niedziela, 15 czerwca 2014

Afera Gozdyry: social media to nadal pole minowe, którego dziennikarze nie rozbroili

Dziennikarze myślący o swojej przyszłości (nie tylko w internecie) nie mogli nie zauważyć ostatniej afery z Twittera. Mowa o sytuacji gdy dziennikarka Polsatu - Agnieszka Gozdyra zamieściła w tweecie bardzo obszerny fragment artykułu z Wprost, a w konsekwencji pyskówki z Michałem Majewskim, z tego tygodnika, została zawieszona przez szefostwo stacji.

Nie chcę zajmować się dyskusją między Gozdyrą a Majewskim, wolę spojrzeć na powód zdarzenia, czyli opublikowanie scanu artykułu, a także na tłumaczenie jakiego użyła dziennikarka Polsatu. Jeszcze bardziej interesuje mnie podejście niektórych dziennikarzy do praw autorskich, zachowanie branży w serwisach społecznościowych, a zwłaszcza brak umiejętności rozróżniania co robimy prywatnie a co służbowo.



Martwi mnie brak świadomości wielu dziennikarzy, że czasem podcinają gałąź na której siedzą. Gozdyra tłumaczyła się pisząc „Przecież się na was powołuję...“. Trzeba jednak odróżnić skuteczne „powołanie się“, oczywiście z linkiem, od użycia treści w sposób nie wymagający zapoznania się ze źródłem określonej przez Majewskiego słowami: To kradzież.

Media utrzymują się z dwóch źródeł z pieniędzy odbiorców (cena egzemplarzowa, subskrypcja, abonament, prenumerata) i/lub reklamodawców. Jakby nie patrzeć na nasze prawo a zwłaszcza jego stosowanie jest opisane wystarczająco dokładnie. Nie jestem prawnikiem jednak nigdzie nie widziałem przekonującej interpretacji, że całkowicie legalne jest republikowanie całości lub większości materiału (bez stosownej opłaty za taką treść; patrz przykład fotograf Daniel Morel kontra agencja AFP).

Taką tezę lansują „otwartyści“ napędzani ideą, że dla rozwoju społeczeństwa ważny jest jak najszerszy dostęp w internecie do osiągnięć nauki i kultury. Trzeba przyznać, że „otwartyści” chcą regulacji prawnych, które pomogą zabezpieczać dobro tych, którzy tworzą udostępniane treści. Tyle tylko, że trochę innymi kategoriami rządzi się treść ulotna, często wypracowana dużym nakładem sił i środków a posiadająca wartość naprawdę bardzo krótko.

Retweetowanie tekstu z tygodnika nie jest, li tylko, przeoczeniem czy błędem. Coraz wyraźniej widać związek między dostępnością treści (bezpłatnie kolportowanej często przez samych dziennikarzy; także na Twitterze), a spadkami przychodów wydawnictw. Gdy główny materiał dziennika, tygodnika, serwisu, czy stacji telewizyjnej jest kolportowany przez innych jako link, omówienie (niestety, w serwisach www często bez linku) to znakomicie. Napędzamy w ten sposób wszyscy wzajemnie swoją oglądalność, słuchalność – po prostu sprzedaż danego produktu. Co wtedy, gdy rzesza potencjalnych klientów zapozna się bezpłatnie z wartościową treścią? Branża dziennikarska dziwi się często, że kondycja wydawnictw jest coraz gorsza. Szanuj prawa autorskie innych, jeżeli chcesz by szanowali Twoje, a w konsekwencji szanuj przychody cudze, by inni dali Ci zarabiać na Twoim produkcie. Twój pracodawca będzie miał z czego zapłacić Ci pensję czy wierszówkę.

