Pokazywanie postów oznaczonych etykietą portale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą portale. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Internet 2015? Dojrzały kanał, zaostrzająca się rywalizacja. Rosnąca rola wydawców i e-commerce


Pod koniec 2014 roku podsumowywałem miniony rok
i prognozowałem dla Wirtualnemedia.pl i Prasa.info.

Wypowiedź dla Prasa.info: Internet w Polsce stał się bardzo dojrzałym medium, ale skutecznych modeli biznesowych nie ma w nim aż tak wielu. To dlatego uważam, że 2015 r. będzie kolejnym okresem eksperymentów i to prowadzonych odważnie, często przez nowych graczy. Do takich, w tym kanale, wciąż będzie można zaliczyć u nas wydawców z działalnością prasową czy wielkich dystrybutorów FMCG.

Nowi gracze w natarciu

Będzie to kolejny rok poszukiwania skutecznych modeli biznesowych z rosnącą wszelkiego rodzaju prenumerat, abonamentów, subskrypcji a nie prostym "oglądaniu reklam". Za etap edukacji internautów w tym zakresie uznać trzeba będzie kolejne serwisy z ofertą VOD, powstające jeszcze przed spodziewanym w 2015 r. wejściem do Polski Netflixa. Skoro na wyspach brytyjskich Tesco może być właścicielem serwisu VOD (Blinkbox) to czemu i u nas wielkie sieci handlowe (Biedronka, Tesco, czy Lidl) nie mogą stworzyć własnych kanałów czy kupić udziały w już istniejącym biznesie? Podtrzymuje swoją prognozę we wpisie na blogu z marca tego - niepostrzeżenie utworzą się u nas „dwa internety”: darmowy – popularny i niskiej jakości, jakościowy – płatny. W 2015 r. poszerzy się grono właścicieli serwisów szukając równowagi po stronie koszów i przychodów, którzy łaskawszym okiem spoglądać będą na inny niż odsłonowo-reklamowy model biznesowy.

Dojrzały mobile

Szumnie odtrąbiony już wielokrotnie „rok mobile“ mamy chyba za sobą. Mobile przejdzie w fazę dojrzałą, kto ma zrobić wersję serwisu w RWD ten będzie to robił, ale przyszedł już czas walki o lepszą ofertę, dobrze dopasowany kontent do layoutu i odwrotnie. Użytkownicy smartfonów masowo już korzystają w internetu w komórkach i coraz częściej zaczną wybierać  najlepiej dostosowane do tej wielkości ekranu witryny. Skończy się czas byle jakich wersji mobilnych, a kto się nie dostosuje poniesie straty. Jeszcze ważniejsze okażą się nowe formaty reklamowe, tu spodziewam się roku odważnych eksperymentów.

Video

Mobilny streaming video to chyba przyszłość konsumpcji tego typu treści. W 2015 r. gdy mowa o mobilnym video walka rozegra się między graczami posiadającymi kontent video (telewizje), a podmiotami posiadającymi zasięg  mobilny(portale, operatorzy komórkowi). Już kilka lat temu w Korei Południowej widziałem na ulicy młodych ludzi oglądających w komórce seriale video. Tak jak i mobile, tak i i video będzie u nas adresowane głównie do nowej generacji konsumentów – pokolenia przyzwyczajonego do konsumpcji treści wizualnych w dowolnym czasie i miejscu.

Fuzje i połączenia, kupowanie startupów

Netflix, Amazon – owszem o tym się mówi i pewnie się zadzieje. Ale firmy polskie, od dawna obecne na rynku, szukać będą synergii, będą też łączyć siły, by osiągać cele biznesowe. Dojdzie do przejęć. Dojrzały już rynek startupów, po trudnych ostatnich 3, 4 latach, stanie się dla wielu dużych firm atrakcyjnym sposobem zdobywania przewagi konkurencyjnej. A jeszcze klasyczne firmy retailowe wejdą mocniej w e-commerce. Słowem może być gorąco. Reklama w internecie rośnie szybciej niż w innych mediach – będziemy świadkami zaostrzającej się konkurencji w wymienionych segmentach rynku internetowego.

