poniedziałek, 10 marca 2014

Powstanie internet "dozwolony" dla osób po 35. roku życia

Wielu fachowców od internetu utożsamia go często z grupą docelową mieszczącą się w grupie wiekowej 15 – 35 lat, czyli użytkownikami dla których cyfrowa rzeczywistość była „od zawsze“. Oni nie pamiętają świata gazet codziennych, nigdy ich nie potrzebowali używać, szukać ich informacji, próbować dzięki nim zrozumieć świat. Od biedy kojarzą tygodniki, a cyfrowym bogiem jest dla nich wujek Google, social media - najpierw MySpace, potem Facebook, a teraz Snaptchat. Kilka lat temu używano nawet określenia „pokolenie Neostrady“ (cóż to właściwie jest?). Tylko, że użytkownicy cyfrowej sieci w Polsce są coraz starsi.

Wiadomo, że cyfrowe wykluczenie starszych osób istnieje i istnieć będzie. Jest sporo osób, które już nigdy nie staną się internautami i nie pomogą najlepsze programy zapobiegające takiemu wykluczeniu. Ale jednocześnie widać mocny trend – cyfrową rzeczywistość obłaskawiają szybko dzisiejsze 40-, i 50-latki. W ostatnim numerze miesięcznika „Press“ zwróciłem uwagę na małą rubrykę ze 112 str. Polskie Badanie Internetu na zlecenie branżowego miesięcznika pokazały m.in. profil internautów. Najbardziej zaciekawiły mnie kategorie wiekowe. W ciągu 11 miesięcy we wszystkich kategoriach wiekowych obejmujących internautów w wieku ponad 35 lat przybyło niemal 1 mln 300 tys. użytkowników, tymczasem w zsumowanej grupie 15 – 34 lata tylko 473 tys.

W niedawno opublikowanym badaniu Izby Wydawców Prasy „Diagnoza społecznych zachowań czytelniczych w obrębie prasy drukowanej i cyfrowej. Nowe platformydostępu do treści. Transformacja prasy” widać jakie tak silny przyrost użytkowników sieci w tych kategoriach wiekowych może mieć konsekwencje. Przynajmniej w najbliższych kilku latach. Autorzy badania, by obalić zarzuty o jego niereprezentatywność (choćby z racji tożsamości zleceniodawcy, czyli IWP zrzeszającej tradycyjnych wydawców) przeprowadzili wywiady na żywo z ponad 1000 osobami. Uwzględniono inne przyzwyczajenie i tradycje z korzystania mediów poprzez 250-osobową, nadreprezentatywną grupę respondentów tzw. czytelników prasy cyfrowej.



Badanie przyniosło ważną odpowiedź na pytanie: jaka czeka przyszłość printową prasę. Oddzielnie szukano odpowiedzi dla gazet, tygodników i magazynów. Wielu respondentów w odpowiedzi na pytanie czy prasa zniknie wskazywało na to, że nie zniknie, albo, że zastąpiona zostanie przez prasę w wersji cyfrowej. Niby nic w tym dziwnego gdy pyta się o to ludzi pamiętających świat sprzed epoki internetu, ale zaskakuje gdy są to opinie internautów przypisujących prasie papierowej istotnie wyższe wartości (jakość, opiniotwórczość, specjalizacja) niż typowym portalom internetowym. Co ważne niemal wszyscy respondenci dostrzegają różnicę - serwisy internetowe gazet doceniają (choć nie aż tak jak printową prasę) a typowym portalom internetowym przypisując niższą jakość.

By nie powtarzać listy błędów jakie popełnili wydawcy kilkanaście lat temu (główna – przekonanie, że treści trzeba przełożyć do internetu i publikować za darmo) warto analizować ogólnoświatową sieć www pamiętając o tym, że pozostaje kanałem dotarcia. Cywilizowanie relacji w sieci między producentem i nadawcą treści a odbiorcą (wprowadzanie płatności za dostęp do niej) odbywa się na żywym organizmie.



Wielu wydawców prasy dostało poważny argument do ręki, że czytelnik albo już jest, albo będzie w sieci, ale jednocześnie oczekuje ich produktów, przypisuje im opiniotwórczą rolę i uznaje za potrzebne. To argument za tym, by prasę w sieci kierować przede wszystkim do znających markę i posiadających doświadczenie z korzystania z tradycyjnej prasy. A zatem budować internet dozwolony dla internautów od 35 roku życia. Dla młodszych pozostaje to co bezpłatne? Czy także gorszej jakości? Wystarczy prześledzić jakie cechy przypisywali badani prasie, a jakie serwisom internetowym (patrz screen), by wyciągnąć ciekawe wnioski,

Na koniec wróćmy do zestawienia PBI z Press. Prawie 1 mln. 170 tys. przybyło internautów deklarujących miejsce zamieszkania - wieś. Pamiętając o problemach z prasą drukowaną warto zauważyć gdzie tkwi największy potencjał rozwojowy polskiego internetu prawie w połowie tego dziesięciolecia. No jeszcze urządzenia (smartfony, tablety), ale to bajka na oddzielny wpis.