Inne cele niż dziennikarz w kanałach social media ma bloger, marketingowiec, czy polityk. Szeroko o tym pisze Eryk Mistewicz namawiając wszystkich do marketingu narracyjnego i opowiadania historii. Czy skutecznie to już temat na inny wpis. A, że sami internauci udostępniają pełne treści nie dziwi - lata przyzwyczajeń. Jerzy Baczyński, red. naczelny Polityki w wywiadzie w TokFM podkreśla: "...media tradycyjne są dziś mocno obecne w tym nowym internetowym świecie. O ile jednak jest on atrakcyjny z punktu widzenia zasięgu, dotarcia do publiczności, to okazał się kompletnie niedochodowy. W ogóle jednym z wielkich wyzwań współczesności jest komercjalizacja internetu. Wiele osób poświęca dziennie całe godziny na aktywność w sieci, ktoś z tego korzysta, czasem na dużą skalę, ale to nie wywołuje obiegu pieniądza, nie tworzy PKB, muszą zarabiać w tradycyjnej gospodarce."

Warto w tym miejscu rozróżnić działania zmierzające do budowanie zasięgu danej marki, rozpoznawalności brandu od szerokiego kolportowania treści bezpłatnie w, złudnej oczywiście, nadziei, że to zgodne z prawem. Także mityczne, przynajmniej dla mnie, rankingi cytowalności nie przekładają się bezpośrednio na wierszówki, pensje i miejsca pracy w mediach. Redaktorzy naczelni nie płacą przecież dziennikarzom „cytowalnością“, a jeśli komukolwiek jest ona dziś potrzebna to głównie działom sprzedaży. A i to nie zawsze bo reklamodawca szuka skutecznego dotarcia do klienta na swój produkt, czy usługę, a dziś – coraz częściej niestety – uzyskuje ją bez pośrednictwa mediów.

Dziś dziennikarze powinni zapamiętać termin – delinearyzacja (autorstwa Bernard Poulet w książce „Śmierć gazet i przyszłość informacji). Dla internauty dziś często nie istnieje „pierwsza strona” rozumiana, tak jak w gazecie. Dociera do tekstów czy zdjęć z linków w Google, czy w social media. Często nie wie nawet w jakim jest serwisie. W internecie każdy artykuł żyje swoim życiem, ma unikalne, własne zalety. A dziennikarz w sieci „warty” jest tyle ile zarabiają jego treści. Ale nie tylko w internecie w postaci dyktatu odsłon. Internet to tylko jeden z kanałów dystrybucji treści. Zresztą najlepsze materiały w sieci to już nie tylko te, które przyciągają najwięcej internautów (PV), ale takie przy których emitowane są najdroższe reklamy!

Co ważne w gazecie dziennikarz kryje się za brandem. Czy ktoś w kiosku poprosi o gazetę z tekstem Jana Kowalskiego? W sieci odbiorca „kupuje” dziennikarza, a nie tylko jego pracodawcę! Internet to współczesna weryfikacja umiejętności oraz budowanie pozycji zawodowo-rynkowej, zresztą nie tylko dziennikarzy. A prawdziwym problemem w epoce nadpodaży treści już nie jest samo jej wytworzenie, a dotarcie do odbiorcy. Dlatego świadomi dziennikarze coraz częściej angażują się na Twitterze czy Facebooku. Współczesny dziennikarz nie tylko pisze, czy fotografuje, ale coraz aktywniej poszukuje odbiorcy na swój produkt. Kilkanaście lat temu kolega w redakcji regionalnego dziennika żartował, że dojdzie do tego, że dziennikarze będą sami rozwozić gazety do kiosków. Niewiele się pomylił, tyle tylko, że w internecie popularyzujemy treść, by zwiększać przychody. Obojętnie czy w sieci czy offline.

Media amerykańskie wdrożyły już własne kodeksy zachowań dziennikarzy w serwisach społecznościowych. W Polsce wciąż nie rozstrzygnięto problemu kiedy mój profil na Twitterze, Facebooku czy Instagramie jest profilem całkowicie służbowym, a kiedy jest prywatny? Czy zachowania i wpisy jakich dokonuję w profilu prywatnym na Facebooku/Twitterze nie pozostają bez wpływu na moją wiarygodność i wizerunek jako dziennikarza, redaktora, komentatora?