Dziennikarstwo

Najważniejszą wartością dla wydawcy będą dziennikarze, a zwłaszcza ich umiejętności, reputacja i renoma oraz zaufanie internautów do brandu. Dziennikarze w świecie online świadczą usługi i tak naprawdę nie zajmują się informowaniem odbiorców o tym co się zdarzyło, ale raczej wyjaśnianiem świata, interpretowaniem zdarzeń. O tym, że coś się stało internauci zwykle wiedzą - za sprawą Twittera, FB, czy agregatora treści. Rośnie znaczenie i umiejętność segregowania treści, analizowania, wyjaśniania, usystematyzowanie wiedzy o zdarzeniu. W świecie nadprodukcji informacji dobry, komentarz, wyjaśnienie i potwierdzenie faktów z wypowiedziami świadków czy ekspertów to jest coś za co w 2015 r. internauta chętniej - niż za newsy - zapłaci.

I fragmenty dla Wirtualne Media

Wydarzenie roku

Walka na śmierć i życie Onetu i WP o miano lidera polskiego internetu. Oba portale intensywnie powiększają bazę serwisów i podmiotów zależnych, by występować w roli lidera rynku wobec reklamodawców. Bo wielu uważa, iż lider zawsze otrzymuje dodatkową premię od rynku zabierając najdroższe kampanie. Czyżby? Ostatni ruch Onetu, czyli przejęcie NK (dawniej Nasza-Klasa) oraz kupno przez WP grupy Money.pl pokazuje, że wciąż nie zadano w tym pojedynku decydującego ciosu. A zatem w 2015 czekają nas chyba kolejne zaskakujące fuzje i przejęcia. Kto następny?

Sukces roku

Udany rebranding serwisu Tablica w OLX. Witryna już po kilku miesiącach funkcjonowania pod nową nazwą osiągnęła podobną popularność jak przed rebrandingiem. To był bardzo ryzykowny ruch wobec serwisu, który szybko zadomowił się w pamięci internautów (m.in. dzięki udanej kampanii telewizyjnej), spektakularnie zdobył wielki zasięg i ugruntował swoją obecność w kategorii bezpłatnych ogłoszeń. Co więcej już teraz jako OLX narzuca nowe standardy wprowadzając opłaty za niektóre ogłoszenia.

Porażka roku

„Uśmiercenie” przez Fakt.pl generała Wojciecha Jaruzelskiego. Absurdalny wyścig niektórych serwisów w pozycjonowaniu się na popularne frazy, czyli działaniach SEO-redakcyjnych (pisanie tekstów pod potencjalne zainteresowanie internautów), skończył się spektakularną wpadką Fakt.pl polegającą na publikacji niesprawdzonej informacji. Opublikowano przygotowany wcześniej materiał, zresztą tuż po tym gdy zaufano doniesieniom współpracujących z prasowym tytułem paparazzich. Część serwisów też zaliczyła wpadkę, zbyt szybko publikując przygotowane od dawna teksty. Kolejny dowód na to, że gdy się chce dbać o markę to w internecie obowiązują takie same zasady dziennikarskie jak i w innych kanałach - sprawdza się newsy!

Człowiek roku

Sylwester Wardęga. Słynny klip tego youtubera zdobył globalną popularność, dzięki czemu w trzy dni zanotował ponad 53 mln, a potem szybko przekroczył 100 mln. Wciąż robi wrażenie nie tylko skala popularności czy sama rozrywkowa treść, ale fakt, że Wardęga zdobył widzów poza Polską ("pomaga mu w tym" zrozumiały język wideo). A na internetowych społecznościach także fakt, że Wardęga ze swojej twórczości publikowanej na YouTubie mógł uczynić stałe źródło utrzymania. Wzbudził tym pewnie zazdrość wielu blogerów i vlogerów, jednocześnie dopingując ich do intensywniejszej pracy.

