niedziela, 18 maja 2014

Jak Google staje się wrogiem publicznym numer jeden w Europie


Dość niespodziewanie nadszedł czas gdy firma Google znalazła się pod silnym ostrzałem decydentów i mediów. Wreszcie zaczęto na poważnie dostrzegać zagrożenie jakie amerykański koncern z Mountain View niesie nie tylko dla wolności dyskusji (paradoksalnie sam stawia się w roli obrońcy tego prawa), ale dla równych warunków działania, dla konkurencyjności światowej gospodarki. UWAGA. Tekst jest pełen linków do źródeł.


Przypomnieć też warto, że jeszcze w lutym Google zdecydował się zmienić część zasad pokazywania wyników wyszukiwania. Od lat różne firmy oskarżały bowiem wyszukiwarkę, że ma uprzywilejowaną pozycję i m.in. manipuluje wynikami wyszukiwania oraz faworyzuje własne usługi, oczywiście kosztem konkurencji. Do sojuszu podmiotów krytykujących praktyki amerykańskiej firmy przyłączyło się ostatnio m.in. Allegro.

W tej walce na straconej pozycji eksperci stawiają wydawców prasowych skazując ich na powolne wyginięcie. Niestety, poza radami, że media tradycyjne mają się zmienić mało jest konkretów, porad, podpowiedzi jak prowadzić onlinowy biznes. Spór nabiera coraz intensywniejszych barw. Dla przypomnienia kilka ważnych wydarzeń z ostatnich kilku lat. 

Cykl życia firmy Google już kilka lat temu przekroczył pułap krytyczny. Gracze rynkowi (nie tylko wydawcy) nie protestowali dopóki Google był jedynie li tylko wyszukiwarką. Gdy w ostatnich 5 – 8 latach powstało wiele nowych produktów, które mogą konkurować z obecnymi dotąd na rynku graczami zaczęto na poważnie widzieć zagrożenie. MONOPOLU - nie bójmy się tego słowa. 


Google nie zawsze wygrywa. Często odnosi połowiczny sukces. Firma skapitulowała (a raczej zatrzymała swoją ekspansję) gdy przyszło jej walczyć o projekt Book Search. Pomysł Google opierał się na skanowaniu książek do cyfrowej bazy danych bez uzyskania wcześniejszej zgody właścicieli praw autorskich. Działania zwróciły uwagę wielu podmiotów prawa autorskiego i wydawców książek. Pozwali oni firmę z Mountain View o naruszenie praw autorskich, a Google zgodził się na polubowne załatwienie sprawy i wypłatę 125 mln dolarów odszkodowania. Produkt Book Search istnieje wciąż w sieci, ale nie jest jakoś aktywnie promowany przez Google, choćby z racji ubogiej oferty.

Google potrafi zrobić krok w tył, gdy natrafia na zdecydowany sprzeciw. Tak stało się w kilku krajach gdzie wydawcy (a dokładniej wydawcy tradycyjni, czyli prasowi) sprzeciwili się darmowej prezentacji swoich treści w automatycznie działającej wyszukiwarce/agergatorze Google News. W wielu krajach od lat toczy się walka o to, by firma Google płaciła producentom treści za nagłówki wykorzystane w Google News albo za fragmenty newsów prezentowane w wyszukiwarkach. Ostre spory na tym tle do tej pory wybuchały w Belgii, Francji, Niemczech oraz Brazylii.

Belgia. Firma Google porozumiała się z wydawcami. Umowa obejmowała m.in. różne umowy na usługi reklamy, w tym na reklamowanie usług Google w gazetach. Amerykańska firma w zamian obiecała zwiększenie widoczności treści wydawców m.in. przez współpracę przy dystrybucji treści na platformach mobilnych. Porozumienie warte było ponoć 6 mln dolarów. Amerykańska wyszukiwarka miała płacić za artykuł, do którego użytkownik dotrze za ich pośrednictwem lub za pomocą agregatora wiadomości (jak Google News). Marki takie jak "Le Soir", czy "La Libre Belgique" zniknęły z wyników wyszukiwania Google'a. Po tym jak drastycznie zmniejszył się ruch na stronach i przychody z reklam18 lipca 2011 roku, po miesiącu obowiązywania nowych zasad, belgijska Copiepresse się poddała. Uznała, że nie będzie egzekwować tego prawa.

Brazylia. Brazylijskie Narodowe Stowarzyszenie Prasy zakazało Google linkowania oraz umieszczania część leadu do publikowanych newsów wytworzonych przez firmy należące do stowarzyszenia. Według Stowarzyszenia internauci zamiast odwiedzać strony skanują tylko nagłówki i wstępy w Google News, a wydawcy tracą na takim zachowaniu.