I jeszcze słowo po co to wszystko robimy. Jarosław Kuźniar z TVN24 podczas jednej z konferencji wspominał w swoim wystąpieniu, że w USA transfery dziennikarskie między stacjami telewizyjnymi obejmują już opłatę za liczbę followersów na Twitterze (1 dolar = 1 followers?). Dziennikarska gwiazda zabiera przecież swoich fanów ze sobą, a gdy jest ich kilka milionów jest co wyceniać (@jarekkuzniar gdy piszę te słowa ma ponad 83 tys. śledzących profil).

PS Podsumowanie czasu poświęconego na stworzenie tego wpisu, proporcje w procentach:
  • przemyślenie konstrukcji tekstu – 5 %
  • pisanie tekstu – 50 %
  • opytmalizacja, SEO redakcyjne w tym wyszukanie fraz w Google Trends – 5 %
  • linkowanie do źródeł – 5 %
  • redagowanie, korekta – 5 %
  • promocja wpisu w kanałach social media – 30 %

niedziela, 18 maja 2014

Jak Google staje się wrogiem publicznym numer jeden w Europie


Dość niespodziewanie nadszedł czas gdy firma Google znalazła się pod silnym ostrzałem decydentów i mediów. Wreszcie zaczęto na poważnie dostrzegać zagrożenie jakie amerykański koncern z Mountain View niesie nie tylko dla wolności dyskusji (paradoksalnie sam stawia się w roli obrońcy tego prawa), ale dla równych warunków działania, dla konkurencyjności światowej gospodarki. UWAGA. Tekst jest pełen linków do źródeł.


Przypomnieć też warto, że jeszcze w lutym Google zdecydował się zmienić część zasad pokazywania wyników wyszukiwania. Od lat różne firmy oskarżały bowiem wyszukiwarkę, że ma uprzywilejowaną pozycję i m.in. manipuluje wynikami wyszukiwania oraz faworyzuje własne usługi, oczywiście kosztem konkurencji. Do sojuszu podmiotów krytykujących praktyki amerykańskiej firmy przyłączyło się ostatnio m.in. Allegro.

W tej walce na straconej pozycji eksperci stawiają wydawców prasowych skazując ich na powolne wyginięcie. Niestety, poza radami, że media tradycyjne mają się zmienić mało jest konkretów, porad, podpowiedzi jak prowadzić onlinowy biznes. Spór nabiera coraz intensywniejszych barw. Dla przypomnienia kilka ważnych wydarzeń z ostatnich kilku lat. 

Cykl życia firmy Google już kilka lat temu przekroczył pułap krytyczny. Gracze rynkowi (nie tylko wydawcy) nie protestowali dopóki Google był jedynie li tylko wyszukiwarką. Gdy w ostatnich 5 – 8 latach powstało wiele nowych produktów, które mogą konkurować z obecnymi dotąd na rynku graczami zaczęto na poważnie widzieć zagrożenie. MONOPOLU - nie bójmy się tego słowa. 


Google nie zawsze wygrywa. Często odnosi połowiczny sukces. Firma skapitulowała (a raczej zatrzymała swoją ekspansję) gdy przyszło jej walczyć o projekt Book Search. Pomysł Google opierał się na skanowaniu książek do cyfrowej bazy danych bez uzyskania wcześniejszej zgody właścicieli praw autorskich. Działania zwróciły uwagę wielu podmiotów prawa autorskiego i wydawców książek. Pozwali oni firmę z Mountain View o naruszenie praw autorskich, a Google zgodził się na polubowne załatwienie sprawy i wypłatę 125 mln dolarów odszkodowania. Produkt Book Search istnieje wciąż w sieci, ale nie jest jakoś aktywnie promowany przez Google, choćby z racji ubogiej oferty.

Google potrafi zrobić krok w tył, gdy natrafia na zdecydowany sprzeciw. Tak stało się w kilku krajach gdzie wydawcy (a dokładniej wydawcy tradycyjni, czyli prasowi) sprzeciwili się darmowej prezentacji swoich treści w automatycznie działającej wyszukiwarce/agergatorze Google News. W wielu krajach od lat toczy się walka o to, by firma Google płaciła producentom treści za nagłówki wykorzystane w Google News albo za fragmenty newsów prezentowane w wyszukiwarkach. Ostre spory na tym tle do tej pory wybuchały w Belgii, Francji, Niemczech oraz Brazylii.