Trend roku

Koncern Google systematycznie stający się wrogiem publicznym numer 1 w Europie. A to przeforsowano prawo do bycia zapomnianym w wyszukiwarce, a to przyspieszyły prace w Parlamencie Europejskim zmierzające do zmniejszenia monopolistycznej pozycji Google, a to umacniał się wspólny front wydawców w różnych krajach (m.in. spór wydawców w Niemczech o obecność ich linków w wynikach wyszukiwania) - to tylko przejawy rosnącego trendu. W Polsce amerykańska wyszukiwarka ma wyjątkowo silną pozycję, a wiele podmiotów internetowych z różnych branż jest od niej wręcz uzależnionych. Dlatego niektórzy (np. Grupa Nokaut) już boleśnie przekonują się o tym, że Google to już nie tylko wyszukiwarka, ale dziesiątki własnych produktów, agresywnie w niej promowanych.

sobota, 8 lutego 2014

Słonie, hieny, pasożyty. O kolejności „karmienia” w internecie

UWAGA. Poniższy tekst ukazał się prawie 5 lat temu - 3.03.2009 r. w serwisie Wiadomości24.pl  w czasach gdy byłem redaktorem naczelnym tego, największego w polskiej sieci, portalu dziennikarstwa obywatelskiego. Z racji aktualności wielu wątków i toczącej się dyskusji o ścianie paywalla w Agorze, zdecydowałem się go umieścić na blogu.

***

Pewnego dnia zamilkną serwisy internetowe prowadzone przez wydawnictwa medialne, a do kiosków nie dotrą gazety. Nie będzie niczego - mawiał pewien kandydat na prezydenta Białegostoku, który „zrobił karierę w sieci”. Tak, nie będzie niczego wartościowego, a portale i agregatory treści niemal całkowicie zamilkną. Niemożliwe? Możliwe, w USA już do tego się szykują...

Jak napisał Marek Miller amerykańscy wydawcy prasowi rzucają rękawicę internetowi. Wystosowano petycję, by przez 7 dni gazety nie publikowały żadnej treści w internecie. Celem jest próba obserwacji jak będą funkcjonowały portale agregujące treści gazet. TJ Sullivan, popularny niezależny dziennikarz, proponuje gazetom walkę z kradzieżą treści dziennikarskich w internecie. Sugeruje, by gazety, w okolicy amerykańskiego święta niepodległości, na tydzień zawiesiły działalność internetową - czytamy we wpisie na blogu Millera.

- Bardzo trudno będzie odzwyczaić czytelnika od darmowej treści w internecie - podkreśla dalej autor, a w konkluzji dodaje: - (...)gdzieś zatarła się różnica między prawdziwym, gazetowym dziennikarstwem, a tekstem kopiowanym przez portale takie jak Onet.pl czy Wp.pl. Często słyszę o ciekawym tekście przeczytanym na którymś z tych portali, a mało kto ma świadomość, że jego źródłem jest któraś z polskich gazet.

Pasożyty, słonie i hieny

W materiale Pasożyty żerują na serwisach i nieświadomych internautach podkreślałem negatywną rolę jaką odrywają te agregatory treści, które łamią prawo autorskie (wymieniałem Wykop, Sforę, Wyczajto). Są one jednak mniej groźne od internetowych hien. Jak hieny zachowują się zwykle portale, które do gołej skóry potrafią ogołocić innych z treści nie dając w zamian ani pieniędzy, ani ruchu - czytaj zwyczajowego linku do źródła. Wykorzystują dominującą pozycję zbudowaną przez ostatnich kilkanaście lat, gdy medialne słonie (czytaj wydawnictwa medialne :) poruszały się w sieci niezwykle ociężale. Portale nie linkują, zwykle nie płacą za obszernie cytowane newsy z serwisów gazetowych. Ten obyczaj sprawił, że możemy dziś wyróżnić trzy grupy podmiotów newsowych w internecie: słonie - czyli wydalające z siebie treść na masową skalę wydawnictwa i ich strony internetowe, hieny - portale, które przełkną wszystko i pasożyty - agregatory.

