Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smartfon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smartfon. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 marca 2018

Przymusowy smartfonowy detoks

Zbieg okoliczności sprawił, że pierwszy raz od około 9 lat spędziłem kilka dni zamiast ze smartfonem w kieszeni z komórką pozwalającą tylko dzwonić. Do łask wróciła na czas tego detoksu stara Nokia. Usterka iPhone 6S (a potem przedłużająca się naprawa) sprawiła, że postanowiłem sprawdzić na własnym organizmie czy można funkcjonować bez nieustannego „wspomagacza” w postaci komórki podłączonej do internetu, poczty mailowej, GPS, czy aplikacji typu Facebook i Twitter. Było chwilami zabawnie, ale i zaskakująco normalnie. Czas naprawy, która miała trwać 1 - 2 dni przedłużył się do 4,5 dnia i stał się małym eksperymentem społeczno-socjologicznym.

Masz laptopa i stałe łącze internetowe? Świetnie - okazało się, że nie trzeba cały czas patrzeć w ekran komórki. Ludzie czekają na odprawę przed wejściem do samolotu? Wszyscy wgapieni w ekrany smartfonów, a Ty możesz ich obserwować, bo co innego masz do roboty. Wynajmujesz auto na lotnisku? Nagle istotna staje się spostrzegawczość, pracujące ze zdwojoną czujnością zmysły. Nie masz GPS-u, nie masz map w starej komórce, a dostęp do internetu - choć związany z abonamentem a nie urządzeniem - praktycznie jest nieprzydatny. Zatem ponownie - jak w czasach „przedsmartfonowych” - zwracasz uwagę na znaki przy drodze. Myślisz intensywnie, patrzysz, a nawet pytasz innych o drogę. Np. obsługa w recepcji hotelu okazuje się przydatna bo może wytłumaczyć jak gdzieś dojechać, a nawet możesz zamówić budzenie. A przed wyjazdem z domu drukujesz sobie mapę z Google Maps. Zapomniałeś o tradycyjnych mapach, a od kilku lat byś zaprzątałeś sobie głowę takimi zmartwieniami jak trafić na miejsce…

Laptop i poczta mailowa są bardzo przydatne gdy chcesz do kogoś zadzwonić. Szukasz czyjegoś numeru telefonu, ale przecież tych wszystkich numerów nie pamiętasz (no może poza numerami tel. do członków rodziny choć i to pewnie nie wszystkich) bo były w Twojej komórce. Ale nie w Nokii… Wygrzebujesz numery ze starych maili. Wtedy dziękujesz Bogu za „upierdliwych” znajomych, którzy w każdego maila wstawiają korporacyjną stopkę. Kiedyś cię to denerwowało, a teraz cieszysz się z tego. Banalne, ale jakże przydatne w takiej sytuacji.

Uświadamiasz sobie, że Nokia służy Ci jedynie do dzwonienia. Laptop i dostęp do netu (WiFi lub własne mobilne łącze) pozwalają utrzymywać łączność ze światem. W ciągu tych czterech i pół dnia wielokrotnie przekonujesz się, że nie musisz nieustannie zaglądać do netu. Zyskujesz sporo czasu, zwłaszcza by obserwować innych ludzi. Więcej rozmawiasz, widzisz też coś czego wcześniej nie dostrzegałeś. Kupujesz np. gazetę (tygodnik) i możesz się na nim skupić. Włączasz radio lub tv i to wystarcza. W chwilach, gdy nie możesz rozłożyć laptopa nie czujesz się oderwany od newsów. Wiesz co się dzieje, a w publicznych miejscach spoglądasz nawet na ekran telewizora (och te paski w TVP Info :), by być na bieżąco.

Nie był to specjalnie zaskakujący czas, raczej rodzaj eksperymentu. To taki łagodny powrót do chwil, gdy internet już w naszym życiu był, ale naszych kieszeni nie wypełniały jeszcze smartfony ze stałym dostępem do internetu. Naukowcy alarmują, że żyjemy w czasach gdy to smartfony rządzą nami a nie my nimi. Odruch ciągłego spoglądania na ekran smartfona w obawie, że coś nam umknie wynika z tego, że ludzki umysł za „istotne” uznaje wszystkie nowe, intrygujące zjawiska (polecam bardzo ciekawy artykuł w ostatniej Polityce, numer 11/2018 „Jak przechytrzyć smartfon” Mariusza Herma).