* Badanie Izby Wydawców Prasy „Diagnoza społecznych zachowań czytelniczych w obrębie prasy drukowanej i cyfrowej. Nowe platformydostępu do treści. Transformacja prasy”

sobota, 8 lutego 2014

Słonie, hieny, pasożyty. O kolejności „karmienia” w internecie

UWAGA. Poniższy tekst ukazał się prawie 5 lat temu - 3.03.2009 r. w serwisie Wiadomości24.pl  w czasach gdy byłem redaktorem naczelnym tego, największego w polskiej sieci, portalu dziennikarstwa obywatelskiego. Z racji aktualności wielu wątków i toczącej się dyskusji o ścianie paywalla w Agorze, zdecydowałem się go umieścić na blogu.

***

Pewnego dnia zamilkną serwisy internetowe prowadzone przez wydawnictwa medialne, a do kiosków nie dotrą gazety. Nie będzie niczego - mawiał pewien kandydat na prezydenta Białegostoku, który „zrobił karierę w sieci”. Tak, nie będzie niczego wartościowego, a portale i agregatory treści niemal całkowicie zamilkną. Niemożliwe? Możliwe, w USA już do tego się szykują...

Jak napisał Marek Miller amerykańscy wydawcy prasowi rzucają rękawicę internetowi. Wystosowano petycję, by przez 7 dni gazety nie publikowały żadnej treści w internecie. Celem jest próba obserwacji jak będą funkcjonowały portale agregujące treści gazet. TJ Sullivan, popularny niezależny dziennikarz, proponuje gazetom walkę z kradzieżą treści dziennikarskich w internecie. Sugeruje, by gazety, w okolicy amerykańskiego święta niepodległości, na tydzień zawiesiły działalność internetową - czytamy we wpisie na blogu Millera.

- Bardzo trudno będzie odzwyczaić czytelnika od darmowej treści w internecie - podkreśla dalej autor, a w konkluzji dodaje: - (...)gdzieś zatarła się różnica między prawdziwym, gazetowym dziennikarstwem, a tekstem kopiowanym przez portale takie jak Onet.pl czy Wp.pl. Często słyszę o ciekawym tekście przeczytanym na którymś z tych portali, a mało kto ma świadomość, że jego źródłem jest któraś z polskich gazet.

Pasożyty, słonie i hieny

W materiale Pasożyty żerują na serwisach i nieświadomych internautach podkreślałem negatywną rolę jaką odrywają te agregatory treści, które łamią prawo autorskie (wymieniałem Wykop, Sforę, Wyczajto). Są one jednak mniej groźne od internetowych hien. Jak hieny zachowują się zwykle portale, które do gołej skóry potrafią ogołocić innych z treści nie dając w zamian ani pieniędzy, ani ruchu - czytaj zwyczajowego linku do źródła. Wykorzystują dominującą pozycję zbudowaną przez ostatnich kilkanaście lat, gdy medialne słonie (czytaj wydawnictwa medialne :) poruszały się w sieci niezwykle ociężale. Portale nie linkują, zwykle nie płacą za obszernie cytowane newsy z serwisów gazetowych. Ten obyczaj sprawił, że możemy dziś wyróżnić trzy grupy podmiotów newsowych w internecie: słonie - czyli wydalające z siebie treść na masową skalę wydawnictwa i ich strony internetowe, hieny - portale, które przełkną wszystko i pasożyty - agregatory.

Internet mimo popularności blogów, dziennikarstwa obywatelskiego, czy w ogóle idei Web 2.0, nie wytwarza tyle treści, by być całkowicie samowystarczalny. I niech nie zmyli nikogo istnienie redakcji w portalach. Proszę usunąć każdego poranka ze stron informacyjnych Onetu, WP, czy Interii wszystko co jest „zlizywaniem” treści po gazetach (w tym doniesienia PAP!), a będzie widać skalę zjawiska. Jeśli już sieć coś wytwarza to gigantyczną ilość śmieci. Wystarczy porównać liczbę blogasków z naprawdę wartościowymi blogami. - A gdy (...) papierowe czasopisma znikną, zostanie sam śmieć. Ludzie z portali przyuczeni do byle-co-byle-szybko-byle-skąd-byle-nius nagle nie zaczną kreatywnie szukać tematów i pisać przemyślanych artykułów – komentuje Marcin Kasperski pod wpisem Hazana na blogu www.antyweb.pl dotyczącym owej „wojny gazety z internetem”.

Tylko, że to nie jest wojna gazet z internetem, a po prostu potyczka o pieniądze, ale i jednocześnie kształtowanie się nowego ładu informacyjnego. Wszyscy już wiedzą, że wydawnictwa medialne działające w Polsce (może poza Agorą) nie doceniły kilka lat temu internetu, jako miejsca gdzie można zarabiać. Zaczyna się kolejna odsłona bezpardonowej walki o szmal i - owe medialne, nieruchawe słonie, jak bywają nazywane wydawnictwa - zdecydowane są użyć każdej legalnej broni, by walczyć o swoje. Spada sprzedaż gazet, maleją wpływy z reklamy i do sieci ucieka czytelnik papieru - to jasne, że poważniej traktują rwący strumyk pieniędzy z reklamy w internecie. I chcą go porządkować...