Internet mimo popularności blogów, dziennikarstwa obywatelskiego, czy w ogóle idei Web 2.0, nie wytwarza tyle treści, by być całkowicie samowystarczalny. I niech nie zmyli nikogo istnienie redakcji w portalach. Proszę usunąć każdego poranka ze stron informacyjnych Onetu, WP, czy Interii wszystko co jest „zlizywaniem” treści po gazetach (w tym doniesienia PAP!), a będzie widać skalę zjawiska. Jeśli już sieć coś wytwarza to gigantyczną ilość śmieci. Wystarczy porównać liczbę blogasków z naprawdę wartościowymi blogami. - A gdy (...) papierowe czasopisma znikną, zostanie sam śmieć. Ludzie z portali przyuczeni do byle-co-byle-szybko-byle-skąd-byle-nius nagle nie zaczną kreatywnie szukać tematów i pisać przemyślanych artykułów – komentuje Marcin Kasperski pod wpisem Hazana na blogu www.antyweb.pl dotyczącym owej „wojny gazety z internetem”.

Tylko, że to nie jest wojna gazet z internetem, a po prostu potyczka o pieniądze, ale i jednocześnie kształtowanie się nowego ładu informacyjnego. Wszyscy już wiedzą, że wydawnictwa medialne działające w Polsce (może poza Agorą) nie doceniły kilka lat temu internetu, jako miejsca gdzie można zarabiać. Zaczyna się kolejna odsłona bezpardonowej walki o szmal i - owe medialne, nieruchawe słonie, jak bywają nazywane wydawnictwa - zdecydowane są użyć każdej legalnej broni, by walczyć o swoje. Spada sprzedaż gazet, maleją wpływy z reklamy i do sieci ucieka czytelnik papieru - to jasne, że poważniej traktują rwący strumyk pieniędzy z reklamy w internecie. I chcą go porządkować...

Nieruchawe "medialne słonie"?

- Ochrona prawa autorskiego wydawców w internecie ma dwa oblicza: – pierwsze odnosi się do korzystania i oferowania cudzych treści bez uprawnienia, co jest nielegalne w myśl obowiązujących przepisów, – drugie dotyczy korzystania z treści w ramach dozwolonego użytku - wyjaśnia Maciej Hofman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy, skupiającej największe podmioty w tej branży. - Oba problemy wymagają odpowiednich regulacji prawnych tak, by nie ograniczać „wolności słowa” z jednej strony, ale z drugiej zapewnić twórcom i producentom należytą rekompensatę.

- W zakresie korzystanie z cudzych treści bez uprawnienia, wydawcy będą musieli wprowadzić czytelne zasady korzystania z materiałów prasowych obowiązujące w środowisku cyfrowym i ścigać tych, którzy te zasady naruszyli. Takie działania podjęła już „Gazeta Prawna” i „Rzeczpospolita” - kontynuuje Hofman. - Jeśli chodzi o dozwolony użytek to będzie to wymagało podobnego podejścia jak w przypadku reprografii. Tu należy przewidywać obciążenie opłatami urządzeń kopiujących i środków umożliwiających kopiowanie, ale też urządzeń umożliwiających dostęp do internetu i opłat za korzystanie z tego dostępu. Rozwiązanie formalne i faktyczne tych problemów będzie podstawą do budowy modelu biznesowego gwarantującego rozwój wydawnictw prasowych - podkreśla dyrektor generalny IWP.

Od 23 lutego wiadomo, że szykuje się duży proces o naruszanie praw autorskich w sieci. Tego dnia Presserwiss doniósł: - Infor Biznes wysłał do sądu pierwszy pozew w sprawie naruszenia przez serwisy internetowe praw autorskich do tekstów pochodzących z "Gazety Prawnej" i portalu Forsal.pl. Wydawca jako pierwszą pozwał Polską Federację Rynku Nieruchomości, bo jego zdaniem bez zgody spółki Infor Biznes zamieszcza ona w swoim serwisie internetowym materiały przygotowane przez dziennikarzy ”Gazety Prawnej” i Forsal.pl. Wydawca zapowiada, że podobnych pozwów może być ponad 70. Listę podmiotów podejrzanych o naruszenie praw autorskich przygotował we współpracy z firmą Plagiat.pl.

