkretnych osób podejmujących takie a nie inne decyzje zakupowe. Czy narzędzie proponowane przez amerykańskiego giganta przez to, że pokazuje więcej Unikalnych Użytkowników, ma zastąpić produkt rodzimej firmy? Dlatego, że jest stosowane powszechnie, bo jest bezpłatne?

Czy mogła powstać polska konkurencja dla Google'a?

Model biznesowy właściciela Analytics to przede wszystkim pieniądze pozyskane od właścicieli serwisów chcących być widocznymi w wynikach wyszukiwania. Wiele narzędzi Google wciąż pozostaje bezpłatnych, w tym i te analityczne. Gdy jednak chcemy pozyskać wiarygodną, bardziej szczegółową wiedzę musimy sięgać po produkty Premium.

Miałem przyjemność redagować książkę „E-wangeliści. Ucz się od najlepszych twówców polskiego internetu“. W zamieszczonych w niej wypowiedziach Jacka Kawalca, jednego z założycieli Wirtualnej Polski i Zbigniewa Sykulskiego założyciela Merlin.pl, pojawiają się ciekawe wątki dotyczące powstania polskiej wyszukiwarki. Chodzi o okres 1997 – 2003 gdy istniała całkiem realna perspektywa stworzenia wyszukiwarki na bazie Netsprint.pl. Marcin Pery jeden z twórców sukcesu Gemiusa namawiał nawet kiedyś portale do wspólnego kupienie Netsprinta i zbudowania wyszukiwarki zdolnej przeciwstawić się amerykańskim rozwiązaniom.

O tym, że w tamtych latach Google nie wszędzie zmonopolizował rynek wiemy np. z historii rynku południowych sąsiadów. W Czechach wyszukiwarka Seznam.cz ma wciąż 43 % (dane za 2013 r.) udziałów w rynku choć jeszcze w 2011 roku było to 60 %. Nie wspomnę o Rosji gdzie Yandex ma około 60 %, udział w rynku czy Chinach, gdzie tamtejszej wyszukiwarki Baidu używa 64 % internautów.

Co ciekawe instytucje UE, która bardzo chce wspierać europejski e-biznes i często o tym mówi sama korzysta z rozwiązań analitycznych ...Google. W tym roku europejscy dostawcy tego typu narzędzi stworzyli koalicję Web Analytics Alliance. Chcą wspólnymi siłami zachęcić instytucje unijne do korzystania z rozwiązań analitycznych europejskich firm.

***

Dla mnie ani Google Analytics nie jest idealny, ani Megapanel/PBI, ale starałem się spojrzeć na pewne procesy z szerszej i dłuższej perspektywy. Google jest świetną, dopracowaną wyszukiwarką. Niestety, coraz silniejsza monopolistyczna pozycja amerykańskiej firmy, już nie tylko jako wyszukiwarki, zagraża istnieniu tysiącom firm na całym świecie. Nie kwestionuje pozytywnego wpływu Google na światową gospodarkę, nie tylko internetową, bo taki po prostu też jest. Tylko, że pieniądze jakie zarabia amerykański koncern w Polsce mogłyby być – gdyby inaczej potoczyła się historia np. rynku wyszukiwarek – spożytkowane lepiej. Zwłaszcza dla rodzimych przedsiębiorstw, a co za tym idzie i dla nas jako pracowników i podatników. Jak? To już dowolna interpretacja każdego z tych, którzy dotarli do końca tekstu. Próbowałem tylko pokazać fakty związane z wyszukiwarką i powstałą w Polsce dużą firmą badawczą, obecną na wielu rynkach Europy.

niedziela, 15 czerwca 2014

Afera Gozdyry: social media to nadal pole minowe, którego dziennikarze nie rozbroili

Dziennikarze myślący o swojej przyszłości (nie tylko w internecie) nie mogli nie zauważyć ostatniej afery z Twittera. Mowa o sytuacji gdy dziennikarka Polsatu - Agnieszka Gozdyra zamieściła w tweecie bardzo obszerny fragment artykułu z Wprost, a w konsekwencji pyskówki z Michałem Majewskim, z tego tygodnika, została zawieszona przez szefostwo stacji.