Nieruchawe "medialne słonie"?

- Ochrona prawa autorskiego wydawców w internecie ma dwa oblicza: – pierwsze odnosi się do korzystania i oferowania cudzych treści bez uprawnienia, co jest nielegalne w myśl obowiązujących przepisów, – drugie dotyczy korzystania z treści w ramach dozwolonego użytku - wyjaśnia Maciej Hofman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy, skupiającej największe podmioty w tej branży. - Oba problemy wymagają odpowiednich regulacji prawnych tak, by nie ograniczać „wolności słowa” z jednej strony, ale z drugiej zapewnić twórcom i producentom należytą rekompensatę.

- W zakresie korzystanie z cudzych treści bez uprawnienia, wydawcy będą musieli wprowadzić czytelne zasady korzystania z materiałów prasowych obowiązujące w środowisku cyfrowym i ścigać tych, którzy te zasady naruszyli. Takie działania podjęła już „Gazeta Prawna” i „Rzeczpospolita” - kontynuuje Hofman. - Jeśli chodzi o dozwolony użytek to będzie to wymagało podobnego podejścia jak w przypadku reprografii. Tu należy przewidywać obciążenie opłatami urządzeń kopiujących i środków umożliwiających kopiowanie, ale też urządzeń umożliwiających dostęp do internetu i opłat za korzystanie z tego dostępu. Rozwiązanie formalne i faktyczne tych problemów będzie podstawą do budowy modelu biznesowego gwarantującego rozwój wydawnictw prasowych - podkreśla dyrektor generalny IWP.

Od 23 lutego wiadomo, że szykuje się duży proces o naruszanie praw autorskich w sieci. Tego dnia Presserwiss doniósł: - Infor Biznes wysłał do sądu pierwszy pozew w sprawie naruszenia przez serwisy internetowe praw autorskich do tekstów pochodzących z "Gazety Prawnej" i portalu Forsal.pl. Wydawca jako pierwszą pozwał Polską Federację Rynku Nieruchomości, bo jego zdaniem bez zgody spółki Infor Biznes zamieszcza ona w swoim serwisie internetowym materiały przygotowane przez dziennikarzy ”Gazety Prawnej” i Forsal.pl. Wydawca zapowiada, że podobnych pozwów może być ponad 70. Listę podmiotów podejrzanych o naruszenie praw autorskich przygotował we współpracy z firmą Plagiat.pl.

Infor szacuje straty na milion złotych i od jednej tylko z firm zażąda prawie 100 tys. zł. Czy proces i ewentualny wyrok odstraszy innych? Wątpię bo dla niektórych portali, serwisów, wortali treść wykorzystywania bez zgody właściciela (cóż za eufemizm na określenie kradzieży!) jest podstawą istnienia i zarobków, modelem biznesowym.

A może jednak pobierać opłaty za dostęp do treści?

Czy w polskim internecie można poważnie myśleć o pobieraniu opłat za dostęp do treści? Warto prześledzić tok myślenia jaki prezentuje prof. Jan Błeszczyński, specjalista od prawa autorskiego i prawa własności intelektualnej. W wywiadzie udzielonym "Gazecie Prawnej" mówił m.in.: - Internet otwiera ogromne możliwości korzystania z twórczości, w którym nie zawsze możliwe jest uchwycenie faktu konkretnego korzystania z utworu. Profesor dywagując o próbach ucywilizowania sieci podkreśla, że z (...) punktu widzenia prawa autorskiego sprawa przedstawia się prosto - ustawa powiada, że twórca korzysta z wyłącznej ochrony w zakresie rozporządzania utworem, z wyjątkiem sytuacji wymienionych w ustawie, w szczególności użytku osobistego. Jeżeli do wymiany dochodzi pomiędzy osobami pozostającymi w osobistym związku (np. rodzinnym lub towarzyskim), jest to dozwolone. Jeżeli natomiast wymiana jest realizowana w ramach zorganizowanej akcji, z punktu widzenia prawa autorskiego nie widzę istotnej różnicy pomiędzy taką wymianą a np. najmem lub użyczeniem egzemplarza utworu.

Krąg rodzinny i towarzyski jest częstym argumentem niektórych serwisów. Twórcy JoeMonster tak powołują się w rubryce „Prawa autorskie” na licencję GNU oraz „krąg znajomych”: Większość tekstów, obrazków oraz innych plików multimedialnych wykorzystywany w serwisie pochodzi z przepastnych czeluści ogólnoświatowej sieci Internet i stanowi dziedzictwo oraz dorobek tysięcy bardzo często bezimiennych osób, które napisały/narysowały/zrobiły zdjęcie/fotomontaż/prezentacje czy też inne rzeczy po to by zainteresować czy rozbawić swoich znajomych. My pokazujemy je naszym znajomym, czyli Wam. Kontynuujemy tym samym łańcuszek dobrej woli pozostawiając oryginalnym autorom ich prawa autorskie, a w przypadkach kiedy ich znamy umieszczamy zawsze odpowiednią adnotację i staramy się otrzymać zgodę na publikację.