Infor szacuje straty na milion złotych i od jednej tylko z firm zażąda prawie 100 tys. zł. Czy proces i ewentualny wyrok odstraszy innych? Wątpię bo dla niektórych portali, serwisów, wortali treść wykorzystywania bez zgody właściciela (cóż za eufemizm na określenie kradzieży!) jest podstawą istnienia i zarobków, modelem biznesowym.

A może jednak pobierać opłaty za dostęp do treści?

Czy w polskim internecie można poważnie myśleć o pobieraniu opłat za dostęp do treści? Warto prześledzić tok myślenia jaki prezentuje prof. Jan Błeszczyński, specjalista od prawa autorskiego i prawa własności intelektualnej. W wywiadzie udzielonym "Gazecie Prawnej" mówił m.in.: - Internet otwiera ogromne możliwości korzystania z twórczości, w którym nie zawsze możliwe jest uchwycenie faktu konkretnego korzystania z utworu. Profesor dywagując o próbach ucywilizowania sieci podkreśla, że z (...) punktu widzenia prawa autorskiego sprawa przedstawia się prosto - ustawa powiada, że twórca korzysta z wyłącznej ochrony w zakresie rozporządzania utworem, z wyjątkiem sytuacji wymienionych w ustawie, w szczególności użytku osobistego. Jeżeli do wymiany dochodzi pomiędzy osobami pozostającymi w osobistym związku (np. rodzinnym lub towarzyskim), jest to dozwolone. Jeżeli natomiast wymiana jest realizowana w ramach zorganizowanej akcji, z punktu widzenia prawa autorskiego nie widzę istotnej różnicy pomiędzy taką wymianą a np. najmem lub użyczeniem egzemplarza utworu.

Krąg rodzinny i towarzyski jest częstym argumentem niektórych serwisów. Twórcy JoeMonster tak powołują się w rubryce „Prawa autorskie” na licencję GNU oraz „krąg znajomych”: Większość tekstów, obrazków oraz innych plików multimedialnych wykorzystywany w serwisie pochodzi z przepastnych czeluści ogólnoświatowej sieci Internet i stanowi dziedzictwo oraz dorobek tysięcy bardzo często bezimiennych osób, które napisały/narysowały/zrobiły zdjęcie/fotomontaż/prezentacje czy też inne rzeczy po to by zainteresować czy rozbawić swoich znajomych. My pokazujemy je naszym znajomym, czyli Wam. Kontynuujemy tym samym łańcuszek dobrej woli pozostawiając oryginalnym autorom ich prawa autorskie, a w przypadkach kiedy ich znamy umieszczamy zawsze odpowiednią adnotację i staramy się otrzymać zgodę na publikację.

Agregatory, czyli np. serwisy będące zbiorem linków są grupą osób pozostającą w związku towarzyskim? Rodzinnym? JoeMonster - łańcuszek ludzi dobrej woli? Prof. Błeszczyński nie docenia chyba internautów, pokolenia przyzwyczajonego do tego, że z sieci wszystko można pobrać za darmo: filmy, muzykę. Dlaczego mają nie korzystać za darmo z informacji przygotowanych przez inne serwisy?

Uczciwa konkurencja biznesowa?

Cywilizowanie obrotu treściami wydaje się nieuchronne. I to nie tylko za sprawą działań podmiotów przenoszących działalność z papieru do internetu. Dziennikarze obywatelscy działający w serwisie Wiadomości24.pl są tak samo okradani tak jak zawodowcy Ciekaw jestem ilu blogerów zakrzyknie: Łapać złodzieja! Który portal zapłacił (choćby linkiem) za to co zacytował? Polskie prawo, a właściwie instytucje naszego państwa nie potrafią sobie poradzić z prostą sprawą: Krystian Jamróz autor zdjęć z Wiadomości24.pl, które bezprawnie wykorzystano na komercyjnej stronie internetowej bezskutecznie stara się od kilku miesięcy dochodzić swych praw. Policja i prokuratura umorzyły postępowanie w jego sprawie...