Niemcy. Tu uregulowaniu stosunków Google=wydawcy całkiem niedawno pomogły tzw. pomocnicze prawa autorskie. Przeforsowano projekt ustawy, która daje niemieckim wydawcom prasy "wyłączne prawo do udostępniania w internecie treści w celach komercyjnych". Niemieckie gazety nie chcą bynajmniej zniknąć z internetu. Wydawcom - zresztą nie tylko u naszych zachodnich sąsiadów - nie przeszkadza, że firma z Mountain View w wynikach wyszukiwania oprócz tytułu publikuje fragmenty tekstów, ale sprzeciw budzi to, że nie płaci za to ani centa. A przecież Google zarabia na reklamach wyświetlanych przy wynikach wyszukiwania. Co ciekawe Google rozpętał w Niemczech silną akcję antylobbingową. W internecie firma z Mountain View dowodziła m.in., że ustawa miała oznaczać "wyższe koszty, mniej informacji i ogólną niepewność prawną".  Doszło do tego, że powstała strona z listą witryn, zawierających informacje na temat lokalnych członków parlamentu. To wszystko po to, by niemieccy internauci interweniowali bezpośrednio u nich, oczywiście zgodnie z interesem Google.
Gra na polu internetowym toczy się według reguł, które nadają takie firmy jak Google, Facebook, czy Twitter. Wydawcy ciągle gonią, próbują się dostosować, szukają skutecznych modeli biznesowych. Efekty są tego bardzo różne. Ostatnio z New York Times wyciekł interesujący wewnętrzny raport redakcyjny. Ich "innovation team" przez pół roku zbierał informacje by przeanalizować cyfrową strategię, zresztą nie tylko samej NYT.

Gdy mowa o NYT i jego próbach dostosowania się do cyfrowej rzeczywistości zawsze przypomina mi się film „prognoza przyszlości“ w postaci filmu science fiction o losach Google i NYT. 8-minutowy film stworzony przez fikcyjne Muzuem Historii Mediów przedstawiał „plan rozwoju“ Google. Film do obejrzenia tutaj http://idorosen.com/mirrors/robinsloan.com/epic/


W tym filmie, kilka lat temu, przewidywano, że w 2014 NYT ma przestać ukazywać się w princie. Patrząc na wyniki finansowe najważniejszej chyba gazety na świecie raczej nic tego nie zapowiada. Z problemami, ale wydawca ciągle rozwija cyfrową działalność, czerpiąc już z niej więcej przychodów niż z tradycyjnej. Można odwrócić bieg historii?

* Jeśli czytasz ten tekst i widzisz błąd lub informacje, które mogą ją uzupełnić proszę o sygnał - mail. Chętnie uzupełnię tekst o kolejne przykłady oraz linki do interesujących wpisów.

sobota, 19 kwietnia 2014

Rytm życia, czyli dlaczego mobile nie zastąpi całkowicie desktopu

Zwykle jestem ostrożny w wydawaniu ostrych sądów, tak i w dyskusji na temat rosnącej roli mobile byłem do tej pory wstrzemięźliwy w przesądzaniu, że to na pewno będzie „rok mobile“, argumentowaniu, że rosnące udziały użytkowników smartfonów spowodują drastyczny spadek korzystania z  wersji desktopowej. Dziś proponuję prostą lekcję mając w pamięci fizjologię człowieka (potrzeba snu, jedzenia, etc,) oraz obowiązujące dziś metody pracy i wytwarzania dóbr.

Ekspertom wieszczącym śmierć lub całkowitą marginalizację desktopowej wersji korzystania z internetu warto przypomnieć rolę w życiu człowieka jaką odgrywa osobiste urządzenie a jaką urządzenie do pracy. Sięgam po przykład ze świata gdzie smartfony mają niemal wszyscy. Zamieszczam jeden slajd z prezentacji Yasmin Namini Senior Vice President - Chief Consumer Officer, NY Times, New York, którą widziałem podczas konferencji INMA, jesienią 2013 r. w Berlinie. Jak widać na nim konsumpcja treści z użyciem smartfonów odbywa się w określonych porach dnia, a co za tym idzie także sytuacjach życiowych.

Urządzenie osobiste pozwala zachować kontakt ze światem online w podróży, wszędzie tam gdzie nie możemy rozłożyć laptopa czy tabletu z powodów oczywistych. Co ciekawe gdy mowa o korzystaniu z tabletu większość ankietowanych ostatnio i tak wskazuje na używanie przeglądarki www. Aplikacja - co widać coraz wyraźniej od 3, 4 lat - to dziś słowo identyfikowane z użytecznością, a nie serwisami newsowymi. Gdy jeszcze dodamy do tego trend w budowaniu stron www w wersji Responsive Web Design (RWD) mamy pełny obraz powodów dla których, przynajmniej wydawcy stron informacyjnych, nie muszą bać się gwałtownego przesunięcia się użytkowanika z desktopu na rzecz wersji moblinych (obojętnie jak definiowanych).