Twórcy smartfonów i aplikacji doskonale wiedzą jak działa nasz umysł i nieustannie go „atakują” komunikatami. Możliwość odcięcia się - choć na jakiś czas - to też swego rodzaju niezwykła przyjemność smakowania bieżących chwil bez nieustannej weryfikacji co tam w mailach, na fejsie lub jaką potyczkę toczą na Twitterze. Polecam przeżyć taki smartfonowy detoks. Można zyskać dystans do wielu spraw, zwłaszcza do roli jaką powinien odgrywać w naszym życiu „jego ekscelencja smartfon”.

sobota, 23 maja 2015

Internet, głupku! Dlaczego wybory wygrywa się dziś w sieci


Wybory parlamentarne, prezydenckie czy samorządowe już nigdy nie będą takie same jak 10 czy 20 lat temu. Rosnące znaczenie internetu, a zwłaszcza sieci społecznościowych sprawia, że każdy kto myśli o zdobywaniu lub utrzymywaniu władzy musi nauczyć się wykorzystywać do swoich celów najpowszechniejszy dziś kanał komunikacji jakim jest internet.

65 lat temu John Kennedy wygrał debatę telewizyjną z Nixonem m.in. dlatego, że był przystojniejszy, młodszy od swego kontrkandydata. Po prostu podobał się widzom. Telewizja od tego czasu pozostaje nadal kanałem jednokierunkowej komunikacji (nadawca - odbiorca), a świat i sposób docierania do informacji gwałtownie zmienił się wraz z rozwojem internetu. Chciałem tym wpisem, podczas ciszy wyborczej, zmierzyć z tematem wpływu internetu na wybory. Kilka faktów przemawiających za tezą postawioną w tytule.


Po pierwsze rosnący zasięg w sieci


Dziś w internecie jest już ponad 20 mln Polaków co oznacza, że nawet jak odejmiemy tych, którzy nie mają prawa wyborczego jest nas tu więcej niż zwykle chodzi na wybory. Co ciekawe najszybciej i najwięcej przybywa teraz internautów ze starszych kategorii wiekowych. Przekonanie polityków iż najlepiej docierają do elektoratu (starszego?) nadal używając reklam w tv jest zatem błędem. Nie trzeba też wielkiej analityki, by dostrzec, że aktywność internetowa gwałtownie rośnie i poświęcając na ten kanał coraz więcej czasu jednocześnie mniej uwagi przeznaczamy na inne media. Mimo coraz powszechniejszego multitaskingu, czyli jednoczesnego korzystania z wielu mediów – patrz screeny z raportu IAB Polska - DigitalScope2014 dostępnego tutaj. Nie tylko tradycyjna prasa, ale i TV cierpi na tym trendzie. W młodszych kategoriach wiekowych telewizję zastępują portale typu YouTube, czy kanały social mediowe. Młodzi jasno deklarują, że nie mają telewizora bo dla nich linearna telewizja to przeżytek; wystarczy im ekran laptopa do tego, by oglądać ulubione seriale w aplikacjach, VOD czy serwisach typu Netflix.

Po drugie social media


Ludzie nie wierzą w to, co im mówicie, rzadko wierzą w to, co im pokazujecie, a często za to wierzą w to, co mówią im znajomi. I zawsze wierzą w to, co sami przekazują innym – twierdził znany bloger Seth Godin.