Warto pamiętać, że upadek medialnych koncernów oznacza kiepskiej jakości dziennikarstwo. Już dziś nie wszystko co z medialnych gigantów wypływa do sieci jest wartościowe. Pamiętajmy też, że nie można ograniczać konkurencji w sieci. Na blogu Millera komentujący „macieklew” napisał: - Skoro ludzie chętniej odwiedzają portale, to jest to wyzwanie dla prasy. Konkurencja - tak to się nazywa, w kapitalizmie :) Jesteś lepszy, to kupują od ciebie - proste. Nie walczyć z konkurencją, tylko być lepszym od niej - oto rozwiązanie.

Uczciwa rywalizacja jest możliwa tylko gdy gracze trzymają się zasad. Dlaczego hieny, czyli portale tak chętnie cytują w całości newsy z innych serwisów informacyjnych (nie tylko należących do medialnych słoni), a nie dają linków? Może gdy rozjuszone słonie ruszą atakując całym stadem się przestraszą?

Uważam, że zarówno w interesie „medialnych słoni”, jak i hien oraz pasożytów jest stworzenie kodeksu dobrych praktyk w internecie oraz wyrzucenie poza nawias złodziei. Pierwszą zasadę już sformułowaliśmy Po pierwsze nie kradnij. Druga może brzmieć: Zawsze linkuj do źródła informacji. Dopóki wszystkie podmioty tworzące wiarygodną treść, czyli zatrudniające dziennikarzy serwisy i portale nie będą wobec siebie uczciwe, o ochronie praw autorskich nie ma mowy.

***
Pasożyt - organizm cudzożywny, który wykorzystuje stale lub okresowo organizm żywiciela jako źródło pożywienia i środowisko życia; może doprowadzić organizm żywiciela do wyniszczenia a nawet śmierci.

Hiena - potrafi wyczuć pożywienie z odległości wielu kilometrów. Zjada wszystko co się da strawić. Ma bardzo silne szczęki zdolne skruszyć kość słonia.

Słoń – jest roślinożerny; nieliczne zęby jakie posiada wykorzystuje są do rozdrabniania pożywienia, jeżeli straci wszystkie zęby na raz, nie może jeść i ginie z głodu. Słoń szarżuje z prędkością 30 km/h, rozszalałe stado potrafi stratować na swojej drodze wszystko... 

Źródło Wikipedia

środa, 1 stycznia 2014

Pytania na 2014 rok. Pora na powrót do dziennikarskich wartości?


- Myślimy cały czas o tych, którzy chcą płacić za nasz serwis, a nie o tych co i tak nie zapłacą - mówił Romanus Otte, z Die Welt Online, Axel Springer, podczas październikowej konferencji INMA.org w Berlinie. W ten sposób odpowiedział na pytanie o ewentualne omijanie przez internautów wprowadzonych zabezpieczeń paywallowych przy dostępie do wersji premium serwisu Welt.de.
 
W ogóle w Berlinie padło wiele słów pełnych nadziei kierowanych pod adresem wszelkich rozwiązań i modeli biznesowych zmierzających do tego, by pobierać od internautów opłaty za dostęp do treści. -  Chcemy pieniędzy za naszą pracę - to zdanie, które trzeba odważnie powiedzieć internautom, a wygląda na to, że stanowią klucz do sukcesu w 2014 i latach następnych. Oczywiście trzeba pamiętać, że w świecie online przychody warto budować na różnych polach i realizując różne modele biznesowe. Ci, którzy taką komunikację z internautami rozpoczęli zbierają pierwsze doświadczenia. Mają je za sobą wydawcy na rozwiniętych rynkach starej Europy. Le Monde, Ekstrabladet.dk, Die Welt i wiele innych marek printowych - wszyscy inwestują w różnego typu paywalle i liczą na systematyczny wzrost przychodów.