Prześledźmy tygodniowy czas jaki przeciętny internauta przeznacza na poszczególne czynności. Założenie jest takie, że większość pracy “biurowej” odbywa się dziś z użyciem komputera biurowego lub laptopa, a więc wersji desktopowej.

Tydzień, czyli 24 godziny x 7 dni = 168 godzin.

Tydzień                                                        168 godzin
Sen                                                                52,5 godziny = średnio 7,5
Praca biurowa                                             40 godzin = 5 dni x 8 godzin
Posiłki                                                           8,5 godziny = 7 x 3 x średnio ok. 25 minut
Toaleta codzienna                                        3,5 godziny = 7 x 2 x 15 minut
Podróże do pracy                                         6 godzin = 5 x 2 x ok. 30 minut
Zakupy                                                         1,5 godziny = ok. 5 x 15 minut
Weekendy, bez komputera                         4,5 godziny = 3 x 1,5 godziny         
Czynności codziennie (n. sprzątanie)        7 godzin = 7 x 1 godzina

Razem                                                          123,5 godziny
Reszta nieprzypisana                                 44,5 godziny

Nawet uzwględniając, że w pracy w przerwach na papierosa, czy jedzenie użytkownik sięga po smartfona nie uzbiera się tego więcej jak kilkadziesiąt dodatkowych minut tygodniowo. Jakby na to nie patrzeć i ile, by nie wydzierać z czasu poświęcanego na inne czynności (jedzenie, podróż komunikacją publiczną, część czasu wolnego) zostaje wciąż mniej niż 50 godzin tygodniowo. Tylko na siedzenie i wpatrywanie się w smartfona? A przecież w zestawieniu nie uwzględniłem wielu aspektów życia bo one mogą być wykorzystane zarówno tak samo na używanie smartfona, jak i pozostawanie offline. 

Co wynika z prostego przykładu? Fizyczną niemożliwością jest korzystać dużo więcej z wersji mobilnych serwisów (używać smartfona) niż dziś bez naruszenia delikatnej równowagi między pracą, życiem a czynnościami fizjologicznymi na których trzeba się skupić. Trudno przecież myć zęby i jednocześnie serfować w sieci drugą ręką – przynajmniej ja tego nie próbuję. Trudno prowadzić auto i patrzeć w ekran iPhone’a (przyznaję czasem spoglądam, ale tylko gdy stoję w korku :). Nie da się zmienić proporcji bez ingerencji w naszą pracę, a zwłaszcza sposób jej wykonywania. Jest sporo zawodów gdzie być może dojdzie do całkowitego porzucenia desktopu (np. handlowiec w terenie), a smartfon całkowicie zastąpi laptopa, ale dziesiątek czynności i zawodów to nie dotyczy, np. kasjerka, bankowiec, kierowca autobusu, tysiące innych.

Bawi mi trochę prognozowanie przyszłości poprzez pryzmat ludzi obracających się tylko wokół znajomych z biurowej przestrzeni, wyciąganie wniosków z zachowań podobnych sobie hard userów internetu i smartfonów. Przewidujących, że wszyscy będą pracować patrząc jedynie w smartfony. Trochę to przypomina prognozy sprzed lat gdy TV miała zabić radio – a to ma się wciąż świetnie. Potem kino miało zabić TV – oba kanały się dziś uzupełniają się oferując innego rodzaju doświadczenie. Dziś multitasking pozwala oglądać TV i szukać informacji na tablecie czy smartfonie. Nieustannie w mediach przebija się teza, że internet z bezpłatnymi wiadomościami zabije gazety. Tymczasem wciąż print oferuje inne przeżycia niż strona www, a dla twórców dobrej treści www staje się tylko nowym kanałem kontaktu z odbiorcą – patrz nadzieje pokładane przez wydawców w paywallach. Dlatego mobile nie zastąpi, ani tym bardziej nie zabije desktopu. Oba sposoby korzystania ze stron www, poczty, czy social media będą współistnieć i się uzupełniać. 

środa, 26 marca 2014

Kinomaniak.tv? Kto naprawdę gardzi milionami i czeka na miliardy?