Belgia. Firma Google porozumiała się z wydawcami. Umowa obejmowała m.in. różne umowy na usługi reklamy, w tym na reklamowanie usług Google w gazetach. Amerykańska firma w zamian obiecała zwiększenie widoczności treści wydawców m.in. przez współpracę przy dystrybucji treści na platformach mobilnych. Porozumienie warte było ponoć 6 mln dolarów. Amerykańska wyszukiwarka miała płacić za artykuł, do którego użytkownik dotrze za ich pośrednictwem lub za pomocą agregatora wiadomości (jak Google News). Marki takie jak "Le Soir", czy "La Libre Belgique" zniknęły z wyników wyszukiwania Google'a. Po tym jak drastycznie zmniejszył się ruch na stronach i przychody z reklam18 lipca 2011 roku, po miesiącu obowiązywania nowych zasad, belgijska Copiepresse się poddała. Uznała, że nie będzie egzekwować tego prawa.

Brazylia. Brazylijskie Narodowe Stowarzyszenie Prasy zakazało Google linkowania oraz umieszczania część leadu do publikowanych newsów wytworzonych przez firmy należące do stowarzyszenia. Według Stowarzyszenia internauci zamiast odwiedzać strony skanują tylko nagłówki i wstępy w Google News, a wydawcy tracą na takim zachowaniu.

Niemcy. Tu uregulowaniu stosunków Google=wydawcy całkiem niedawno pomogły tzw. pomocnicze prawa autorskie. Przeforsowano projekt ustawy, która daje niemieckim wydawcom prasy "wyłączne prawo do udostępniania w internecie treści w celach komercyjnych". Niemieckie gazety nie chcą bynajmniej zniknąć z internetu. Wydawcom - zresztą nie tylko u naszych zachodnich sąsiadów - nie przeszkadza, że firma z Mountain View w wynikach wyszukiwania oprócz tytułu publikuje fragmenty tekstów, ale sprzeciw budzi to, że nie płaci za to ani centa. A przecież Google zarabia na reklamach wyświetlanych przy wynikach wyszukiwania. Co ciekawe Google rozpętał w Niemczech silną akcję antylobbingową. W internecie firma z Mountain View dowodziła m.in., że ustawa miała oznaczać "wyższe koszty, mniej informacji i ogólną niepewność prawną".  Doszło do tego, że powstała strona z listą witryn, zawierających informacje na temat lokalnych członków parlamentu. To wszystko po to, by niemieccy internauci interweniowali bezpośrednio u nich, oczywiście zgodnie z interesem Google.
Gra na polu internetowym toczy się według reguł, które nadają takie firmy jak Google, Facebook, czy Twitter. Wydawcy ciągle gonią, próbują się dostosować, szukają skutecznych modeli biznesowych. Efekty są tego bardzo różne. Ostatnio z New York Times wyciekł interesujący wewnętrzny raport redakcyjny. Ich "innovation team" przez pół roku zbierał informacje by przeanalizować cyfrową strategię, zresztą nie tylko samej NYT.

Gdy mowa o NYT i jego próbach dostosowania się do cyfrowej rzeczywistości zawsze przypomina mi się film „prognoza przyszlości“ w postaci filmu science fiction o losach Google i NYT. 8-minutowy film stworzony przez fikcyjne Muzuem Historii Mediów przedstawiał „plan rozwoju“ Google. Film do obejrzenia tutaj http://idorosen.com/mirrors/robinsloan.com/epic/


W tym filmie, kilka lat temu, przewidywano, że w 2014 NYT ma przestać ukazywać się w princie. Patrząc na wyniki finansowe najważniejszej chyba gazety na świecie raczej nic tego nie zapowiada. Z problemami, ale wydawca ciągle rozwija cyfrową działalność, czerpiąc już z niej więcej przychodów niż z tradycyjnej. Można odwrócić bieg historii?