Kanały social mediowe jak Twitter, Facebook, a także Instagram, czy Snapchat czy WhatApps pełne są kręgów znajomych. Autentyczność wielu profili oczywiście bywa wątpliwa. Pamiętam sytuację z serwisu Wiadomosci24.pl gdzie po długim śledztwie (sprawdzanie IP komputera, etc.) okazało się, że jeden z użytkowników miał 6 (słownie sześć!) tożsamości. Sam ze sobą rozmawiał, komentował, chwalił. Znajomy opowiadał mi też historię związaną z jednym z największych forów w sieci gdzie po długim czasie okazało się, że 6 grup, czy wątków prowadził jeden obywatelski moderator (dwie tożsamości). Sęk w tym, że 3 były poświęcone miastu z którego pochodził, a pozostałe drugiemu miastu, które od lat z nim rywalizuje. Wszystkich zastanawiało wyjątkowo dużo pozytywów w jednym mieście i nagromadzenie afer, negatywnych wątków w drugim…

Czego to dowodzi? Że jeden zaangażowany fan, a tym bardziej fanatyk partii czy pomysłu może mieć wielki wpływ na to co dzieje się w przestrzeni publicznej. 100 ludzi z grupą znajomych od 300 do 500 osób to już zasięg nawet 30 do 50 tys. a szybko rozprzestrzeniający się mem, tweet, wpis na FB, czy nagranie z YouTube’a zrobione kamerą w telefonie to siła, którą trzeba wykorzystywać a nie lekceważyć. Partie i ich czołowi politycy, którzy zatrzymali się na jednokierunkowym przekazie (tv, radio, prasa) mogą szybko zniknąć ze sceny.

Warto zwracać uwagę na to, że wszyscy jesteśmy zalewani informacjami, mnogość kanałów przekazu. Mamy zatem mniej czasu na zarządzanie informacjami jakie do nas płyną. Staramy się minimalizować wysiłek w dotarciu do informacji, a jednym ze sposobów optymalizowania tego procesu wyszukiwania i selekcjonowania jest wykorzystywanie „filtru” jakie tworzą samorzutnie społeczności. Co to oznacza? Czytam i oglądam to czym interesują się, co czytają znajomi na Twitterze czy Facebooku. Ale tym samym częściej wierzę w otrzymywane od znajomych informacje, podzielam ich opinie oraz udzielają mi się ich emocje!

Kanały social media to bomba z opóźnionym zapłonem. Kto nie dostosuje się do reguł gry panujących w internecie, a zwłaszcza nie obłaskawi technik – nazwijmy to po imieniu – wpływania na innych, manipulacji, sterowania przekazem może zapomnieć o poparciu. Serwisy social media gigantycznie skróciły dystans między politykami a wyborcami, dając obywatelom poczucie wpływania na rzeczywistość. Niemal 2 lata temu gdy w Polsce na dobre zaistniał Instagram pisałem na blogu m.in. …w cyberprzestrzeni za sprawą Twittera, Facebooka czy Instagramu możemy poczuć się i bliżej pewnych osób, i równocześnie bardzo daleko. Śledzenie profili VIP–ów jest skracaniem tego dystansu, kliknięcie w “lubię to”, komentarz pozwala mieć złudzenia, że "znamy się z celebrytą, politykiem"...

Po trzecie całkowita demokratyzacja przepływu informacji

 

Świat cyfrowy to świat wielu “centrów” przekazu. To nie TV czy prasa dziś narzuca ton publicznej debacie, ale sytuacje kreowane w kanałach cyfrowych. Wydarzenie “wykreowane” przez udostępniane czy retweetowanie przez internautów stają się przekazem dnia, to o nie pyta się polityków w wywiadach dnia w stacjach Tv.

Politycy zapomnieli chyba, że internet, nawet jeśli nie obejmuje dziś całego elektoratu zwielokrotnił przekaz. Co więcej znacznie ograniczona jest dziś rola dawnych selekcjonerów informacji (komentatorzy, uporządkowane media gdzie ktoś selekcjonuje informacje typu radio, tv, prasa) i występuje błyskawiczne sprzężenie zwrotne. Opinię na temat danej treści politycy, sztabowcy, marketingowcy mają natychmiast, a sami odbiorcy skutecznie wpływają na formę i zawartość przekazu. Konferencja prasowa w Sejmie i przekaz dnia natychmiast schodzi na drugi plan gdy wydarzenia - np. na Twitterze - ktoś umiejętnie skomentuje, przekręci, zamieni w mema.