Serwis Dziennik Internautów opisując sprawę śledztwa toczącego się wobec założycieli Kinomaniak.tv postawił słuszne pytanie: czy branża internetowo-filmowa gardzi 3,6 mln zł rocznie pozyskanych od internautów? Pozornie odpowiedź wydaje się prosta: Gardzi! A dlaczego? Bo serwis oferował pirackie kopie internautom, którzy nie znajdując filmów w sieci w legalnych produktach płacili tutaj od 2,46 zł za dostęp jednodniowy, do 369 zł za dostęp "dożywotni". Żaden duży podmiot nie spróbował przejąć Kinomaniaka.tv (przynajmniej nic o tym nie wiadomo oficjalnie) i zbudować na jego bazie ofertę legalną, zgodną z prawem z przystępną ofertą cenową.

Nie każdy jest ekonomistą i nie wszystkich interesują ekonomiczne podstawy działania serwisu. Stąd częste głosy krytyki pod adresem przeciwników Kinomaniaka, czyli obrońców praw autorskich. Krytyka pod hasłem „są jak pies ogrodnika, sami nie zjedzą i innym nie dadzą“. Obrońcy stanowiska właścicieli praw autorskich mają jednak wiele racji twierdząc, że łamanie prawa nie jest dobrą metodą na tworzenie nowych modeli biznesowych. To prawa, że Netflix czy Hulu mocno zatrzęsły filmowym rynkiem pozwalając oglądać filmy za kwoty dużo niższe niż cena biletu do kina, ale amerykański rynek jest diametralnie odmienny od naszego. Siła nabywcza polskich internautów jest niewspółmiernie niższa, a kupno praw do emisji to duża inwestycja dla każdego z podmiotów nie obracającego filmami w innych kanałach. Nikogo nie dziwi internetowa rynkowa oferta Ipli (Redifine), czyli grupa Polsatu, TVN Player, czy VOD.pl oferowanego przez Onet oraz zacieśniające się związki Agory (udziałowiec) ze Stopklatką.tv. A z drugiej strony liczne naśladownictwa modelu pirackiego Kinomaniaka.tv. Kilka rzeczy na pewno jest jednak wspólnych:

1.     O popularności serwisu, a zarazem jego sukcesie decyduje wielkość i różnorodność biblioteki filmów. Nie jest to jedyny warunek, ale konieczny. Bogata oferta to więcej niż połowa sukcesu. Prawo do dystrybucji internetowej filmów trzeba kupić od dystrybutorów filmów. A to może słono kosztować.
2.     Poza technologią udostępniania liczy się łatwość obsługi strony, wyświetlanie w różnych przeglądarkach czy platformach.
3.      Cena? Za obejrzenie jednego filmu w popularnych seriwsach VOD (dostępnych np. w sieciach kablowych) trzeba zaplacić od 5 do nawet 20 zł. I tak jest to dużo taniej niż bilet do kina dla 1 osoby, a przecież emisję filmu z VOD czy w internecie może oglądać więcej osób.

Wracając do wątpliwości di.com.pl. Dlaczego nie znalazła się firma, która chciałaby zagospodarować użytkowników Kinomaniaka.tv? Propozycja dla internautów skłonnych płacić za oglądanie filmów; większość z nas chciałaby przecież robić to legalnie. Czy „zalegalizowanie“ Kinomaniaka.tv znacząco zmieniłoby ceny? Nie sądzę.

Nie docenianym przez komentujących powodem braku takich odważnych decyzji jest czynnik ludzki. Chodzi o nieszablonowe, niestandardowe podejście do biznesu, do modeli rozliczeniowych. Takiego podejścia brakuje często u członkowie zarządów firm po których spodziewalibyśmy się takiego produktu jak Kinomaniak.tv. Są przyzwyczajeni do spokoju, do liniowego wzrostu, a zatem braku ryzyka, „czystych“ wyników finansowych szczególnie ważnych dla inwestorów giełdowych. Branża filmowa, czy duże podmioty internetowe nie gardzą dużymi pieniędzymi, zarabiają na filmach na wiele sposobów: kino, tv kodowana, seriale, DVD, gadżety, komiksy i coraz częściej oferta online.

Zaskakującą puentą tej historii jest informacja, że zamknięty serwis założył oraz kierował nim były oficer olsztyńskiego oddziału CBŚ. Jak słusznie zauważył Presserwis, cyt. …był policjant na emeryturze. 
Policjanci są jednak w stanie dłużej pracować. I to twórczo”.