Nie chcę zajmować się dyskusją między Gozdyrą a Majewskim, wolę spojrzeć na powód zdarzenia, czyli opublikowanie scanu artykułu, a także na tłumaczenie jakiego użyła dziennikarka Polsatu. Jeszcze bardziej interesuje mnie podejście niektórych dziennikarzy do praw autorskich, zachowanie branży w serwisach społecznościowych, a zwłaszcza brak umiejętności rozróżniania co robimy prywatnie a co służbowo.



Martwi mnie brak świadomości wielu dziennikarzy, że czasem podcinają gałąź na której siedzą. Gozdyra tłumaczyła się pisząc „Przecież się na was powołuję...“. Trzeba jednak odróżnić skuteczne „powołanie się“, oczywiście z linkiem, od użycia treści w sposób nie wymagający zapoznania się ze źródłem określonej przez Majewskiego słowami: To kradzież.

Media utrzymują się z dwóch źródeł z pieniędzy odbiorców (cena egzemplarzowa, subskrypcja, abonament, prenumerata) i/lub reklamodawców. Jakby nie patrzeć na nasze prawo a zwłaszcza jego stosowanie jest opisane wystarczająco dokładnie. Nie jestem prawnikiem jednak nigdzie nie widziałem przekonującej interpretacji, że całkowicie legalne jest republikowanie całości lub większości materiału (bez stosownej opłaty za taką treść; patrz przykład fotograf Daniel Morel kontra agencja AFP).

Taką tezę lansują „otwartyści“ napędzani ideą, że dla rozwoju społeczeństwa ważny jest jak najszerszy dostęp w internecie do osiągnięć nauki i kultury. Trzeba przyznać, że „otwartyści” chcą regulacji prawnych, które pomogą zabezpieczać dobro tych, którzy tworzą udostępniane treści. Tyle tylko, że trochę innymi kategoriami rządzi się treść ulotna, często wypracowana dużym nakładem sił i środków a posiadająca wartość naprawdę bardzo krótko.

Retweetowanie tekstu z tygodnika nie jest, li tylko, przeoczeniem czy błędem. Coraz wyraźniej widać związek między dostępnością treści (bezpłatnie kolportowanej często przez samych dziennikarzy; także na Twitterze), a spadkami przychodów wydawnictw. Gdy główny materiał dziennika, tygodnika, serwisu, czy stacji telewizyjnej jest kolportowany przez innych jako link, omówienie (niestety, w serwisach www często bez linku) to znakomicie. Napędzamy w ten sposób wszyscy wzajemnie swoją oglądalność, słuchalność – po prostu sprzedaż danego produktu. Co wtedy, gdy rzesza potencjalnych klientów zapozna się bezpłatnie z wartościową treścią? Branża dziennikarska dziwi się często, że kondycja wydawnictw jest coraz gorsza. Szanuj prawa autorskie innych, jeżeli chcesz by szanowali Twoje, a w konsekwencji szanuj przychody cudze, by inni dali Ci zarabiać na Twoim produkcie. Twój pracodawca będzie miał z czego zapłacić Ci pensję czy wierszówkę.

Inne cele niż dziennikarz w kanałach social media ma bloger, marketingowiec, czy polityk. Szeroko o tym pisze Eryk Mistewicz namawiając wszystkich do marketingu narracyjnego i opowiadania historii. Czy skutecznie to już temat na inny wpis. A, że sami internauci udostępniają pełne treści nie dziwi - lata przyzwyczajeń. Jerzy Baczyński, red. naczelny Polityki w wywiadzie w TokFM podkreśla: "...media tradycyjne są dziś mocno obecne w tym nowym internetowym świecie. O ile jednak jest on atrakcyjny z punktu widzenia zasięgu, dotarcia do publiczności, to okazał się kompletnie niedochodowy. W ogóle jednym z wielkich wyzwań współczesności jest komercjalizacja internetu. Wiele osób poświęca dziennie całe godziny na aktywność w sieci, ktoś z tego korzysta, czasem na dużą skalę, ale to nie wywołuje obiegu pieniądza, nie tworzy PKB, muszą zarabiać w tradycyjnej gospodarce."

