Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tablet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tablet. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 kwietnia 2014

Rytm życia, czyli dlaczego mobile nie zastąpi całkowicie desktopu

Zwykle jestem ostrożny w wydawaniu ostrych sądów, tak i w dyskusji na temat rosnącej roli mobile byłem do tej pory wstrzemięźliwy w przesądzaniu, że to na pewno będzie „rok mobile“, argumentowaniu, że rosnące udziały użytkowników smartfonów spowodują drastyczny spadek korzystania z  wersji desktopowej. Dziś proponuję prostą lekcję mając w pamięci fizjologię człowieka (potrzeba snu, jedzenia, etc,) oraz obowiązujące dziś metody pracy i wytwarzania dóbr.

Ekspertom wieszczącym śmierć lub całkowitą marginalizację desktopowej wersji korzystania z internetu warto przypomnieć rolę w życiu człowieka jaką odgrywa osobiste urządzenie a jaką urządzenie do pracy. Sięgam po przykład ze świata gdzie smartfony mają niemal wszyscy. Zamieszczam jeden slajd z prezentacji Yasmin Namini Senior Vice President - Chief Consumer Officer, NY Times, New York, którą widziałem podczas konferencji INMA, jesienią 2013 r. w Berlinie. Jak widać na nim konsumpcja treści z użyciem smartfonów odbywa się w określonych porach dnia, a co za tym idzie także sytuacjach życiowych.

Urządzenie osobiste pozwala zachować kontakt ze światem online w podróży, wszędzie tam gdzie nie możemy rozłożyć laptopa czy tabletu z powodów oczywistych. Co ciekawe gdy mowa o korzystaniu z tabletu większość ankietowanych ostatnio i tak wskazuje na używanie przeglądarki www. Aplikacja - co widać coraz wyraźniej od 3, 4 lat - to dziś słowo identyfikowane z użytecznością, a nie serwisami newsowymi. Gdy jeszcze dodamy do tego trend w budowaniu stron www w wersji Responsive Web Design (RWD) mamy pełny obraz powodów dla których, przynajmniej wydawcy stron informacyjnych, nie muszą bać się gwałtownego przesunięcia się użytkowanika z desktopu na rzecz wersji moblinych (obojętnie jak definiowanych).

Prześledźmy tygodniowy czas jaki przeciętny internauta przeznacza na poszczególne czynności. Założenie jest takie, że większość pracy “biurowej” odbywa się dziś z użyciem komputera biurowego lub laptopa, a więc wersji desktopowej.

Tydzień, czyli 24 godziny x 7 dni = 168 godzin.

Tydzień                                                        168 godzin
Sen                                                                52,5 godziny = średnio 7,5
Praca biurowa                                             40 godzin = 5 dni x 8 godzin
Posiłki                                                           8,5 godziny = 7 x 3 x średnio ok. 25 minut
Toaleta codzienna                                        3,5 godziny = 7 x 2 x 15 minut
Podróże do pracy                                         6 godzin = 5 x 2 x ok. 30 minut
Zakupy                                                         1,5 godziny = ok. 5 x 15 minut
Weekendy, bez komputera                         4,5 godziny = 3 x 1,5 godziny         
Czynności codziennie (n. sprzątanie)        7 godzin = 7 x 1 godzina

Razem                                                          123,5 godziny
Reszta nieprzypisana                                 44,5 godziny

Nawet uzwględniając, że w pracy w przerwach na papierosa, czy jedzenie użytkownik sięga po smartfona nie uzbiera się tego więcej jak kilkadziesiąt dodatkowych minut tygodniowo. Jakby na to nie patrzeć i ile, by nie wydzierać z czasu poświęcanego na inne czynności (jedzenie, podróż komunikacją publiczną, część czasu wolnego) zostaje wciąż mniej niż 50 godzin tygodniowo. Tylko na siedzenie i wpatrywanie się w smartfona? A przecież w zestawieniu nie uwzględniłem wielu aspektów życia bo one mogą być wykorzystane zarówno tak samo na używanie smartfona, jak i pozostawanie offline. 

Co wynika z prostego przykładu? Fizyczną niemożliwością jest korzystać dużo więcej z wersji mobilnych serwisów (używać smartfona) niż dziś bez naruszenia delikatnej równowagi między pracą, życiem a czynnościami fizjologicznymi na których trzeba się skupić. Trudno przecież myć zęby i jednocześnie serfować w sieci drugą ręką – przynajmniej ja tego nie próbuję. Trudno prowadzić auto i patrzeć w ekran iPhone’a (przyznaję czasem spoglądam, ale tylko gdy stoję w korku :). Nie da się zmienić proporcji bez ingerencji w naszą pracę, a zwłaszcza sposób jej wykonywania. Jest sporo zawodów gdzie być może dojdzie do całkowitego porzucenia desktopu (np. handlowiec w terenie), a smartfon całkowicie zastąpi laptopa, ale dziesiątek czynności i zawodów to nie dotyczy, np. kasjerka, bankowiec, kierowca autobusu, tysiące innych.