Były oficer CBŚ dobrym kandydatem do zarządu? Tylko jakiej firmy :)

poniedziałek, 10 marca 2014

Powstanie internet "dozwolony" dla osób po 35. roku życia

Wielu fachowców od internetu utożsamia go często z grupą docelową mieszczącą się w grupie wiekowej 15 – 35 lat, czyli użytkownikami dla których cyfrowa rzeczywistość była „od zawsze“. Oni nie pamiętają świata gazet codziennych, nigdy ich nie potrzebowali używać, szukać ich informacji, próbować dzięki nim zrozumieć świat. Od biedy kojarzą tygodniki, a cyfrowym bogiem jest dla nich wujek Google, social media - najpierw MySpace, potem Facebook, a teraz Snaptchat. Kilka lat temu używano nawet określenia „pokolenie Neostrady“ (cóż to właściwie jest?). Tylko, że użytkownicy cyfrowej sieci w Polsce są coraz starsi.

Wiadomo, że cyfrowe wykluczenie starszych osób istnieje i istnieć będzie. Jest sporo osób, które już nigdy nie staną się internautami i nie pomogą najlepsze programy zapobiegające takiemu wykluczeniu. Ale jednocześnie widać mocny trend – cyfrową rzeczywistość obłaskawiają szybko dzisiejsze 40-, i 50-latki. W ostatnim numerze miesięcznika „Press“ zwróciłem uwagę na małą rubrykę ze 112 str. Polskie Badanie Internetu na zlecenie branżowego miesięcznika pokazały m.in. profil internautów. Najbardziej zaciekawiły mnie kategorie wiekowe. W ciągu 11 miesięcy we wszystkich kategoriach wiekowych obejmujących internautów w wieku ponad 35 lat przybyło niemal 1 mln 300 tys. użytkowników, tymczasem w zsumowanej grupie 15 – 34 lata tylko 473 tys.

W niedawno opublikowanym badaniu Izby Wydawców Prasy „Diagnoza społecznych zachowań czytelniczych w obrębie prasy drukowanej i cyfrowej. Nowe platformydostępu do treści. Transformacja prasy” widać jakie tak silny przyrost użytkowników sieci w tych kategoriach wiekowych może mieć konsekwencje. Przynajmniej w najbliższych kilku latach. Autorzy badania, by obalić zarzuty o jego niereprezentatywność (choćby z racji tożsamości zleceniodawcy, czyli IWP zrzeszającej tradycyjnych wydawców) przeprowadzili wywiady na żywo z ponad 1000 osobami. Uwzględniono inne przyzwyczajenie i tradycje z korzystania mediów poprzez 250-osobową, nadreprezentatywną grupę respondentów tzw. czytelników prasy cyfrowej.



Badanie przyniosło ważną odpowiedź na pytanie: jaka czeka przyszłość printową prasę. Oddzielnie szukano odpowiedzi dla gazet, tygodników i magazynów. Wielu respondentów w odpowiedzi na pytanie czy prasa zniknie wskazywało na to, że nie zniknie, albo, że zastąpiona zostanie przez prasę w wersji cyfrowej. Niby nic w tym dziwnego gdy pyta się o to ludzi pamiętających świat sprzed epoki internetu, ale zaskakuje gdy są to opinie internautów przypisujących prasie papierowej istotnie wyższe wartości (jakość, opiniotwórczość, specjalizacja) niż typowym portalom internetowym. Co ważne niemal wszyscy respondenci dostrzegają różnicę - serwisy internetowe gazet doceniają (choć nie aż tak jak printową prasę) a typowym portalom internetowym przypisując niższą jakość.

By nie powtarzać listy błędów jakie popełnili wydawcy kilkanaście lat temu (główna – przekonanie, że treści trzeba przełożyć do internetu i publikować za darmo) warto analizować ogólnoświatową sieć www pamiętając o tym, że pozostaje kanałem dotarcia. Cywilizowanie relacji w sieci między producentem i nadawcą treści a odbiorcą (wprowadzanie płatności za dostęp do niej) odbywa się na żywym organizmie.



Wielu wydawców prasy dostało poważny argument do ręki, że czytelnik albo już jest, albo będzie w sieci, ale jednocześnie oczekuje ich produktów, przypisuje im opiniotwórczą rolę i uznaje za potrzebne. To argument za tym, by prasę w sieci kierować przede wszystkim do znających markę i posiadających doświadczenie z korzystania z tradycyjnej prasy. A zatem budować internet dozwolony dla internautów od 35 roku życia. Dla młodszych pozostaje to co bezpłatne? Czy także gorszej jakości? Wystarczy prześledzić jakie cechy przypisywali badani prasie, a jakie serwisom internetowym (patrz screen), by wyciągnąć ciekawe wnioski,

Na koniec wróćmy do zestawienia PBI z Press. Prawie 1 mln. 170 tys. przybyło internautów deklarujących miejsce zamieszkania - wieś. Pamiętając o problemach z prasą drukowaną warto zauważyć gdzie tkwi największy potencjał rozwojowy polskiego internetu prawie w połowie tego dziesięciolecia. No jeszcze urządzenia (smartfony, tablety), ale to bajka na oddzielny wpis.