Warto w tym miejscu rozróżnić działania zmierzające do budowanie zasięgu danej marki, rozpoznawalności brandu od szerokiego kolportowania treści bezpłatnie w, złudnej oczywiście, nadziei, że to zgodne z prawem. Także mityczne, przynajmniej dla mnie, rankingi cytowalności nie przekładają się bezpośrednio na wierszówki, pensje i miejsca pracy w mediach. Redaktorzy naczelni nie płacą przecież dziennikarzom „cytowalnością“, a jeśli komukolwiek jest ona dziś potrzebna to głównie działom sprzedaży. A i to nie zawsze bo reklamodawca szuka skutecznego dotarcia do klienta na swój produkt, czy usługę, a dziś – coraz częściej niestety – uzyskuje ją bez pośrednictwa mediów.

Dziś dziennikarze powinni zapamiętać termin – delinearyzacja (autorstwa Bernard Poulet w książce „Śmierć gazet i przyszłość informacji). Dla internauty dziś często nie istnieje „pierwsza strona” rozumiana, tak jak w gazecie. Dociera do tekstów czy zdjęć z linków w Google, czy w social media. Często nie wie nawet w jakim jest serwisie. W internecie każdy artykuł żyje swoim życiem, ma unikalne, własne zalety. A dziennikarz w sieci „warty” jest tyle ile zarabiają jego treści. Ale nie tylko w internecie w postaci dyktatu odsłon. Internet to tylko jeden z kanałów dystrybucji treści. Zresztą najlepsze materiały w sieci to już nie tylko te, które przyciągają najwięcej internautów (PV), ale takie przy których emitowane są najdroższe reklamy!

Co ważne w gazecie dziennikarz kryje się za brandem. Czy ktoś w kiosku poprosi o gazetę z tekstem Jana Kowalskiego? W sieci odbiorca „kupuje” dziennikarza, a nie tylko jego pracodawcę! Internet to współczesna weryfikacja umiejętności oraz budowanie pozycji zawodowo-rynkowej, zresztą nie tylko dziennikarzy. A prawdziwym problemem w epoce nadpodaży treści już nie jest samo jej wytworzenie, a dotarcie do odbiorcy. Dlatego świadomi dziennikarze coraz częściej angażują się na Twitterze czy Facebooku. Współczesny dziennikarz nie tylko pisze, czy fotografuje, ale coraz aktywniej poszukuje odbiorcy na swój produkt. Kilkanaście lat temu kolega w redakcji regionalnego dziennika żartował, że dojdzie do tego, że dziennikarze będą sami rozwozić gazety do kiosków. Niewiele się pomylił, tyle tylko, że w internecie popularyzujemy treść, by zwiększać przychody. Obojętnie czy w sieci czy offline.

Media amerykańskie wdrożyły już własne kodeksy zachowań dziennikarzy w serwisach społecznościowych. W Polsce wciąż nie rozstrzygnięto problemu kiedy mój profil na Twitterze, Facebooku czy Instagramie jest profilem całkowicie służbowym, a kiedy jest prywatny? Czy zachowania i wpisy jakich dokonuję w profilu prywatnym na Facebooku/Twitterze nie pozostają bez wpływu na moją wiarygodność i wizerunek jako dziennikarza, redaktora, komentatora?

I jeszcze słowo po co to wszystko robimy. Jarosław Kuźniar z TVN24 podczas jednej z konferencji wspominał w swoim wystąpieniu, że w USA transfery dziennikarskie między stacjami telewizyjnymi obejmują już opłatę za liczbę followersów na Twitterze (1 dolar = 1 followers?). Dziennikarska gwiazda zabiera przecież swoich fanów ze sobą, a gdy jest ich kilka milionów jest co wyceniać (@jarekkuzniar gdy piszę te słowa ma ponad 83 tys. śledzących profil).