Bawi mi trochę prognozowanie przyszłości poprzez pryzmat ludzi obracających się tylko wokół znajomych z biurowej przestrzeni, wyciąganie wniosków z zachowań podobnych sobie hard userów internetu i smartfonów. Przewidujących, że wszyscy będą pracować patrząc jedynie w smartfony. Trochę to przypomina prognozy sprzed lat gdy TV miała zabić radio – a to ma się wciąż świetnie. Potem kino miało zabić TV – oba kanały się dziś uzupełniają się oferując innego rodzaju doświadczenie. Dziś multitasking pozwala oglądać TV i szukać informacji na tablecie czy smartfonie. Nieustannie w mediach przebija się teza, że internet z bezpłatnymi wiadomościami zabije gazety. Tymczasem wciąż print oferuje inne przeżycia niż strona www, a dla twórców dobrej treści www staje się tylko nowym kanałem kontaktu z odbiorcą – patrz nadzieje pokładane przez wydawców w paywallach. Dlatego mobile nie zastąpi, ani tym bardziej nie zabije desktopu. Oba sposoby korzystania ze stron www, poczty, czy social media będą współistnieć i się uzupełniać. 

niedziela, 3 listopada 2013

Internet "dwóch mądrości". Jak wychowujemy sobie bierne pokolenie cyfrowe...

Dlaczegoś biedny? Boś głupi. Dlaczegoś głupi? Boś biedny... - mawiają mądrzy ludzie. Czy tak będzie wyglądał świat za jakiś czas, świat gdzie umiejętność czytania ze zrozumieniem będzie wyróżnikiem ludzi inteligentnych? Świat czytania ze zrozumieniem treści niosących jakąś wartość poznawczą?
Napisano wiele na temat choroby zwanej portalozą, czyli takiej metody sprzedawania treści w której cały czas prowadzi się grę z odbiorcą. Pokażemy ci coś takiego, że wezmą u Ciebie górę emocje i musisz kliknąć w link. A jak klikniesz to my uzyskamy to co pomoże nam dalej funkcjonować – odsłonę i emisję reklamy. Portaloza to choroba obciążająca odbiorcę, a jednocześnie pokazujące słabość contentową internetu. Nie przypadkiem w Polsce tak trudno przebija się do świadomości internautów teza, że za dostęp do treści trzeba zapłacić. Że tworzenie treści kosztuje, a model finansowania jej z odsłon jest coraz mniej skuteczny. Nadprodukcja inventorów reklamowych (powstające miliony stron www, używanie przez odbiorców programu typu AdBlock) w parze z rosnącym znaczeniem kultury obrazkowej na przyszłość dobrze nie rokuje.

W telewizji coraz większe znaczenie ma obraz. Internet często oferuje konsumpcję treści w sposób bierny – wielu odbiorców wycofuje się z czytania zadowalając się oglądaniem: zdjęć, memów, filmów. Skanowanie tytułów, chęć oglądania wydarzeń bez zbytniego angażowania się w zrozumienie przekazu. I niech nie raduje nikogo wieść, że internetowi konsumenci książek, gazet, magazynów czytają jeszcze więcej niż przed erą globalnej sieci www. Bo tylko część z nas „wgryza“ się w sens przekazu, mniejszość konsumuje treści wymagające.

Żyjemy coraz szybciej, kanałów dostarczających nam przekaz są setki. Siedzę na fotelu dentystycznym a nad głową wisi ekran z reklamami, dołem przewija się pasek z newsami. Raczej powinienem napisać urywkami zdań, sygnalizatorami newsów. Na przystanku komunikacji miejskiej, w autobusie czy metrze – wszędzie towarzyszy nam komunikat. No i jeszcze smartfon i tablet sprawiające, że news żyje z nami cały czas. Bombardowani treścią? Może i tak, ale nie wszyscy reagujemy tak samo, nie wszyscy sięgają po treści trudne, wymagające kojarzenia, rozumienia faktów.

Scenka rodzajowa z komunikacji miejskiej. Ludzie w różnym wieku siedzą i czytają: gazetę, magazyn, na tablecie, ale i w iPhonie. Łapią kilkanaście minut wolnego poświęcając na odbiór rzeczy ważnych, ulotnych, czy nawet służbowych. Obok para nastolatków (wiek gimnazjalny) używa iPada. Gra. Kilka w migające punkty na dotykowym ekranie. To dzisiejsza lub przyszła klientela portalozy – treści będącej sensacyjną papką z domieszką emocji. Nie przypadkiem w polskim internecie tak dobrze przyjęły się memy. Trafiły na podatny grunt, stały się popularne w pokoleniu gimbazy, są namiastką kontaktowania się ze światem, który wymaga interpretowania faktów. Pokolenie, które dorastało z laptopem na kolanach, dla którego rodzice kupowali kilka lat temu Neostradę (bo „dziecko chodzi do szkoły i musi mieć dostęp do internetu“) nie jest jednorodne. Ale świat od nich wymaga coraz mniej, a i urządzenia są coraz mniej wymagające...