Agregatory, czyli np. serwisy będące zbiorem linków są grupą osób pozostającą w związku towarzyskim? Rodzinnym? JoeMonster - łańcuszek ludzi dobrej woli? Prof. Błeszczyński nie docenia chyba internautów, pokolenia przyzwyczajonego do tego, że z sieci wszystko można pobrać za darmo: filmy, muzykę. Dlaczego mają nie korzystać za darmo z informacji przygotowanych przez inne serwisy?

Uczciwa konkurencja biznesowa?

Cywilizowanie obrotu treściami wydaje się nieuchronne. I to nie tylko za sprawą działań podmiotów przenoszących działalność z papieru do internetu. Dziennikarze obywatelscy działający w serwisie Wiadomości24.pl są tak samo okradani tak jak zawodowcy Ciekaw jestem ilu blogerów zakrzyknie: Łapać złodzieja! Który portal zapłacił (choćby linkiem) za to co zacytował? Polskie prawo, a właściwie instytucje naszego państwa nie potrafią sobie poradzić z prostą sprawą: Krystian Jamróz autor zdjęć z Wiadomości24.pl, które bezprawnie wykorzystano na komercyjnej stronie internetowej bezskutecznie stara się od kilku miesięcy dochodzić swych praw. Policja i prokuratura umorzyły postępowanie w jego sprawie...

Warto pamiętać, że upadek medialnych koncernów oznacza kiepskiej jakości dziennikarstwo. Już dziś nie wszystko co z medialnych gigantów wypływa do sieci jest wartościowe. Pamiętajmy też, że nie można ograniczać konkurencji w sieci. Na blogu Millera komentujący „macieklew” napisał: - Skoro ludzie chętniej odwiedzają portale, to jest to wyzwanie dla prasy. Konkurencja - tak to się nazywa, w kapitalizmie :) Jesteś lepszy, to kupują od ciebie - proste. Nie walczyć z konkurencją, tylko być lepszym od niej - oto rozwiązanie.

Uczciwa rywalizacja jest możliwa tylko gdy gracze trzymają się zasad. Dlaczego hieny, czyli portale tak chętnie cytują w całości newsy z innych serwisów informacyjnych (nie tylko należących do medialnych słoni), a nie dają linków? Może gdy rozjuszone słonie ruszą atakując całym stadem się przestraszą?

Uważam, że zarówno w interesie „medialnych słoni”, jak i hien oraz pasożytów jest stworzenie kodeksu dobrych praktyk w internecie oraz wyrzucenie poza nawias złodziei. Pierwszą zasadę już sformułowaliśmy Po pierwsze nie kradnij. Druga może brzmieć: Zawsze linkuj do źródła informacji. Dopóki wszystkie podmioty tworzące wiarygodną treść, czyli zatrudniające dziennikarzy serwisy i portale nie będą wobec siebie uczciwe, o ochronie praw autorskich nie ma mowy.

***
Pasożyt - organizm cudzożywny, który wykorzystuje stale lub okresowo organizm żywiciela jako źródło pożywienia i środowisko życia; może doprowadzić organizm żywiciela do wyniszczenia a nawet śmierci.

Hiena - potrafi wyczuć pożywienie z odległości wielu kilometrów. Zjada wszystko co się da strawić. Ma bardzo silne szczęki zdolne skruszyć kość słonia.

Słoń – jest roślinożerny; nieliczne zęby jakie posiada wykorzystuje są do rozdrabniania pożywienia, jeżeli straci wszystkie zęby na raz, nie może jeść i ginie z głodu. Słoń szarżuje z prędkością 30 km/h, rozszalałe stado potrafi stratować na swojej drodze wszystko... 

Źródło Wikipedia

czwartek, 16 stycznia 2014

Orwell pomylił się o 30 lat. Kilka słów o prywatności w sieci


George Orwell w słynnej powieści „1984“ opisał życie jednostki kontrolowane i podporządkowane wszechpotężnej władzy państwa. Informacje dotyczące zakupów dokonywanych przez Google (zakup firmy NestLabs z zarejestrowanymi ponad 100 patentami zajmującej się nowoczesnymi termostatami, a faktycznie grupę osób, które współtworzyły w Apple słynnego iPoda), czy pojawienie się aplikacji NameTag firmy FacialNetwork pokazują, że  rzeczywistość dogoniła przewidywania w powieści Orwella. Autor powieści pomylił się „tylko“ o około 30 lat.

Wydaje ci się, że starannie chronisz swoje dane osobowe na Facebooku, że profil jest prywatny? Albo, że Twój adres e-mail jest Twoją własnością? Facebook nie pozwala zmienić głównego adresu e-mail, ani numeru telefonu używanego do logowania się w swoim serwisie gdy chcemy korzystać z usługi wysyłania kodu dostępu na numer telefonu. Albo gdy masz tylko adres G-mail znajomego a nie wiesz czy ma konto na FB skorzystaj ze strony pozwalającej zresetować hasło - jesteś w stanie odnaleźć jego profil na Facebooku.