* Badanie Izby Wydawców Prasy „Diagnoza społecznych zachowań czytelniczych w obrębie prasy drukowanej i cyfrowej. Nowe platformydostępu do treści. Transformacja prasy”

sobota, 8 lutego 2014

Słonie, hieny, pasożyty. O kolejności „karmienia” w internecie

UWAGA. Poniższy tekst ukazał się prawie 5 lat temu - 3.03.2009 r. w serwisie Wiadomości24.pl  w czasach gdy byłem redaktorem naczelnym tego, największego w polskiej sieci, portalu dziennikarstwa obywatelskiego. Z racji aktualności wielu wątków i toczącej się dyskusji o ścianie paywalla w Agorze, zdecydowałem się go umieścić na blogu.

***

Pewnego dnia zamilkną serwisy internetowe prowadzone przez wydawnictwa medialne, a do kiosków nie dotrą gazety. Nie będzie niczego - mawiał pewien kandydat na prezydenta Białegostoku, który „zrobił karierę w sieci”. Tak, nie będzie niczego wartościowego, a portale i agregatory treści niemal całkowicie zamilkną. Niemożliwe? Możliwe, w USA już do tego się szykują...

Jak napisał Marek Miller amerykańscy wydawcy prasowi rzucają rękawicę internetowi. Wystosowano petycję, by przez 7 dni gazety nie publikowały żadnej treści w internecie. Celem jest próba obserwacji jak będą funkcjonowały portale agregujące treści gazet. TJ Sullivan, popularny niezależny dziennikarz, proponuje gazetom walkę z kradzieżą treści dziennikarskich w internecie. Sugeruje, by gazety, w okolicy amerykańskiego święta niepodległości, na tydzień zawiesiły działalność internetową - czytamy we wpisie na blogu Millera.

- Bardzo trudno będzie odzwyczaić czytelnika od darmowej treści w internecie - podkreśla dalej autor, a w konkluzji dodaje: - (...)gdzieś zatarła się różnica między prawdziwym, gazetowym dziennikarstwem, a tekstem kopiowanym przez portale takie jak Onet.pl czy Wp.pl. Często słyszę o ciekawym tekście przeczytanym na którymś z tych portali, a mało kto ma świadomość, że jego źródłem jest któraś z polskich gazet.

Pasożyty, słonie i hieny

W materiale Pasożyty żerują na serwisach i nieświadomych internautach podkreślałem negatywną rolę jaką odrywają te agregatory treści, które łamią prawo autorskie (wymieniałem Wykop, Sforę, Wyczajto). Są one jednak mniej groźne od internetowych hien. Jak hieny zachowują się zwykle portale, które do gołej skóry potrafią ogołocić innych z treści nie dając w zamian ani pieniędzy, ani ruchu - czytaj zwyczajowego linku do źródła. Wykorzystują dominującą pozycję zbudowaną przez ostatnich kilkanaście lat, gdy medialne słonie (czytaj wydawnictwa medialne :) poruszały się w sieci niezwykle ociężale. Portale nie linkują, zwykle nie płacą za obszernie cytowane newsy z serwisów gazetowych. Ten obyczaj sprawił, że możemy dziś wyróżnić trzy grupy podmiotów newsowych w internecie: słonie - czyli wydalające z siebie treść na masową skalę wydawnictwa i ich strony internetowe, hieny - portale, które przełkną wszystko i pasożyty - agregatory.

Internet mimo popularności blogów, dziennikarstwa obywatelskiego, czy w ogóle idei Web 2.0, nie wytwarza tyle treści, by być całkowicie samowystarczalny. I niech nie zmyli nikogo istnienie redakcji w portalach. Proszę usunąć każdego poranka ze stron informacyjnych Onetu, WP, czy Interii wszystko co jest „zlizywaniem” treści po gazetach (w tym doniesienia PAP!), a będzie widać skalę zjawiska. Jeśli już sieć coś wytwarza to gigantyczną ilość śmieci. Wystarczy porównać liczbę blogasków z naprawdę wartościowymi blogami. - A gdy (...) papierowe czasopisma znikną, zostanie sam śmieć. Ludzie z portali przyuczeni do byle-co-byle-szybko-byle-skąd-byle-nius nagle nie zaczną kreatywnie szukać tematów i pisać przemyślanych artykułów – komentuje Marcin Kasperski pod wpisem Hazana na blogu www.antyweb.pl dotyczącym owej „wojny gazety z internetem”.

