Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarstwo. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 listopada 2018

Przyszłość dziennikarstwa leży w zwinnym modelu biznesowym?


Natrafiłem na bardzo ciekawy wpis dotyczący przyszłość dziennikarstwa w kontekście zmian jakie niesie dystrybucja online. Kilka najważniejszych tez dotyczy zmian w modelu biznesowym jakie powinny dotknąć organizacje medialne, by przetrwało wysokiej jakości dziennikarstwo.

Szansą - zdaniem autora - są organizacje o zwinnych modelach biznesowych, które powstają w oparciu o tanie, cyfrowe technologie produkcji i dystrybucji, treści niszowe oraz nastawianiu się raczej na użytkowników niż na reklamodawców. Poniżej kilka najważniejszych przykładów i tez autora. Wśród wybitnych przykładów zwinnych organizacji o nowym modelu biznesowym wymienia: eldiario.es i Elconfidencial.com w Hiszpanii, www.animalpolitico.com w Meksyku oraz www.texastribune.org w USA. 

Serwis Eldiario.es rozpoczął działalność sześć lat temu z zaledwie garstką dziennikarzy.
Potrafił jednak skutecznie konkurować z dużymi newsroomami największych dzienników w Hiszpanii. Dziś ma 33 tys. „partnerów”, którzy gotowi są płacić 67 euro rocznie. Eldiario.es generuje rocznie 5 milionów euro przychodów i jest jedną z najpopularniejszych i najbardziej zaufanych marek medialnych w Hiszpanii (Reuters Institute Digital News Report 2018).

Zestaw niektórych z obiecujących trendów w dziennikarstwie cyfrowym jakie podaje autor wpisu James Breiner *:

  • Mały newsroom - od 10 do 25 dziennikarzy (rosnący zawsze gdy zachodzi taka potrzeba)
  • Dziennikarstwo śledcze, długie formaty, raporty, dogłębne omawianie konkretnych tematów (biznes, finanse, zdrowie, edukacja) lub kwestii dotyczących społeczności
  • Współtworzenie treści przez wolontariuszy (User Generated Content), w tym dane pochodzące od użytkowników
  • Kolumny eksperckie generowane przez samych użytkowników
  • Serwisów finansowane przez samych użytkowników, biznes dziennikarski oparty na ich wysokim zaangażowaniu, wiarygodności i zaufaniu, a nie na modelu finansowanym przez reklamodawcę (opartym na klikach w reklamę)
  • Dystrybucja przez kanały cyfrowe
  • Dystrybucja z pomocą użytkowników - sieci społecznościowe
  • Nowe sposoby multimedialnego opowiadania historii m.in. dzięki niedrogim narzędziom cyfrowym: interaktywne mapy, grafiki, narzędzia do edycji wideo i audio, etc.
  • Ciągłe innowacje w zakresie treści i dystrybucji
  • Więcej inicjatyw dziennikarskich skupionych na świadczeniu usług odbiorcom
Zła wiadomość - zdaniem autora Jamesa Breinera - dla branży informacyjnej jako całości jest taka, że będzie zatrudniać mniej osób. Poszczególne podmioty będą znacznie mniejsze niż dziś. To oznacza też mniejsze przychody, ale i koszty. Nowe modele pracy redakcji cyfrowych muszą być bardziej zwinne. Jednym z przykładów nowych inicjatyw i sukcesów jest The Skimm - newsletter dla młodych, profesjonalnych kobiet. Istnieje od 2012 roku a pozyskał już 7 milionów subskrybentów.

Wiele z tych startupów cyfrowych, zwłaszcza na poziomie lokalnym, będzie równie szybko się pojawiać i równie szybko znikać. Nagromadzona wiedza będzie jednak pomagać kolejnym redakcjom. Widać silną tendencję rozwijania mediów informacyjnych w kierunku podmiotów o charakterze organizacji użyteczności publicznej, których głównym celem jest poprawa jakości życia odbiorców w ich społecznościach, a nie generowanie zysku dla akcjonariuszy wydawcy.

* James Breiner jest konsultantem ds. mediów cyfrowych. Specjalizuje się w innowacjach dziennikarskich, przedsiębiorczości i multimediach. Obecnie jest profesorem wizytującym na Uniwersytecie Navarra w Pampelunie w Hiszpanii.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Trzy tygodnie bez Facebooka, by przekonać się, że jest w zasadzie zbędny

Głosy o „zepsuciu Facebooka” przez Marka Zuckerberga nie są przesadzone. Sam porzuciłem największy serwis społecznościowy świata na równe trzy tygodnie, by dojść do wniosku, że potrzeba jego posiadania jest znikoma, nikła. Trzyma mnie w nim branża w której działam i szansa na kontakt z wieloma znajomymi.

Ale po kolei. 6 sierpnia, czyli 3 tygodnie temu odinstalowałem aplikację w smartfonie i całkowicie się wylogowałem z przeglądarki. By dać szansę znajomym posiadania kontaktu ze mną pozostałem w zasięgu Messengera oraz byłem dostępny na Twitterze, Instagramie i w kilku innych miejscach :) Dziś, czyli 27 sierpnia mija dokładnie 11 lat jak zarejestrowałem się na Facebooku i uznałem, że taki eksperyment przed rocznicą może okazać się ciekawy, inspirujący. Od wielu miesięcy algorytmy jakie narzuca internautom Facebook stały się dla mnie kompletnie bezużyteczne. Ja pomijam, że FB zawsze okazuje mi „Najważniejsze wydarzenia” a nie „Najnowsze wydarzenia” (choć je nieustannie przestawiam nijak nie chce brać pod uwagę moich oczekiwań), ale treść na tzw. tablicy użytkownika nie miała dla mnie ostatnio żadnej wartości. A i tak jestem zaawansowanym użytkownikiem social mediów i wielokrotnie - przynajmniej raz na kwartał - zmieniam coś w ustawieniach, by to co widzę miało dla mnie sens. Dodaję i usuwam fan page, zmieniam widoczność grup, swoich postów, itd. Nic nie skutkuje.