Zachwycamy się uroczymi scenami gdy berbeć płynnie używa tablet iPada i to zanim jeszcze nauczy się sprawnie składać słowa, czytać. Obsługa smartfona, tabletu to proste kliknięcie czy stuknięcie palcem z ikonkę. To, że potrafią to dwu- czy trzyletnie dzieci, trudno traktować jako przejaw wielkich umiejętności. Czy nie wracamy w ten sposób do epoki obrazkowej? Czy nie grozi nam wtórny analfabetyzm?

Że nie jest dobrze z tym, ponoć cyfrowym, pokoleniem świadczą wyniki badań kompetencji młodych Polaków (14–18 lat) przeprowadzone przez Fundację Orange. Jak pisze o tym badaniu Sylwia Czubkowska w artykule w Dzienniku Gazecie Prawnej „Cyfrowi tubylcy w przedszkolu: jak technologie wpłyną na nowe pokolenie“... Tylko 2 proc. badanych korzystało z operatorów logicznych podczas wyszukiwania za pomocą wyszukiwarki, czyli nie wpisywało jak popadnie ciągu słów, tylko zawężało go cudzysłowami czy zwrotami „and”, „not”. Zdecydowana mniejszość też jest twórcami i aktywnie przygotowuje materiały do publikacji w sieci, takie jak muzyka, fotografie, rysunki, teksty czy wideo – i to pomimo że zdecydowana większość nastolatków już jest na Facebooku, który stał się głównym narzędziem koordynacji codziennych działań. Choć więc nastolatki są w sieci, niewiele z nich jest naprawdę aktywnych, ma większą wiedzę i umiejętności.

Cyfrowe kompetencje wyższego rzędu - tak je nazwijmy - niezbędne są do mądrej konsumpcji treści. Jeśli jej odbiorcy nie posiadają nie będzie na taką treść popytu. We wspomnianym artykule wizja przyszłości nie jest optymistyczna bo zaczynające szkołę obecne nastolatki mają w swej większości tylko podstawowe umiejętności. Potrafią klikać, biernie konsumować, najchętniej robią to oglądając obrazki: Kwejk, Demotywatory, filmiki ściągnięte z sieci, Facebook – czynności nie angażujące, a korzystanie z nich najczęściej nie wymaga wielkiego wysiłku umysłowego.

Specjaliści z branży kreślili kilkanaście dni temu scenariusze dla Wp i o2.pl. Czy i co zostanie z obu portali za kilkanaście miesięcy? Nie zamierzam o tym pisać, interesuje mnie bardziej czy, a jeśli tak to kiedy, specjaliści od portalozy poza zarabianiem na masowym, coraz niżej wykształconym, odbiorcy skierują swe kroki do internautów czytających ze zrozumieniem? Dojrzewa pokolenie, które nic nie potrafi robić poza graniem i korzystaniem z portali społecznościowych. Tylko pozornie to dobra wiadomość z punktu widzenia globalnych marek bowiem odbiorca masowych, nieskomplikowanych produktów jest też dużo gorszym pracownikiem.

Czy większość nadchodzącego pokolenia cyfrowych tubylców wymagającej treści potrzebuje? Wątpię. No chyba, że zdarzy się coś co jest powinnością nadawcy, który nie chce być tylko biznesem, ale ma też zapisaną w swoim działaniu jakąś misję. Czy za jakiś czas Wp/o2.pl mógłby pójść pod rękę z tradycyjnymi wydawcami, właścicielami mediów? Media jako takie wciąż mają wielką siłę we współczesnym świecie i realiach „społeczeństwa obywatelskiego”. Dostarczają ludziom informacji, ale mogą i powinny edukować odbiorcę, a jednocześnie nadzorować poczynania władz. Nadal mogą oferować rozrywkę, ale też kreować światopoglądy, tropić nadużycia urzędników oraz śledzić mankamenty obowiązującego systemu prawnego.

Michał Brański, jeden z trzech założycieli/właścicieli o2.pl, w jednym z wpisów na Facebooku dał do zrozumienia, że po transakcji z Wp.pl przyjdzie pora zasilić zespoły fachowcami od tworzenia contentu. Tfu... fachowcami od dobrych, jakościowych treści. Tfu... czas zatrudnić profesjonalnych dziennikarzy? 

Zdjęcia pochodzą z http://pixabay.com na licencji CC