* Jeśli czytasz ten tekst i widzisz błąd lub informacje, które mogą ją uzupełnić proszę o sygnał - mail. Chętnie uzupełnię tekst o kolejne przykłady oraz linki do interesujących wpisów.

sobota, 19 kwietnia 2014

Rytm życia, czyli dlaczego mobile nie zastąpi całkowicie desktopu

Zwykle jestem ostrożny w wydawaniu ostrych sądów, tak i w dyskusji na temat rosnącej roli mobile byłem do tej pory wstrzemięźliwy w przesądzaniu, że to na pewno będzie „rok mobile“, argumentowaniu, że rosnące udziały użytkowników smartfonów spowodują drastyczny spadek korzystania z  wersji desktopowej. Dziś proponuję prostą lekcję mając w pamięci fizjologię człowieka (potrzeba snu, jedzenia, etc,) oraz obowiązujące dziś metody pracy i wytwarzania dóbr.

Ekspertom wieszczącym śmierć lub całkowitą marginalizację desktopowej wersji korzystania z internetu warto przypomnieć rolę w życiu człowieka jaką odgrywa osobiste urządzenie a jaką urządzenie do pracy. Sięgam po przykład ze świata gdzie smartfony mają niemal wszyscy. Zamieszczam jeden slajd z prezentacji Yasmin Namini Senior Vice President - Chief Consumer Officer, NY Times, New York, którą widziałem podczas konferencji INMA, jesienią 2013 r. w Berlinie. Jak widać na nim konsumpcja treści z użyciem smartfonów odbywa się w określonych porach dnia, a co za tym idzie także sytuacjach życiowych.

Urządzenie osobiste pozwala zachować kontakt ze światem online w podróży, wszędzie tam gdzie nie możemy rozłożyć laptopa czy tabletu z powodów oczywistych. Co ciekawe gdy mowa o korzystaniu z tabletu większość ankietowanych ostatnio i tak wskazuje na używanie przeglądarki www. Aplikacja - co widać coraz wyraźniej od 3, 4 lat - to dziś słowo identyfikowane z użytecznością, a nie serwisami newsowymi. Gdy jeszcze dodamy do tego trend w budowaniu stron www w wersji Responsive Web Design (RWD) mamy pełny obraz powodów dla których, przynajmniej wydawcy stron informacyjnych, nie muszą bać się gwałtownego przesunięcia się użytkowanika z desktopu na rzecz wersji moblinych (obojętnie jak definiowanych).

Prześledźmy tygodniowy czas jaki przeciętny internauta przeznacza na poszczególne czynności. Założenie jest takie, że większość pracy “biurowej” odbywa się dziś z użyciem komputera biurowego lub laptopa, a więc wersji desktopowej.

Tydzień, czyli 24 godziny x 7 dni = 168 godzin.

Tydzień                                                        168 godzin
Sen                                                                52,5 godziny = średnio 7,5
Praca biurowa                                             40 godzin = 5 dni x 8 godzin
Posiłki                                                           8,5 godziny = 7 x 3 x średnio ok. 25 minut
Toaleta codzienna                                        3,5 godziny = 7 x 2 x 15 minut
Podróże do pracy                                         6 godzin = 5 x 2 x ok. 30 minut
Zakupy                                                         1,5 godziny = ok. 5 x 15 minut
Weekendy, bez komputera                         4,5 godziny = 3 x 1,5 godziny         
Czynności codziennie (n. sprzątanie)        7 godzin = 7 x 1 godzina

Razem                                                          123,5 godziny
Reszta nieprzypisana                                 44,5 godziny

Nawet uzwględniając, że w pracy w przerwach na papierosa, czy jedzenie użytkownik sięga po smartfona nie uzbiera się tego więcej jak kilkadziesiąt dodatkowych minut tygodniowo. Jakby na to nie patrzeć i ile, by nie wydzierać z czasu poświęcanego na inne czynności (jedzenie, podróż komunikacją publiczną, część czasu wolnego) zostaje wciąż mniej niż 50 godzin tygodniowo. Tylko na siedzenie i wpatrywanie się w smartfona? A przecież w zestawieniu nie uwzględniłem wielu aspektów życia bo one mogą być wykorzystane zarówno tak samo na używanie smartfona, jak i pozostawanie offline. 