Z jakimi efektami? Przedstawicielka Le Monde przyznawała, że po wdrożeniu modelu freemium pojawiło się wielu nowych subskrybentów - tym razem cyfrowej wersji. Są młodsi o ok. 12 lat od nabywców gazety w wersji drukowanej, 80% z nich to mężczyźni, aż 70% korzysta z tabletów, no i większość ma wysokie dochody. Czy to naprawdę taka zła wiadomość dla prasy coraz aktywniejszej w świecie cyfrowym? A Die Welt? Niemiecki dziennik pozyskał 47 tys. nowych abonentów w wersji cyfrowej.

Gdy mowa o tzw. tradycyjnych wydawcach powinno używać się nie określenia typu "treść", czy "content", a dziennikarskie informacje, wywiady, reportaże, itd. To twórczość dziennikarska odróżnia te modele od displayowej monetyzacji pełnej billboardów coraz rzadziej klikanych przez internautów. W numerze 6 kwartalnika „Nowe Media“ Alan D. Mutter - amerykański strateg medialny - używa terminu komodytyzacja (rozcieńczanie dziennikarstwa!), czyli utowarowienia informacji w sieci na określenie zjawiska powszechnej nadpodaży treści. Jest natychmiast. Wszędzie. Za darmo. Bezpłatna treść uzależnia odbiorcę. To nic, że treść jest coraz niższej jakości, ale internauta, który sam stał się współproducentem treści - smartfony zabijają branżę fotograficzną - zadowala się samym faktem dostępu do treści, a nie jej jakością.



Klikalność i presja na PV, tak jak i na cytowalność przysłoniła na jakiś czas wydawcom istotę problemu, że najważniejszy jest odbiorca, który świadomie nabywa dany produkt. I nie ma znaczenia, czy jest on drukowany, czy cyfrowy, na smartfona czy na tablet. Ruszyli śladem cyfrowych graczy, którzy do perfekcji opanowali optymalizację kosztów i dlatego oferują darmową treść. Potrafią nią bawić (triumf infotainmentu nad informacją) i przez chwilę wydawało się, że naśladując to zachowanie zasypią przychody utracone przy spadających nakładach wydań printowych. Reguły gry świata online odbiły się na jakości podstawowego produktu wydawców, bo szukając obniżki kosztów, rezygnując z dziennikarzy w ich miejsce zatrudniając media workerów gwałtownie obniżyli wartość i jakość produktu. Zapominając trochę o dotychczasowych klientach. Błąd, który dowodzi, że przybieranie cudzych szat w cyfrowym świecie nie musi oznaczać sukcesu.

Bo pozornie tylko w internecie walka toczy się o słupki PV, czy o ekonomię uwagi. We wspomnianym numerze “Nowych Mediów”, prof. Jeff Jarvis używa tego określenia. W zasadzie jest ona walką wszystkich ze wszystkimi o przyciągnięcie internauty do danej witryny. Tymczasem na dłuższą metę dla wydawcy i reklamodawców ważniejsze, cenniejsze okazuje się angażowanie odbiorcy, poznanie jego potrzeb i odpowiadanie na nie. Stąd gwałtownie rośnie potrzeba poszukiwania dobrych odpowiedzi na trudne pytania.
  
Czy kosztowne w produkcji treści dziennikarskie są “wystarczająco dobre”
do świata zdominowanego przez kliki? 
Czy dziennikarze i wydawcy koniecznie muszą w świecie cyfrowym walczyć
o odsłony czy czas przebywania internauty na stronie? 