Tylko, że to nie jest wojna gazet z internetem, a po prostu potyczka o pieniądze, ale i jednocześnie kształtowanie się nowego ładu informacyjnego. Wszyscy już wiedzą, że wydawnictwa medialne działające w Polsce (może poza Agorą) nie doceniły kilka lat temu internetu, jako miejsca gdzie można zarabiać. Zaczyna się kolejna odsłona bezpardonowej walki o szmal i - owe medialne, nieruchawe słonie, jak bywają nazywane wydawnictwa - zdecydowane są użyć każdej legalnej broni, by walczyć o swoje. Spada sprzedaż gazet, maleją wpływy z reklamy i do sieci ucieka czytelnik papieru - to jasne, że poważniej traktują rwący strumyk pieniędzy z reklamy w internecie. I chcą go porządkować...

Nieruchawe "medialne słonie"?

- Ochrona prawa autorskiego wydawców w internecie ma dwa oblicza: – pierwsze odnosi się do korzystania i oferowania cudzych treści bez uprawnienia, co jest nielegalne w myśl obowiązujących przepisów, – drugie dotyczy korzystania z treści w ramach dozwolonego użytku - wyjaśnia Maciej Hofman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy, skupiającej największe podmioty w tej branży. - Oba problemy wymagają odpowiednich regulacji prawnych tak, by nie ograniczać „wolności słowa” z jednej strony, ale z drugiej zapewnić twórcom i producentom należytą rekompensatę.

- W zakresie korzystanie z cudzych treści bez uprawnienia, wydawcy będą musieli wprowadzić czytelne zasady korzystania z materiałów prasowych obowiązujące w środowisku cyfrowym i ścigać tych, którzy te zasady naruszyli. Takie działania podjęła już „Gazeta Prawna” i „Rzeczpospolita” - kontynuuje Hofman. - Jeśli chodzi o dozwolony użytek to będzie to wymagało podobnego podejścia jak w przypadku reprografii. Tu należy przewidywać obciążenie opłatami urządzeń kopiujących i środków umożliwiających kopiowanie, ale też urządzeń umożliwiających dostęp do internetu i opłat za korzystanie z tego dostępu. Rozwiązanie formalne i faktyczne tych problemów będzie podstawą do budowy modelu biznesowego gwarantującego rozwój wydawnictw prasowych - podkreśla dyrektor generalny IWP.

Od 23 lutego wiadomo, że szykuje się duży proces o naruszanie praw autorskich w sieci. Tego dnia Presserwiss doniósł: - Infor Biznes wysłał do sądu pierwszy pozew w sprawie naruszenia przez serwisy internetowe praw autorskich do tekstów pochodzących z "Gazety Prawnej" i portalu Forsal.pl. Wydawca jako pierwszą pozwał Polską Federację Rynku Nieruchomości, bo jego zdaniem bez zgody spółki Infor Biznes zamieszcza ona w swoim serwisie internetowym materiały przygotowane przez dziennikarzy ”Gazety Prawnej” i Forsal.pl. Wydawca zapowiada, że podobnych pozwów może być ponad 70. Listę podmiotów podejrzanych o naruszenie praw autorskich przygotował we współpracy z firmą Plagiat.pl.

Infor szacuje straty na milion złotych i od jednej tylko z firm zażąda prawie 100 tys. zł. Czy proces i ewentualny wyrok odstraszy innych? Wątpię bo dla niektórych portali, serwisów, wortali treść wykorzystywania bez zgody właściciela (cóż za eufemizm na określenie kradzieży!) jest podstawą istnienia i zarobków, modelem biznesowym.

A może jednak pobierać opłaty za dostęp do treści?

Czy w polskim internecie można poważnie myśleć o pobieraniu opłat za dostęp do treści? Warto prześledzić tok myślenia jaki prezentuje prof. Jan Błeszczyński, specjalista od prawa autorskiego i prawa własności intelektualnej. W wywiadzie udzielonym "Gazecie Prawnej" mówił m.in.: - Internet otwiera ogromne możliwości korzystania z twórczości, w którym nie zawsze możliwe jest uchwycenie faktu konkretnego korzystania z utworu. Profesor dywagując o próbach ucywilizowania sieci podkreśla, że z (...) punktu widzenia prawa autorskiego sprawa przedstawia się prosto - ustawa powiada, że twórca korzysta z wyłącznej ochrony w zakresie rozporządzania utworem, z wyjątkiem sytuacji wymienionych w ustawie, w szczególności użytku osobistego. Jeżeli do wymiany dochodzi pomiędzy osobami pozostającymi w osobistym związku (np. rodzinnym lub towarzyskim), jest to dozwolone. Jeżeli natomiast wymiana jest realizowana w ramach zorganizowanej akcji, z punktu widzenia prawa autorskiego nie widzę istotnej różnicy pomiędzy taką wymianą a np. najmem lub użyczeniem egzemplarza utworu.