Warto pamiętać, że internauci zawsze korzystają z informacji kiedy chcą, co więcej mogą korzystać z informacji gdzie chcą (prasa, radio, tv, internet), zwykle korzystają z informacji jak chcą, zawsze korzystają z informacji jakie samodzielnie wybierają, chętnie korzystają z informacji, które mogą współtworzyć! Co to oznacza? Tworzenie memów, linkowanie nowych grup, udostępnianie treści, które zgodne są z emocjami jakie w tej chwili rządzą moim nastrojem…

Po czwarte komórkowa demokracja


Demokratyzacja przyspieszyła jeszcze wraz z mobilno-smartfonową rewolucją. Banałem jest dziś stwierdzenie, że szybciej wrócimy się do domu po zapomniany smartfon niż po portfel z dokumentami. Jak widać z ostatnich dużych badań (przełom kwietnia i maja) prowadzonych przez firmę SW Research na potrzeby konf. Generation Mobile 2015 na prawie 5,5 tys. przebadanych użytkowników internetu, odsetek posiadaczy smartfonów wśród Polaków w młodszych kategoriach wiekowych sięga prawie 90 procent populacji, a nawet wśród starszych przekracza 50 %. Jakie są tego konsekwencje, wystarczy spojrzeć na inne badania prowadzone w 2013 roku przez zespół Kleiner Perkins Caufield Byers.

Przeciętny użytkownik smartfona sięga po niego i spogląda na ekran aż 150 razy w ciągu dnia! Z tego aż kilkanaście razy by użyć serwisu social media, sprawdzić newsy czy ogólnie serfować w sieci. Owa „komórkowa demokracja” jest dziś jeszcze na etapie aktywnego konsumenta, który włączył się w proces decyzyjny. To trochę wciąż wypełnianie definicji Web 2.0 gdzie podział jest dość prosty 1 na 100 tworzy treść, 10 komentuje (udostępnia, lajkuje, itp., itd.), a 89 tylko czyta.

Nic nie stoi na przeszkodzie, oczywiście poza oporem mentalnym i politycznym obecnych partii, by wykorzystać smartfony do zwiększenia frekwencji w wyborach. Skoro można robić selfie, można autoryzować transakcje bankowe, czemu nie głosować w wyborach z użyciem aplikacji? To realne, możliwe i bardzo istotne dla naszej demokracji – włączenie wielu obywateli w proces decyzyjny. Trzeba tylko zmienić kilka przepisów i ustaw. Nagle może się okazać, że frekwencja w wyborach może znacząco wzrosnąć, zwłaszcza w młodszych kategoriach wiekowych.

Po piąte Partia Internautów


Już w 2007 roku w serwisie Wiadomosci24.pl, który wówczas prowadziłem postanowiliśmy się zabawić (początkowo był to tylko żart) w futurologię. Umieściliśmy w sondzie przed ówczesnymi wyborami nieistniejącą Partia Internautów – okazało się, że zebrała kilkanaście procent głosów. Pomysł na zdemokratyzowane działanie takiej partii był prosty, ale i mocno kontrowersyjny, cyt. Wyobraźmy sobie głosowanie posła partii PI - laptop na kolanach, na ekranie wyniki głosowania internautów w każdej ze spraw, jaką ma zajmować się Sejm. Poseł patrzy na wyniki odpowiedniej sondy zamieszczonej na stronie PI i oddaje głos tak, jak tego sobie życzy większość. Proste, prawda?


***

Ten wpis powstał nie po to, by dotykać bieżących wydarzeń z kampanii prezydenckiej, która dziś zamilkła w ramach ciszy wyborczej. To jeszcze jeden relikt z przeszłości tak wyraźnie kwestionowany samym tylko istnieniem internetu. Jej zniesienie to dla mnie pierwszy krok do włączenia większej części społeczeństwa w demokratyczny proces wyborczy. Gdyby ciszy nie było sieć tętniłaby kampanią i do ostatniej chwili ważyłyby się losy wyniku. A czyż nie o powszechny udział w wyborach nam wszystkim chodzi, o bardziej reprezentatywny wybór?

niedziela, 3 listopada 2013

Internet "dwóch mądrości". Jak wychowujemy sobie bierne pokolenie cyfrowe...