Z kolei dzięki najnowszej aplikacji NameTag można zrobić zdjęcie dowolnej osobie na ulicy, a program sam odszuka na podstawie twarzy jej profile w serwisach społecznościowych i pokaże wszystkie „ślady“ jakie ta osoba zostawiła w cyfrowym świecie. Łatwiej Ci będzie zacząć rozmowę bo zobaczsz nawet linki do profili danej osoby w serwisach randkowych. W USA aplikacja sprawdza nawet rejestr skazanych za przestępstwa seksualne. 

W powieści „1984“ wszechobecne teleekrany pełniły funkcję kamer szpiegowskich, wymuszających bezwzględne posłuszeństwo na ludziach. Najdrobniejsze wykroczenie poza normę (np. niezadowolony wyraz twarzy) jest natychmiast wykrywane i kończy się ewaporacją, czyli nie tylko śmiercią fizyczną, ale i całkowitym wymazaniem z historii. Osoba, która została ewaporowana, oficjalnie nigdy nie istniała. 

W ciągu ostatnich 10 – 20 lat nie tylko internetowym korporacjom udało się przekonać  społeczeństwo, że cyfrowa rzeczywistość jest fajna i lepsza niż ta w której żyjemy. Uwierzyliśmy. Zapatrzeni w możliwości technologii, zachwyceni urokiem serwisów social media. I nie tylko ich. Systematycznie oddajemy coraz więcej prywatności w cudze ręce. Bezkrytycznie wypełniamy formularze danych Googla, czy Facebooka. Wrzucamy zdjęcia (pozowane, fotoszopowane, selfie z dziubkiem) i filmy do sieci, tagujemy je, decydujemy się na umieszczanie w świecie digital wielkiej cześci swego życia prywatnego i zawodowego. 

Z ręką na sercu ilu z nas czyta bardzo szczegółowe i długie regulaminy, który serwuje nam serwis obsługujący jedną szóstą część ludzkości - Facebook? Albo Google? Po raz pierwszy po wielu miesiącach zajrzałem do ustawień swego profilu w Google. Ile tam nowych pól, dziwnych powiązań z dziesiątkami usług Google! Nie słychać też o masowych protestach internautów przeciwko najnowszej możliwości wysyłania maili jakie oferuje Gmail dzięki koncie w Google+. Od teraz możesz dostać maila od osób, które są w Twoim kręgu znajomych. Nie muszą znać Twego maila. 

Ponoć to wszystko w naszym dobrze pojętym interesie. Także w imię naszego bezpieczeństwa Microsoft udostępni dane użytkowników Skype’a rosyjskim służbom specjalnym. Koncern będzie przechowywał przez 6 miesięcy nagrania rozmów, pliki i dane. Nie robi już na nikim wrażenia wieść, że amerykańska Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) posiada technologię, która umożliwia połączenie się z komputerami drogą radiową. NSA jest teraz w stanie włamać się do komputera, który nie jest podłączony do internetu.

W relacjach z państwem i z cyfrowymi korporacjami mamy coraz mniej prywatności. Na własne życzenie. Standardy i umowy nie są przestrzegane, a prawa obywateli ustępują interesom rządów. W „1984“ Orwella istniały 3 mocarstwa (Eurazja – zdominowana przez ZSRR, Oceania – zdominowana przez USA, Wschódazja – pod wodzą Chin), które nieustannie prowadzą wojny. Dwa mocarstwa nawiązywały sojusz i atakowały trzecie. Następnie sojusz został zrwany, jeden z sojuszników przechodził na stronę wroga i wspólnie z nim atakował osamotnione państwo. Wojna trwała cały czas, ponieważ żadnemu z przywódców nie zależało na zakończeniu. Dzięki temu rządzącym łatwiej jest wymóc posłuszeństwo...

Czytaj też w serwisie Panoptykon.org co w zakresie prywatności internautów w sieci wydarzyło się w 2013 roku

środa, 1 stycznia 2014

Pytania na 2014 rok. Pora na powrót do dziennikarskich wartości?


- Myślimy cały czas o tych, którzy chcą płacić za nasz serwis, a nie o tych co i tak nie zapłacą - mówił Romanus Otte, z Die Welt Online, Axel Springer, podczas październikowej konferencji INMA.org w Berlinie. W ten sposób odpowiedział na pytanie o ewentualne omijanie przez internautów wprowadzonych zabezpieczeń paywallowych przy dostępie do wersji premium serwisu Welt.de.
 
W ogóle w Berlinie padło wiele słów pełnych nadziei kierowanych pod adresem wszelkich rozwiązań i modeli biznesowych zmierzających do tego, by pobierać od internautów opłaty za dostęp do treści. -  Chcemy pieniędzy za naszą pracę - to zdanie, które trzeba odważnie powiedzieć internautom, a wygląda na to, że stanowią klucz do sukcesu w 2014 i latach następnych. Oczywiście trzeba pamiętać, że w świecie online przychody warto budować na różnych polach i realizując różne modele biznesowe. Ci, którzy taką komunikację z internautami rozpoczęli zbierają pierwsze doświadczenia. Mają je za sobą wydawcy na rozwiniętych rynkach starej Europy. Le Monde, Ekstrabladet.dk, Die Welt i wiele innych marek printowych - wszyscy inwestują w różnego typu paywalle i liczą na systematyczny wzrost przychodów.