Krąg rodzinny i towarzyski jest częstym argumentem niektórych serwisów. Twórcy JoeMonster tak powołują się w rubryce „Prawa autorskie” na licencję GNU oraz „krąg znajomych”: Większość tekstów, obrazków oraz innych plików multimedialnych wykorzystywany w serwisie pochodzi z przepastnych czeluści ogólnoświatowej sieci Internet i stanowi dziedzictwo oraz dorobek tysięcy bardzo często bezimiennych osób, które napisały/narysowały/zrobiły zdjęcie/fotomontaż/prezentacje czy też inne rzeczy po to by zainteresować czy rozbawić swoich znajomych. My pokazujemy je naszym znajomym, czyli Wam. Kontynuujemy tym samym łańcuszek dobrej woli pozostawiając oryginalnym autorom ich prawa autorskie, a w przypadkach kiedy ich znamy umieszczamy zawsze odpowiednią adnotację i staramy się otrzymać zgodę na publikację.

Agregatory, czyli np. serwisy będące zbiorem linków są grupą osób pozostającą w związku towarzyskim? Rodzinnym? JoeMonster - łańcuszek ludzi dobrej woli? Prof. Błeszczyński nie docenia chyba internautów, pokolenia przyzwyczajonego do tego, że z sieci wszystko można pobrać za darmo: filmy, muzykę. Dlaczego mają nie korzystać za darmo z informacji przygotowanych przez inne serwisy?

Uczciwa konkurencja biznesowa?

Cywilizowanie obrotu treściami wydaje się nieuchronne. I to nie tylko za sprawą działań podmiotów przenoszących działalność z papieru do internetu. Dziennikarze obywatelscy działający w serwisie Wiadomości24.pl są tak samo okradani tak jak zawodowcy Ciekaw jestem ilu blogerów zakrzyknie: Łapać złodzieja! Który portal zapłacił (choćby linkiem) za to co zacytował? Polskie prawo, a właściwie instytucje naszego państwa nie potrafią sobie poradzić z prostą sprawą: Krystian Jamróz autor zdjęć z Wiadomości24.pl, które bezprawnie wykorzystano na komercyjnej stronie internetowej bezskutecznie stara się od kilku miesięcy dochodzić swych praw. Policja i prokuratura umorzyły postępowanie w jego sprawie...

Warto pamiętać, że upadek medialnych koncernów oznacza kiepskiej jakości dziennikarstwo. Już dziś nie wszystko co z medialnych gigantów wypływa do sieci jest wartościowe. Pamiętajmy też, że nie można ograniczać konkurencji w sieci. Na blogu Millera komentujący „macieklew” napisał: - Skoro ludzie chętniej odwiedzają portale, to jest to wyzwanie dla prasy. Konkurencja - tak to się nazywa, w kapitalizmie :) Jesteś lepszy, to kupują od ciebie - proste. Nie walczyć z konkurencją, tylko być lepszym od niej - oto rozwiązanie.

Uczciwa rywalizacja jest możliwa tylko gdy gracze trzymają się zasad. Dlaczego hieny, czyli portale tak chętnie cytują w całości newsy z innych serwisów informacyjnych (nie tylko należących do medialnych słoni), a nie dają linków? Może gdy rozjuszone słonie ruszą atakując całym stadem się przestraszą?

Uważam, że zarówno w interesie „medialnych słoni”, jak i hien oraz pasożytów jest stworzenie kodeksu dobrych praktyk w internecie oraz wyrzucenie poza nawias złodziei. Pierwszą zasadę już sformułowaliśmy Po pierwsze nie kradnij. Druga może brzmieć: Zawsze linkuj do źródła informacji. Dopóki wszystkie podmioty tworzące wiarygodną treść, czyli zatrudniające dziennikarzy serwisy i portale nie będą wobec siebie uczciwe, o ochronie praw autorskich nie ma mowy.

***
Pasożyt - organizm cudzożywny, który wykorzystuje stale lub okresowo organizm żywiciela jako źródło pożywienia i środowisko życia; może doprowadzić organizm żywiciela do wyniszczenia a nawet śmierci.

Hiena - potrafi wyczuć pożywienie z odległości wielu kilometrów. Zjada wszystko co się da strawić. Ma bardzo silne szczęki zdolne skruszyć kość słonia.

Słoń – jest roślinożerny; nieliczne zęby jakie posiada wykorzystuje są do rozdrabniania pożywienia, jeżeli straci wszystkie zęby na raz, nie może jeść i ginie z głodu. Słoń szarżuje z prędkością 30 km/h, rozszalałe stado potrafi stratować na swojej drodze wszystko... 

Źródło Wikipedia