Dlaczegoś biedny? Boś głupi. Dlaczegoś głupi? Boś biedny... - mawiają mądrzy ludzie. Czy tak będzie wyglądał świat za jakiś czas, świat gdzie umiejętność czytania ze zrozumieniem będzie wyróżnikiem ludzi inteligentnych? Świat czytania ze zrozumieniem treści niosących jakąś wartość poznawczą?
Napisano wiele na temat choroby zwanej portalozą, czyli takiej metody sprzedawania treści w której cały czas prowadzi się grę z odbiorcą. Pokażemy ci coś takiego, że wezmą u Ciebie górę emocje i musisz kliknąć w link. A jak klikniesz to my uzyskamy to co pomoże nam dalej funkcjonować – odsłonę i emisję reklamy. Portaloza to choroba obciążająca odbiorcę, a jednocześnie pokazujące słabość contentową internetu. Nie przypadkiem w Polsce tak trudno przebija się do świadomości internautów teza, że za dostęp do treści trzeba zapłacić. Że tworzenie treści kosztuje, a model finansowania jej z odsłon jest coraz mniej skuteczny. Nadprodukcja inventorów reklamowych (powstające miliony stron www, używanie przez odbiorców programu typu AdBlock) w parze z rosnącym znaczeniem kultury obrazkowej na przyszłość dobrze nie rokuje.

W telewizji coraz większe znaczenie ma obraz. Internet często oferuje konsumpcję treści w sposób bierny – wielu odbiorców wycofuje się z czytania zadowalając się oglądaniem: zdjęć, memów, filmów. Skanowanie tytułów, chęć oglądania wydarzeń bez zbytniego angażowania się w zrozumienie przekazu. I niech nie raduje nikogo wieść, że internetowi konsumenci książek, gazet, magazynów czytają jeszcze więcej niż przed erą globalnej sieci www. Bo tylko część z nas „wgryza“ się w sens przekazu, mniejszość konsumuje treści wymagające.

Żyjemy coraz szybciej, kanałów dostarczających nam przekaz są setki. Siedzę na fotelu dentystycznym a nad głową wisi ekran z reklamami, dołem przewija się pasek z newsami. Raczej powinienem napisać urywkami zdań, sygnalizatorami newsów. Na przystanku komunikacji miejskiej, w autobusie czy metrze – wszędzie towarzyszy nam komunikat. No i jeszcze smartfon i tablet sprawiające, że news żyje z nami cały czas. Bombardowani treścią? Może i tak, ale nie wszyscy reagujemy tak samo, nie wszyscy sięgają po treści trudne, wymagające kojarzenia, rozumienia faktów.

Scenka rodzajowa z komunikacji miejskiej. Ludzie w różnym wieku siedzą i czytają: gazetę, magazyn, na tablecie, ale i w iPhonie. Łapią kilkanaście minut wolnego poświęcając na odbiór rzeczy ważnych, ulotnych, czy nawet służbowych. Obok para nastolatków (wiek gimnazjalny) używa iPada. Gra. Kilka w migające punkty na dotykowym ekranie. To dzisiejsza lub przyszła klientela portalozy – treści będącej sensacyjną papką z domieszką emocji. Nie przypadkiem w polskim internecie tak dobrze przyjęły się memy. Trafiły na podatny grunt, stały się popularne w pokoleniu gimbazy, są namiastką kontaktowania się ze światem, który wymaga interpretowania faktów. Pokolenie, które dorastało z laptopem na kolanach, dla którego rodzice kupowali kilka lat temu Neostradę (bo „dziecko chodzi do szkoły i musi mieć dostęp do internetu“) nie jest jednorodne. Ale świat od nich wymaga coraz mniej, a i urządzenia są coraz mniej wymagające...

Zachwycamy się uroczymi scenami gdy berbeć płynnie używa tablet iPada i to zanim jeszcze nauczy się sprawnie składać słowa, czytać. Obsługa smartfona, tabletu to proste kliknięcie czy stuknięcie palcem z ikonkę. To, że potrafią to dwu- czy trzyletnie dzieci, trudno traktować jako przejaw wielkich umiejętności. Czy nie wracamy w ten sposób do epoki obrazkowej? Czy nie grozi nam wtórny analfabetyzm?