Z jakimi efektami? Przedstawicielka Le Monde przyznawała, że po wdrożeniu modelu freemium pojawiło się wielu nowych subskrybentów - tym razem cyfrowej wersji. Są młodsi o ok. 12 lat od nabywców gazety w wersji drukowanej, 80% z nich to mężczyźni, aż 70% korzysta z tabletów, no i większość ma wysokie dochody. Czy to naprawdę taka zła wiadomość dla prasy coraz aktywniejszej w świecie cyfrowym? A Die Welt? Niemiecki dziennik pozyskał 47 tys. nowych abonentów w wersji cyfrowej.

Gdy mowa o tzw. tradycyjnych wydawcach powinno używać się nie określenia typu "treść", czy "content", a dziennikarskie informacje, wywiady, reportaże, itd. To twórczość dziennikarska odróżnia te modele od displayowej monetyzacji pełnej billboardów coraz rzadziej klikanych przez internautów. W numerze 6 kwartalnika „Nowe Media“ Alan D. Mutter - amerykański strateg medialny - używa terminu komodytyzacja (rozcieńczanie dziennikarstwa!), czyli utowarowienia informacji w sieci na określenie zjawiska powszechnej nadpodaży treści. Jest natychmiast. Wszędzie. Za darmo. Bezpłatna treść uzależnia odbiorcę. To nic, że treść jest coraz niższej jakości, ale internauta, który sam stał się współproducentem treści - smartfony zabijają branżę fotograficzną - zadowala się samym faktem dostępu do treści, a nie jej jakością.



Klikalność i presja na PV, tak jak i na cytowalność przysłoniła na jakiś czas wydawcom istotę problemu, że najważniejszy jest odbiorca, który świadomie nabywa dany produkt. I nie ma znaczenia, czy jest on drukowany, czy cyfrowy, na smartfona czy na tablet. Ruszyli śladem cyfrowych graczy, którzy do perfekcji opanowali optymalizację kosztów i dlatego oferują darmową treść. Potrafią nią bawić (triumf infotainmentu nad informacją) i przez chwilę wydawało się, że naśladując to zachowanie zasypią przychody utracone przy spadających nakładach wydań printowych. Reguły gry świata online odbiły się na jakości podstawowego produktu wydawców, bo szukając obniżki kosztów, rezygnując z dziennikarzy w ich miejsce zatrudniając media workerów gwałtownie obniżyli wartość i jakość produktu. Zapominając trochę o dotychczasowych klientach. Błąd, który dowodzi, że przybieranie cudzych szat w cyfrowym świecie nie musi oznaczać sukcesu.

Bo pozornie tylko w internecie walka toczy się o słupki PV, czy o ekonomię uwagi. We wspomnianym numerze “Nowych Mediów”, prof. Jeff Jarvis używa tego określenia. W zasadzie jest ona walką wszystkich ze wszystkimi o przyciągnięcie internauty do danej witryny. Tymczasem na dłuższą metę dla wydawcy i reklamodawców ważniejsze, cenniejsze okazuje się angażowanie odbiorcy, poznanie jego potrzeb i odpowiadanie na nie. Stąd gwałtownie rośnie potrzeba poszukiwania dobrych odpowiedzi na trudne pytania.
  
Czy kosztowne w produkcji treści dziennikarskie są “wystarczająco dobre”
do świata zdominowanego przez kliki? 
Czy dziennikarze i wydawcy koniecznie muszą w świecie cyfrowym walczyć
o odsłony czy czas przebywania internauty na stronie? 

Największą wartością jaką dysponują wydawcy są przecież dziennikarze, ich reputacja i renoma oraz zaufanie do samego brandu. W świecie cyfrowym dziennikarze świadczą usługi i tak naprawdę nie zajmują się informowaniem odbiorców o tym co się zdarzyło, ale raczej wyjaśnianiem świata, interpretowaniem zdarzeń. O tym, że coś się zdarzyło internauta może dowiedzieć z tv, radia, dowolnej strony informacyjnej w sieci. Nie minie chwila od zdarzenia a za sprawą Twittera, FB, agregatora treści w internecie będzie o tym wiedział każdy. I w wielu wypadkach powie mu o tym nie dziennikarz. Ale już usystematyzowanie wiedzy o zdarzeniu, komentarz, wyjaśnienie i potwierdzenie faktów z wypowiedziami świadków czy ekspertów – to już zadanie dla dziennikarzy. I nawet nie chcę wspominać tych wpadek, gdy ścigając się  na newsy media ośmieszają się publikując niesprawdzone treści – np. cytując fałszywe konta na Twitterze.