Co wynika z prostego przykładu? Fizyczną niemożliwością jest korzystać dużo więcej z wersji mobilnych serwisów (używać smartfona) niż dziś bez naruszenia delikatnej równowagi między pracą, życiem a czynnościami fizjologicznymi na których trzeba się skupić. Trudno przecież myć zęby i jednocześnie serfować w sieci drugą ręką – przynajmniej ja tego nie próbuję. Trudno prowadzić auto i patrzeć w ekran iPhone’a (przyznaję czasem spoglądam, ale tylko gdy stoję w korku :). Nie da się zmienić proporcji bez ingerencji w naszą pracę, a zwłaszcza sposób jej wykonywania. Jest sporo zawodów gdzie być może dojdzie do całkowitego porzucenia desktopu (np. handlowiec w terenie), a smartfon całkowicie zastąpi laptopa, ale dziesiątek czynności i zawodów to nie dotyczy, np. kasjerka, bankowiec, kierowca autobusu, tysiące innych.

Bawi mi trochę prognozowanie przyszłości poprzez pryzmat ludzi obracających się tylko wokół znajomych z biurowej przestrzeni, wyciąganie wniosków z zachowań podobnych sobie hard userów internetu i smartfonów. Przewidujących, że wszyscy będą pracować patrząc jedynie w smartfony. Trochę to przypomina prognozy sprzed lat gdy TV miała zabić radio – a to ma się wciąż świetnie. Potem kino miało zabić TV – oba kanały się dziś uzupełniają się oferując innego rodzaju doświadczenie. Dziś multitasking pozwala oglądać TV i szukać informacji na tablecie czy smartfonie. Nieustannie w mediach przebija się teza, że internet z bezpłatnymi wiadomościami zabije gazety. Tymczasem wciąż print oferuje inne przeżycia niż strona www, a dla twórców dobrej treści www staje się tylko nowym kanałem kontaktu z odbiorcą – patrz nadzieje pokładane przez wydawców w paywallach. Dlatego mobile nie zastąpi, ani tym bardziej nie zabije desktopu. Oba sposoby korzystania ze stron www, poczty, czy social media będą współistnieć i się uzupełniać. 

środa, 26 marca 2014

Kinomaniak.tv? Kto naprawdę gardzi milionami i czeka na miliardy?


Serwis Dziennik Internautów opisując sprawę śledztwa toczącego się wobec założycieli Kinomaniak.tv postawił słuszne pytanie: czy branża internetowo-filmowa gardzi 3,6 mln zł rocznie pozyskanych od internautów? Pozornie odpowiedź wydaje się prosta: Gardzi! A dlaczego? Bo serwis oferował pirackie kopie internautom, którzy nie znajdując filmów w sieci w legalnych produktach płacili tutaj od 2,46 zł za dostęp jednodniowy, do 369 zł za dostęp "dożywotni". Żaden duży podmiot nie spróbował przejąć Kinomaniaka.tv (przynajmniej nic o tym nie wiadomo oficjalnie) i zbudować na jego bazie ofertę legalną, zgodną z prawem z przystępną ofertą cenową.

Nie każdy jest ekonomistą i nie wszystkich interesują ekonomiczne podstawy działania serwisu. Stąd częste głosy krytyki pod adresem przeciwników Kinomaniaka, czyli obrońców praw autorskich. Krytyka pod hasłem „są jak pies ogrodnika, sami nie zjedzą i innym nie dadzą“. Obrońcy stanowiska właścicieli praw autorskich mają jednak wiele racji twierdząc, że łamanie prawa nie jest dobrą metodą na tworzenie nowych modeli biznesowych. To prawa, że Netflix czy Hulu mocno zatrzęsły filmowym rynkiem pozwalając oglądać filmy za kwoty dużo niższe niż cena biletu do kina, ale amerykański rynek jest diametralnie odmienny od naszego. Siła nabywcza polskich internautów jest niewspółmiernie niższa, a kupno praw do emisji to duża inwestycja dla każdego z podmiotów nie obracającego filmami w innych kanałach. Nikogo nie dziwi internetowa rynkowa oferta Ipli (Redifine), czyli grupa Polsatu, TVN Player, czy VOD.pl oferowanego przez Onet oraz zacieśniające się związki Agory (udziałowiec) ze Stopklatką.tv. A z drugiej strony liczne naśladownictwa modelu pirackiego Kinomaniaka.tv. Kilka rzeczy na pewno jest jednak wspólnych:

1.     O popularności serwisu, a zarazem jego sukcesie decyduje wielkość i różnorodność biblioteki filmów. Nie jest to jedyny warunek, ale konieczny. Bogata oferta to więcej niż połowa sukcesu. Prawo do dystrybucji internetowej filmów trzeba kupić od dystrybutorów filmów. A to może słono kosztować.
2.     Poza technologią udostępniania liczy się łatwość obsługi strony, wyświetlanie w różnych przeglądarkach czy platformach.
3.      Cena? Za obejrzenie jednego filmu w popularnych seriwsach VOD (dostępnych np. w sieciach kablowych) trzeba zaplacić od 5 do nawet 20 zł. I tak jest to dużo taniej niż bilet do kina dla 1 osoby, a przecież emisję filmu z VOD czy w internecie może oglądać więcej osób.

Wracając do wątpliwości di.com.pl. Dlaczego nie znalazła się firma, która chciałaby zagospodarować użytkowników Kinomaniaka.tv? Propozycja dla internautów skłonnych płacić za oglądanie filmów; większość z nas chciałaby przecież robić to legalnie. Czy „zalegalizowanie“ Kinomaniaka.tv znacząco zmieniłoby ceny? Nie sądzę.

Nie docenianym przez komentujących powodem braku takich odważnych decyzji jest czynnik ludzki. Chodzi o nieszablonowe, niestandardowe podejście do biznesu, do modeli rozliczeniowych. Takiego podejścia brakuje często u członkowie zarządów firm po których spodziewalibyśmy się takiego produktu jak Kinomaniak.tv. Są przyzwyczajeni do spokoju, do liniowego wzrostu, a zatem braku ryzyka, „czystych“ wyników finansowych szczególnie ważnych dla inwestorów giełdowych. Branża filmowa, czy duże podmioty internetowe nie gardzą dużymi pieniędzymi, zarabiają na filmach na wiele sposobów: kino, tv kodowana, seriale, DVD, gadżety, komiksy i coraz częściej oferta online.

Zaskakującą puentą tej historii jest informacja, że zamknięty serwis założył oraz kierował nim były oficer olsztyńskiego oddziału CBŚ. Jak słusznie zauważył Presserwis, cyt. …był policjant na emeryturze. 
Policjanci są jednak w stanie dłużej pracować. I to twórczo”.

Były oficer CBŚ dobrym kandydatem do zarządu? Tylko jakiej firmy :)

poniedziałek, 10 marca 2014

Powstanie internet "dozwolony" dla osób po 35. roku życia

Wielu fachowców od internetu utożsamia go często z grupą docelową mieszczącą się w grupie wiekowej 15 – 35 lat, czyli użytkownikami dla których cyfrowa rzeczywistość była „od zawsze“. Oni nie pamiętają świata gazet codziennych, nigdy ich nie potrzebowali używać, szukać ich informacji, próbować dzięki nim zrozumieć świat. Od biedy kojarzą tygodniki, a cyfrowym bogiem jest dla nich wujek Google, social media - najpierw MySpace, potem Facebook, a teraz Snaptchat. Kilka lat temu używano nawet określenia „pokolenie Neostrady“ (cóż to właściwie jest?). Tylko, że użytkownicy cyfrowej sieci w Polsce są coraz starsi.