Że nie jest dobrze z tym, ponoć cyfrowym, pokoleniem świadczą wyniki badań kompetencji młodych Polaków (14–18 lat) przeprowadzone przez Fundację Orange. Jak pisze o tym badaniu Sylwia Czubkowska w artykule w Dzienniku Gazecie Prawnej „Cyfrowi tubylcy w przedszkolu: jak technologie wpłyną na nowe pokolenie“... Tylko 2 proc. badanych korzystało z operatorów logicznych podczas wyszukiwania za pomocą wyszukiwarki, czyli nie wpisywało jak popadnie ciągu słów, tylko zawężało go cudzysłowami czy zwrotami „and”, „not”. Zdecydowana mniejszość też jest twórcami i aktywnie przygotowuje materiały do publikacji w sieci, takie jak muzyka, fotografie, rysunki, teksty czy wideo – i to pomimo że zdecydowana większość nastolatków już jest na Facebooku, który stał się głównym narzędziem koordynacji codziennych działań. Choć więc nastolatki są w sieci, niewiele z nich jest naprawdę aktywnych, ma większą wiedzę i umiejętności.

Cyfrowe kompetencje wyższego rzędu - tak je nazwijmy - niezbędne są do mądrej konsumpcji treści. Jeśli jej odbiorcy nie posiadają nie będzie na taką treść popytu. We wspomnianym artykule wizja przyszłości nie jest optymistyczna bo zaczynające szkołę obecne nastolatki mają w swej większości tylko podstawowe umiejętności. Potrafią klikać, biernie konsumować, najchętniej robią to oglądając obrazki: Kwejk, Demotywatory, filmiki ściągnięte z sieci, Facebook – czynności nie angażujące, a korzystanie z nich najczęściej nie wymaga wielkiego wysiłku umysłowego.

Specjaliści z branży kreślili kilkanaście dni temu scenariusze dla Wp i o2.pl. Czy i co zostanie z obu portali za kilkanaście miesięcy? Nie zamierzam o tym pisać, interesuje mnie bardziej czy, a jeśli tak to kiedy, specjaliści od portalozy poza zarabianiem na masowym, coraz niżej wykształconym, odbiorcy skierują swe kroki do internautów czytających ze zrozumieniem? Dojrzewa pokolenie, które nic nie potrafi robić poza graniem i korzystaniem z portali społecznościowych. Tylko pozornie to dobra wiadomość z punktu widzenia globalnych marek bowiem odbiorca masowych, nieskomplikowanych produktów jest też dużo gorszym pracownikiem.

Czy większość nadchodzącego pokolenia cyfrowych tubylców wymagającej treści potrzebuje? Wątpię. No chyba, że zdarzy się coś co jest powinnością nadawcy, który nie chce być tylko biznesem, ale ma też zapisaną w swoim działaniu jakąś misję. Czy za jakiś czas Wp/o2.pl mógłby pójść pod rękę z tradycyjnymi wydawcami, właścicielami mediów? Media jako takie wciąż mają wielką siłę we współczesnym świecie i realiach „społeczeństwa obywatelskiego”. Dostarczają ludziom informacji, ale mogą i powinny edukować odbiorcę, a jednocześnie nadzorować poczynania władz. Nadal mogą oferować rozrywkę, ale też kreować światopoglądy, tropić nadużycia urzędników oraz śledzić mankamenty obowiązującego systemu prawnego.

Michał Brański, jeden z trzech założycieli/właścicieli o2.pl, w jednym z wpisów na Facebooku dał do zrozumienia, że po transakcji z Wp.pl przyjdzie pora zasilić zespoły fachowcami od tworzenia contentu. Tfu... fachowcami od dobrych, jakościowych treści. Tfu... czas zatrudnić profesjonalnych dziennikarzy? 

Zdjęcia pochodzą z http://pixabay.com na licencji CC

niedziela, 8 września 2013

Square.com. Czy Jack Dorsey okaże się nowym Stevem Jobsem?