Terminu delinearyzacja, który znalazłem w książce francuskiego dziennikarza Bernarda Pouleta „Śmierć gazet, przyszłość informacji“ (wyd. Czarne, 2007 r.) używam na spotkaniach z dziennikarzami i w swoich prezentacjach. To zjawisko gdy internauta wybiera treści, które chce konsumować samodzielnie (znajduje ją korzystając z wyszukiwarki Google), albo z pomocą znajomych (linki znajomych Facebook, Twitter). Globalni gracze zza oceanu to obecnie największe bramki przez jakie internauci trafiają do sieci, a jednocześnie dostarczyciele ruchu na strony wydawców. Delinearyzacja, czyli brak pierwszej strony dla milionów internautów, od której zaczynają kosnumpcję treści to zła wiadomość dla producentów jakościowej, wartościowych materiałów. W tak ustawionej grze każdy arykuł w sieci żyje własnym życiem dzięki własnym zaletom (SEO), a jego wartość polega na zdolności pozyskania internautów, a zatem i reklamodawców. Pytanie tylko czy najlepsze artykuły to te, które przyciągają najwięcej czytelników/internautów, czy może jednak te, których temat przyciągnie najdroższe reklamy?

Dziennikarze obecni w social mediach pracują dziś nie tylko na rzecz marki/brandu, który ich zatrudnia. Budują zaufanie do niej, a jednocześnie sami stają się - jak nazwał to kiedyś Eryk Mistewicz - informacyjnymi siri. Są wartością, którą wydawcy muszą pielęgnować i rozwijać. Im większa wiarygodność informacyjnego siri tym wartościowszy internauta na stronie. Tym ich więcej, tym marka szybciej zbuduje swoją cyfrową pozycję?

Skoro mowa o marce i jakościowym contencie? Czy polskim internautom przyjdzie do głowy, by wierzyć we wszystko co czytają na stronach Onet, Wp, Interia? Portale od lat uczą odbiorców, że są agregatorami treści wytworzonej przez innych i najlepiej uprawiają komodytyzację. “Produkują” content najtaniej jak się da dostosowując koszty produkcji do kosztów pozyskiwania ruchu. 

Czy internauci mogą być gotowi płacić za dostęp do takich treści? Raczej nie, tymczasem w 2012 roku mniejsze, dużo mniejsze niż się wszyscy spodziewali, protesty internautów wzbudziło wdrożenie paywalla przez Piano Media na ponad 40 serwisach internetowych należących do 6 dużych grup medialnych. System pobierania opłat za dostęp do części materiałów zaoferowały marki, które są nadal - przynajmniej dla niektórych - synonimem wartości, jakości, wiarygodnych brandów. Czy dlatego, że oferowały materiały dziennikarskie a nie kiepskiej jakości, powszechnie dostępny content?

Rok 2014, a pewnie i kolejne lata zapowiadają się jako czas jeszcze intensywniejszego powrotu do źródeł, czyli do dziennikarstwa, które w oceanie bezpłatnej treści w sieci jest wyróżnikiem wydawców zatrudniających dziennikarzy. Pytań na które brak dobrych odpowiedzi tylko przybywa.

Zobaczymy…

niedziela, 17 listopada 2013

Internauto, jesteś tylko danymi osobowymi, czyli walutą jaką obracają internetowe giganty z USA

Zewsząd otaczają nas kamery, a systemy monitoringu wrosły w nasz krajobraz podobnie jak w świadomość internautów, że absolutną koniecznością jest posiadanie konta na Facebooku, Twitterze czy Google +. Do obu zjawisk podchodzimy z nieufnością, tylko że monitoring służy bezpieczeństwu (raczej post factum) a internet chronieniu społeczeństw przed zjawiskiem terroryzmu (tak mówią rządy) i jednocześnie robieniu pieniędzy.

5 listopada przypadała rocznica nieudanego zamachu na budynek brytyjskiego parlamentu przeprowadzona przez Guya Fawkesa. Angielski katolik, który w 1605 roku wystąpił w białej masce stał się idolem hackerów, a potem protestujących w 2012 na całym świecie przeciwko porozumieniu ACTA. W styczniu ubiegłego 2012 roku w dziesiątkach miast Polski młodzież wyszła na ulicę na zawołanie hackerów. Pod hasłami sprzeciwu wobec cenzurowaniu sieci przez blokowanie pirackich stron, domagania się danych osobowych piratów (ACTA) pokazała władzy co myśli o takich pomysłach.

Tymczasem 5 listopada, gdy miano się sprzeciwić prowadzeniu masowych podsłuchów głównie przez amerykański program NSA, niesprawiedliwości, szpiegowaniu społeczeństw, wprowadzaniu żywności modyfikowanej genetycznie w polskich miastach protestujących było często mniej niż ...zebranych dziennikarzy. Sprzeciw wobec ACTA, czyli AntiCounterfeiting Trade Agreement tj. międzynarodowej umowie utrzymywanej długo w tajemnicy - której zapisy przewidywały oddanie w ręce posiadaczy praw autorskich zbyt wielkiej władzy - zebrał na ulicach ok. 200 tys. Polaków.