Wiadomo, że cyfrowe wykluczenie starszych osób istnieje i istnieć będzie. Jest sporo osób, które już nigdy nie staną się internautami i nie pomogą najlepsze programy zapobiegające takiemu wykluczeniu. Ale jednocześnie widać mocny trend – cyfrową rzeczywistość obłaskawiają szybko dzisiejsze 40-, i 50-latki. W ostatnim numerze miesięcznika „Press“ zwróciłem uwagę na małą rubrykę ze 112 str. Polskie Badanie Internetu na zlecenie branżowego miesięcznika pokazały m.in. profil internautów. Najbardziej zaciekawiły mnie kategorie wiekowe. W ciągu 11 miesięcy we wszystkich kategoriach wiekowych obejmujących internautów w wieku ponad 35 lat przybyło niemal 1 mln 300 tys. użytkowników, tymczasem w zsumowanej grupie 15 – 34 lata tylko 473 tys.

W niedawno opublikowanym badaniu Izby Wydawców Prasy „Diagnoza społecznych zachowań czytelniczych w obrębie prasy drukowanej i cyfrowej. Nowe platformydostępu do treści. Transformacja prasy” widać jakie tak silny przyrost użytkowników sieci w tych kategoriach wiekowych może mieć konsekwencje. Przynajmniej w najbliższych kilku latach. Autorzy badania, by obalić zarzuty o jego niereprezentatywność (choćby z racji tożsamości zleceniodawcy, czyli IWP zrzeszającej tradycyjnych wydawców) przeprowadzili wywiady na żywo z ponad 1000 osobami. Uwzględniono inne przyzwyczajenie i tradycje z korzystania mediów poprzez 250-osobową, nadreprezentatywną grupę respondentów tzw. czytelników prasy cyfrowej.



Badanie przyniosło ważną odpowiedź na pytanie: jaka czeka przyszłość printową prasę. Oddzielnie szukano odpowiedzi dla gazet, tygodników i magazynów. Wielu respondentów w odpowiedzi na pytanie czy prasa zniknie wskazywało na to, że nie zniknie, albo, że zastąpiona zostanie przez prasę w wersji cyfrowej. Niby nic w tym dziwnego gdy pyta się o to ludzi pamiętających świat sprzed epoki internetu, ale zaskakuje gdy są to opinie internautów przypisujących prasie papierowej istotnie wyższe wartości (jakość, opiniotwórczość, specjalizacja) niż typowym portalom internetowym. Co ważne niemal wszyscy respondenci dostrzegają różnicę - serwisy internetowe gazet doceniają (choć nie aż tak jak printową prasę) a typowym portalom internetowym przypisując niższą jakość.

By nie powtarzać listy błędów jakie popełnili wydawcy kilkanaście lat temu (główna – przekonanie, że treści trzeba przełożyć do internetu i publikować za darmo) warto analizować ogólnoświatową sieć www pamiętając o tym, że pozostaje kanałem dotarcia. Cywilizowanie relacji w sieci między producentem i nadawcą treści a odbiorcą (wprowadzanie płatności za dostęp do niej) odbywa się na żywym organizmie.



Wielu wydawców prasy dostało poważny argument do ręki, że czytelnik albo już jest, albo będzie w sieci, ale jednocześnie oczekuje ich produktów, przypisuje im opiniotwórczą rolę i uznaje za potrzebne. To argument za tym, by prasę w sieci kierować przede wszystkim do znających markę i posiadających doświadczenie z korzystania z tradycyjnej prasy. A zatem budować internet dozwolony dla internautów od 35 roku życia. Dla młodszych pozostaje to co bezpłatne? Czy także gorszej jakości? Wystarczy prześledzić jakie cechy przypisywali badani prasie, a jakie serwisom internetowym (patrz screen), by wyciągnąć ciekawe wnioski,

Na koniec wróćmy do zestawienia PBI z Press. Prawie 1 mln. 170 tys. przybyło internautów deklarujących miejsce zamieszkania - wieś. Pamiętając o problemach z prasą drukowaną warto zauważyć gdzie tkwi największy potencjał rozwojowy polskiego internetu prawie w połowie tego dziesięciolecia. No jeszcze urządzenia (smartfony, tablety), ale to bajka na oddzielny wpis.

* Badanie Izby Wydawców Prasy „Diagnoza społecznych zachowań czytelniczych w obrębie prasy drukowanej i cyfrowej. Nowe platformydostępu do treści. Transformacja prasy”