PS Podsumowanie czasu poświęconego na stworzenie tego wpisu, proporcje w procentach:
  • przemyślenie konstrukcji tekstu – 5 %
  • pisanie tekstu – 50 %
  • opytmalizacja, SEO redakcyjne w tym wyszukanie fraz w Google Trends – 5 %
  • linkowanie do źródeł – 5 %
  • redagowanie, korekta – 5 %
  • promocja wpisu w kanałach social media – 30 %

niedziela, 18 maja 2014

Jak Google staje się wrogiem publicznym numer jeden w Europie


Dość niespodziewanie nadszedł czas gdy firma Google znalazła się pod silnym ostrzałem decydentów i mediów. Wreszcie zaczęto na poważnie dostrzegać zagrożenie jakie amerykański koncern z Mountain View niesie nie tylko dla wolności dyskusji (paradoksalnie sam stawia się w roli obrońcy tego prawa), ale dla równych warunków działania, dla konkurencyjności światowej gospodarki. UWAGA. Tekst jest pełen linków do źródeł.


Przypomnieć też warto, że jeszcze w lutym Google zdecydował się zmienić część zasad pokazywania wyników wyszukiwania. Od lat różne firmy oskarżały bowiem wyszukiwarkę, że ma uprzywilejowaną pozycję i m.in. manipuluje wynikami wyszukiwania oraz faworyzuje własne usługi, oczywiście kosztem konkurencji. Do sojuszu podmiotów krytykujących praktyki amerykańskiej firmy przyłączyło się ostatnio m.in. Allegro.

W tej walce na straconej pozycji eksperci stawiają wydawców prasowych skazując ich na powolne wyginięcie. Niestety, poza radami, że media tradycyjne mają się zmienić mało jest konkretów, porad, podpowiedzi jak prowadzić onlinowy biznes. Spór nabiera coraz intensywniejszych barw. Dla przypomnienia kilka ważnych wydarzeń z ostatnich kilku lat. 

Cykl życia firmy Google już kilka lat temu przekroczył pułap krytyczny. Gracze rynkowi (nie tylko wydawcy) nie protestowali dopóki Google był jedynie li tylko wyszukiwarką. Gdy w ostatnich 5 – 8 latach powstało wiele nowych produktów, które mogą konkurować z obecnymi dotąd na rynku graczami zaczęto na poważnie widzieć zagrożenie. MONOPOLU - nie bójmy się tego słowa. 


Google nie zawsze wygrywa. Często odnosi połowiczny sukces. Firma skapitulowała (a raczej zatrzymała swoją ekspansję) gdy przyszło jej walczyć o projekt Book Search. Pomysł Google opierał się na skanowaniu książek do cyfrowej bazy danych bez uzyskania wcześniejszej zgody właścicieli praw autorskich. Działania zwróciły uwagę wielu podmiotów prawa autorskiego i wydawców książek. Pozwali oni firmę z Mountain View o naruszenie praw autorskich, a Google zgodził się na polubowne załatwienie sprawy i wypłatę 125 mln dolarów odszkodowania. Produkt Book Search istnieje wciąż w sieci, ale nie jest jakoś aktywnie promowany przez Google, choćby z racji ubogiej oferty.

Google potrafi zrobić krok w tył, gdy natrafia na zdecydowany sprzeciw. Tak stało się w kilku krajach gdzie wydawcy (a dokładniej wydawcy tradycyjni, czyli prasowi) sprzeciwili się darmowej prezentacji swoich treści w automatycznie działającej wyszukiwarce/agergatorze Google News. W wielu krajach od lat toczy się walka o to, by firma Google płaciła producentom treści za nagłówki wykorzystane w Google News albo za fragmenty newsów prezentowane w wyszukiwarkach. Ostre spory na tym tle do tej pory wybuchały w Belgii, Francji, Niemczech oraz Brazylii.