Katarzyna Szymielewicz, prezes fundacji Panoptykon, która sprzeciwia się rosnącemu nadzorowi nad społeczeństwem, działa na rzecz ochrony praw człowieka i monitorowania zagrożeń związanych z nadmiernym nadzorem obywatela przez państwo w wypowiedzi dla Gazeta.pl w styczniu 2013 r. tak mówiła o powodach sprzeciwu m.in.: „Mogła być najróżniejsza, nie tylko wynikająca z potrzeby obrony szeroko pojętej wolności w internecie czy dostępu do kultury. Ludzi mógł oburzyć sam pomysł poddania ściślejszej regulacji sieci, która w powszechnym rozumieniu jest "Dzikim Zachodem" dzisiejszego świata. Mogli także dawać upust swojemu wkurzeniu na rządzących, występując w roli polskiej wersji ruchu Occupy".


Gdy mowa o międzynarodowych koncernach wykorzystujących oddawane przez nas dobrowolnie dane osobowe publicznych protestów jest mniej, a społeczne przyzwolenie jakby jest większe. Ostatnio wprowadzenie możliwości komentowania n YouTube tylko z użyciem profilu na Google + oburzyło wielu młodszych internautów, głównie tzw. gimbazę. Anonimowe komentowanie było wartością samą w sobie, no i dzięki temu internetowy hejt miał niezłą pożywkę. Pozornie tylko wygląda na to, że Google chodzi o to, by jeszcze bardziej zwiększyć zasięg. Pojedynczy użytkownik, a nawet grupa nie stanowi dla właściciela takiej usługi wielkiej wartości. Wartością są dane niezwiązane z naszą tożsamością a nasze upodobania czy dane dotyczące statusu społecznego. W internecie po prostu światowe koncerny walczą o wielkie pieniądze. Dokładne określenie do jakiej grupy konsumentów należymy sprawia, że Facebook, czy Google mogą handlować jeszcze dokładniejszymi danymi. Dopasowanie oferty reklamowej do grupy użytkowników staje się prostsze i – przede wszystkim – skuteczniejsze. A co za tym idzie droższe.

Kilkanaście dni temu brytyjskie Tesco poinformowało o wprowadzeniu technologii skanowania twarzy o nazwie OptimEyes. Pozwala ona odczytywać płeć klientów w kolejce do kasy i podzielić ich na 3 grupy wiekowe tak, by trafić z właściwą ofertą reklamową i wyświetlić ją na monitorze. Największa wypożyczalnia internetowa - Netflix zbiera różnego typu dane o swych użytkownikach by z prawie 75 % skutecznością zaproponować obejrzenie kolejnego filmu. Amazon - największy sklep internetowy na świecie wie już nie tylko, ilu widzów i jak oceniło dany film, ale potrafi łączyć te dane z profilem demograficznym, historią zakupów oraz ocenami innych filmów.

To nie science fiction. Rzeczywistość 2013 roku to gigantyczne zbiory danych przetwarzanych przez wielkie serwery. Najlepsza, najcenniejsza waluta o ludziach, którzy kupują dany model samochodu, latają samolotami na wakacje do konkretnych miejsc, klikają w linki w konkretnych porada tygodnia, czy dnia, to dane zbierane o naszym przemieszczaniu się z pomocą systemu GPS i Google Maps, itd.

Mizerny protest przeciwko NSA (Marsz Miliona Masek) kiepsko rokuje nam jako internautom. Nie interesujemy się tym zbytnio, a rządy i koncerny robią swoje. Konsumenci są z jednej strony coraz bardziej wrażliwi na wyłudzanie danych osobowych a jednocześnie miliony Polaków, zresztą jak setki milionów innych internautów, oddają mniej lub bardziej świadomie te dane gigantom online. Czy po aferze PRISM nasz rząd robi wszystko, by ograniczyć na naszym terenie działania tych koncernów? Czy polscy politycy bardziej skupieni są na wykorzystywaniu kanałów social mediowych na komunikowaniu się ze społeczeństwem niż na dbaniu o interes wyborców? Nadzwyczaj silna pozycja amerykańskich gigantów nie tylko na polskim rynku idzie w parze z zapewnieniami amerykańskiego rządu, że to dla naszego bezpieczeństwa stworzono tajny program inwigilacji elektronicznej PRISM. Dość zastanawiające jest, że do programu gromadzenia danych dobrowolnie przystąpiły wszystkie wielkie firmy nowych technologii, oprócz wspomnianych wcześniej także Microsoft, AOL, Apple, Yahoo, Skype...

O istnieniu programu Safe Harbor wie chyba niewielu internautów. Od 2000 roku istnieje porozumienie na mocy którego Unia Europejska uznaje, że amerykańskie firmy, które przystąpią do programu Safe Harbor są traktowane jako zapewniające odpowiedni poziom ochrony danych osobowych i mogą je przesyłać z Europy do USA. Po aferze z PRISM uznano, że dane nie są jednak bezpieczne i dlatego w Komisji Europejskiej toczą się prace wzmacniające gwarancję naszej prywatności, nowe prawo miałoby zmuszać koncerny do informowania użytkowników, że jesteśmy profilowani, czy w jakim celu i komu przekazywane są nasze dane osobowe.

Może ta KE i UE czasem się na coś przydają...

Fot. Vincent Diamante