Największą wartością jaką dysponują wydawcy są przecież dziennikarze, ich reputacja i renoma oraz zaufanie do samego brandu. W świecie cyfrowym dziennikarze świadczą usługi i tak naprawdę nie zajmują się informowaniem odbiorców o tym co się zdarzyło, ale raczej wyjaśnianiem świata, interpretowaniem zdarzeń. O tym, że coś się zdarzyło internauta może dowiedzieć z tv, radia, dowolnej strony informacyjnej w sieci. Nie minie chwila od zdarzenia a za sprawą Twittera, FB, agregatora treści w internecie będzie o tym wiedział każdy. I w wielu wypadkach powie mu o tym nie dziennikarz. Ale już usystematyzowanie wiedzy o zdarzeniu, komentarz, wyjaśnienie i potwierdzenie faktów z wypowiedziami świadków czy ekspertów – to już zadanie dla dziennikarzy. I nawet nie chcę wspominać tych wpadek, gdy ścigając się  na newsy media ośmieszają się publikując niesprawdzone treści – np. cytując fałszywe konta na Twitterze.

Terminu delinearyzacja, który znalazłem w książce francuskiego dziennikarza Bernarda Pouleta „Śmierć gazet, przyszłość informacji“ (wyd. Czarne, 2007 r.) używam na spotkaniach z dziennikarzami i w swoich prezentacjach. To zjawisko gdy internauta wybiera treści, które chce konsumować samodzielnie (znajduje ją korzystając z wyszukiwarki Google), albo z pomocą znajomych (linki znajomych Facebook, Twitter). Globalni gracze zza oceanu to obecnie największe bramki przez jakie internauci trafiają do sieci, a jednocześnie dostarczyciele ruchu na strony wydawców. Delinearyzacja, czyli brak pierwszej strony dla milionów internautów, od której zaczynają kosnumpcję treści to zła wiadomość dla producentów jakościowej, wartościowych materiałów. W tak ustawionej grze każdy arykuł w sieci żyje własnym życiem dzięki własnym zaletom (SEO), a jego wartość polega na zdolności pozyskania internautów, a zatem i reklamodawców. Pytanie tylko czy najlepsze artykuły to te, które przyciągają najwięcej czytelników/internautów, czy może jednak te, których temat przyciągnie najdroższe reklamy?

Dziennikarze obecni w social mediach pracują dziś nie tylko na rzecz marki/brandu, który ich zatrudnia. Budują zaufanie do niej, a jednocześnie sami stają się - jak nazwał to kiedyś Eryk Mistewicz - informacyjnymi siri. Są wartością, którą wydawcy muszą pielęgnować i rozwijać. Im większa wiarygodność informacyjnego siri tym wartościowszy internauta na stronie. Tym ich więcej, tym marka szybciej zbuduje swoją cyfrową pozycję?

Skoro mowa o marce i jakościowym contencie? Czy polskim internautom przyjdzie do głowy, by wierzyć we wszystko co czytają na stronach Onet, Wp, Interia? Portale od lat uczą odbiorców, że są agregatorami treści wytworzonej przez innych i najlepiej uprawiają komodytyzację. “Produkują” content najtaniej jak się da dostosowując koszty produkcji do kosztów pozyskiwania ruchu. 

Czy internauci mogą być gotowi płacić za dostęp do takich treści? Raczej nie, tymczasem w 2012 roku mniejsze, dużo mniejsze niż się wszyscy spodziewali, protesty internautów wzbudziło wdrożenie paywalla przez Piano Media na ponad 40 serwisach internetowych należących do 6 dużych grup medialnych. System pobierania opłat za dostęp do części materiałów zaoferowały marki, które są nadal - przynajmniej dla niektórych - synonimem wartości, jakości, wiarygodnych brandów. Czy dlatego, że oferowały materiały dziennikarskie a nie kiepskiej jakości, powszechnie dostępny content?

Rok 2014, a pewnie i kolejne lata zapowiadają się jako czas jeszcze intensywniejszego powrotu do źródeł, czyli do dziennikarstwa, które w oceanie bezpłatnej treści w sieci jest wyróżnikiem wydawców zatrudniających dziennikarzy. Pytań na które brak dobrych odpowiedzi tylko przybywa.

Zobaczymy…