Może Jack Dorsey może i do końca nie wie jak zarabiać na Twitterze (a przynajmniej tak twierdzi „branża“), którego współtworzył, ale na pewno jest osobą o innowacyjnym podejściu do biznesu. To on założył Square https://squareup.com/ system elektronicznej płatności mobilnej. Square powstał w maju 2010 roku i wypuścił na rynek czytnik, który po podłączeniu do smartfona zmienia go w elektroniczny portfel. Ten malutki czytnik kart kredytowych podłącza się do gniazda słuchawek telefonu iPhone, Androidu lub tabletu zamieniając telefon/tablet w terminal płatności wygodny dla małych sklepów, firm usługowych a w przyszłości dostępny nawet dla rolnika prowadzącego sprzedaż przy drodze.

To oczywiście w 2013 r. nic nowego, ani dziwnego. Już tysiące Polaków ma w kieszeni smartfona z usługą płatności mobilnej, niejako z „doładowaną kartą kredytową“. MyWallet od T-Mobile czy Orange Cash znakomicie przyjęły się na naszym rynku, w ogóle Polacy są niezwykle otwarci na technologiczne nowinki. Ale ważniejsza jest odpowiedź na pytanie czy świat będzie miejsce kooegzystencji wielu systemów, czy raczej zdominuje go jakieś wygodne rozwiązanie wdrażane przez globalne firmy z Ameryki?

Komputer, laptop, netbook, tablet, komórka, smartfon - to przecież wciąż to samo, tylko inaczej wygląda i ma coraz mniejsze rozmiary. System operacyjny. We wszystkich tych urządzeniach są procesory pozwalające dokonywać coraz bardziej skomplikowanych operacji, także bankowych. Od jakiegoś czasu używam, jak pewnie wielu Polaków, karty jednego z banków. Ze zbliżeniowym systemem mikropłatności pozwalającym bez wpisywania PIN-u płacić do 50 zł. Tak sobie kilka miesięcy temu pomyślałem czytając opis i możliwości działania, jakby było miło gdyby moja komórka mogła to samo. I - jak widać na filmach dostępnych na Square.com - podpis wykonany palcem przesuwanym po ekranie tabletu to już nie jest film sf. Komórka z kartą kredytową, czyli urządzenie jak najbardziej osobiste, noszone zawsze przy sobie. Posiadając unikalny numer (karta kredytowa, numer telefoniczny) aparat telefoniczny zmienia się w terminal z kartą kredytową.



W zasadzie inwestorzy od czasów internetowej bańki na początku tego tysiąclecia zastanawiają się jak giganty, takie jak Twitter czy Facebook zmonetyzować. Twitter? Owszem, ale wygląda na to, że Jack Dorsey patrzy bardzo daleko w przyszłość budując kolejny zamknięty system. W Polsce szczyt popularności Twittera jeszcze przed nami, obecnie korzysta z niego ok 2,4 mln Polaków, ponad 500 mln użytkowników na całym świecie. Ten mikroblogowy serwis może okazać się dla Dorseya zaledwie uboczną działalnością przy potencjale biznesowym jaki posiada Square - jeśli stanie się równie popularny jak karta kredytowa. Na razie usługa dostępna jest w USA, Kanadzie i Japonii, ale zainteresowanie inwestorów już widać.

Pan Dorsey dostanie pewnie dużo większe pieniądze za swój Suqare niż za akcje Twittera. Dwa lata temu amerykańskie media informowały o inwestycji Visy w Square. I nastąpiła cisza, ale już w październiku 2012 Business Insider wyceniał Square Inc. na 3,2 mld dolarów! Mastercard i Visy żyją z prowizji, która – jak szeroko informowały polskie media – będzie u nas coraz niższa. Sejm przegłosował obniżkę opłat interchange i według nowych przepisów od 2014 r. stawki te mają zostać obniżone do 0,5 proc. wartości transakcji. Czyż interesująco nie wygląda globalna firma, która może zarabiać miliony dolarów żyjąc tylko z prowizji? I to obecnie w wysokości 2,75 procenta. I nie dziwię się, że są tacy co widzą w Jacku Dorseyu nowego Steve‘a Jobsa. Bo chce on chce wygodę i prostotę używania Twittera wprowadzić do płatności mobilnych. Jak widać z filmów dostępnych na https://squareup.com/testimonials może się to mu udać…