Belgia. Firma Google porozumiała się z wydawcami. Umowa obejmowała m.in. różne umowy na usługi reklamy, w tym na reklamowanie usług Google w gazetach. Amerykańska firma w zamian obiecała zwiększenie widoczności treści wydawców m.in. przez współpracę przy dystrybucji treści na platformach mobilnych. Porozumienie warte było ponoć 6 mln dolarów. Amerykańska wyszukiwarka miała płacić za artykuł, do którego użytkownik dotrze za ich pośrednictwem lub za pomocą agregatora wiadomości (jak Google News). Marki takie jak "Le Soir", czy "La Libre Belgique" zniknęły z wyników wyszukiwania Google'a. Po tym jak drastycznie zmniejszył się ruch na stronach i przychody z reklam18 lipca 2011 roku, po miesiącu obowiązywania nowych zasad, belgijska Copiepresse się poddała. Uznała, że nie będzie egzekwować tego prawa.

Brazylia. Brazylijskie Narodowe Stowarzyszenie Prasy zakazało Google linkowania oraz umieszczania część leadu do publikowanych newsów wytworzonych przez firmy należące do stowarzyszenia. Według Stowarzyszenia internauci zamiast odwiedzać strony skanują tylko nagłówki i wstępy w Google News, a wydawcy tracą na takim zachowaniu.

Niemcy. Tu uregulowaniu stosunków Google=wydawcy całkiem niedawno pomogły tzw. pomocnicze prawa autorskie. Przeforsowano projekt ustawy, która daje niemieckim wydawcom prasy "wyłączne prawo do udostępniania w internecie treści w celach komercyjnych". Niemieckie gazety nie chcą bynajmniej zniknąć z internetu. Wydawcom - zresztą nie tylko u naszych zachodnich sąsiadów - nie przeszkadza, że firma z Mountain View w wynikach wyszukiwania oprócz tytułu publikuje fragmenty tekstów, ale sprzeciw budzi to, że nie płaci za to ani centa. A przecież Google zarabia na reklamach wyświetlanych przy wynikach wyszukiwania. Co ciekawe Google rozpętał w Niemczech silną akcję antylobbingową. W internecie firma z Mountain View dowodziła m.in., że ustawa miała oznaczać "wyższe koszty, mniej informacji i ogólną niepewność prawną".  Doszło do tego, że powstała strona z listą witryn, zawierających informacje na temat lokalnych członków parlamentu. To wszystko po to, by niemieccy internauci interweniowali bezpośrednio u nich, oczywiście zgodnie z interesem Google.
Gra na polu internetowym toczy się według reguł, które nadają takie firmy jak Google, Facebook, czy Twitter. Wydawcy ciągle gonią, próbują się dostosować, szukają skutecznych modeli biznesowych. Efekty są tego bardzo różne. Ostatnio z New York Times wyciekł interesujący wewnętrzny raport redakcyjny. Ich "innovation team" przez pół roku zbierał informacje by przeanalizować cyfrową strategię, zresztą nie tylko samej NYT.

Gdy mowa o NYT i jego próbach dostosowania się do cyfrowej rzeczywistości zawsze przypomina mi się film „prognoza przyszlości“ w postaci filmu science fiction o losach Google i NYT. 8-minutowy film stworzony przez fikcyjne Muzuem Historii Mediów przedstawiał „plan rozwoju“ Google. Film do obejrzenia tutaj http://idorosen.com/mirrors/robinsloan.com/epic/


W tym filmie, kilka lat temu, przewidywano, że w 2014 NYT ma przestać ukazywać się w princie. Patrząc na wyniki finansowe najważniejszej chyba gazety na świecie raczej nic tego nie zapowiada. Z problemami, ale wydawca ciągle rozwija cyfrową działalność, czerpiąc już z niej więcej przychodów niż z tradycyjnej. Można odwrócić bieg historii?

* Jeśli czytasz ten tekst i widzisz błąd lub informacje, które mogą ją uzupełnić proszę o sygnał - mail. Chętnie uzupełnię tekst o kolejne przykłady oraz linki do interesujących wpisów.