21 dni pozwoliły mi częściej wracać na Twittera, który - z racji tego, że nie jestem dziennikarzem zdobywającym newsy - traktowałem jako serwis używamy w drugiej kolejności. Posiadając połączone konta postowałem na FB, a automat zamieszczał za mnie twetty na Twitterze. Czasem (mniej więcej 1 raz na 10) musiałem je jednak  z Twittera usuwać i poprawiać posty, ale rzadko. I tak się opłacało, nie zajmowało mi to tyle czasu co obsługiwanie obu serwisów z jednakową częstotliwością. Na Twitterze jestem od 27 lutego 2007 roku, czyli ok. pół roku dłużej i - podobnie jak do FB - mam do niego uwagi. Jedną rolę pełni dobrze: przy dobrze dobranej grupie osób, które się followuje można mieć znakomity przegląd wydarzeń, codzienną prasówkę krajowo-polityczną, zagraniczną i technologiczno-internetową (mniej więcej taka tematyka gości na moim Twitterze). Ten serwis świetnie służy dziennikarzom, politykom, marketingowcom i… trollom. Każdy serwis social media ma jakieś wady i zalety więc gdy używa się go umiejętnie da się z tym jakoś żyć. Z przesadą, ale niewielką rzekłbym, że jednak Facebook przestał nieść dla mnie jakąkolwiek wartość informacyjną (a raczej posty z newsami jakie mi „podsuwa" moja społeczność, czy media).

Przeżyłem na Facebook kilka okresów. Z grubsza dzielę swoją relację z nim na 3 epoki:
- okres twórczy, gdy między 2007 a 2010/2011 rokiem prowadziłem (lub mi podlegał) serwis Wiadomości24.pl dla Polska Press (został z końcem 207 r. wcielony w portal Naszemiasto.pl) 
- okres promocyjno-dziennikarski 2011 - 2016 gdy odpowiadałem za content w Polska Press a potem za online w Infor Biznes, czyli promowałem posty konkretnych artykułów, z konkretnych serwisów www
- okres biznesowy - od października 2016 r. gdy pracuje jako niezależny konsultant dla różnych podmiotów, w tym e-commerce oraz firm oferujących narzędzia dla wydawców

Napiszę jak weteran bo i tak się chwilami na FB czuję. Wiele widziałem na Facebooku: znajomych udostępniających posty z fake newsami (staram się to prostować), firmy i media oraz ich wpadki, zmiany algorytmów pokazywania treści, ale tak źle jak w ostatnich kilkunastu miesiącach nie było nigdy. Wyrażałem to głośno wielokrotnie w postach na FB. Stąd taka próba. Nie ma obowiązku posiadania konto na Facebooku, choć dziś wielu biznesów bez niego nie da się uprawiać. Znam takie - nie posiadają nawet własnej strony internetowej, a fan page zastępuje wszystko. Jest i miejscem marketingowym, i obsługą customer service. No i dobrze. Tylko pojedynczy, szary użytkownik ma coraz mniej fanu z tego co widzi po zalogowaniu się. I nie jest to tylko moja, odosobniona opinia. Kiedyś czegoś szukałem w marketplace FB. Pewnie dlatego dziś posty z nowymi ofertami sprzedaży aut, czy komputerów pojawiają mi się często, zdecydowanie za często, A nie mam już takich potrzeb. Podobnie z grupami. Jestem w różnych, a uporczywe przestawianie tego co ma mi pokazywać z grup kochany serwis na F… w końcu pomogło. Tylko, że ja nie mam czasu ciągle się tym „bawić”.

Dla Messengera - takie słowa słyszałem od studentów gdy pytałem ich po co używają Facebooka. Ostatnie 3 tygodnie dowiodły, że ze mną jest tak samo. Tyle w zasadzie ma mi do zaoferowania największy serwis społecznościowy świata. Wybaczcie znajomi z różnych kręgów i okresów mojego życia, ale wiele rzeczy znoszę, największe nawet bzdury jakie postujcie, ale ja ich po prostu nie widzę. Algorytm jest teraz taki, że jak nie wchodzicie w interakcję z moimi postami (najlepiej komentarze, gorzej like, choć też dają radę) to ani ja nie widzę waszych postów, ani wy moich.  
 
Reasumując ten dość krótki i emocjonalny wpis po okresie facebookowej abstynencji. Konta na razie nie usuwam choć jestem tego bardzo bliski. Ot można używać FB rzadziej, logować się po coś. Nie przesiadywać na Facebooku co wszystkim polecam. Przybyło mi bardzo dużo czasu, nie czuję, bym cokolwiek ważnego stracił, a stałem się za to dużo bardziej produktywny.

No i na koniec odwracając i trawestując słynne powiedzenie John F. Kennedy’go dziś jest czas gdy: Nie pytaj co ty możesz zrobić dla Facebooka, zapytaj co Facebook może zrobić dla Ciebie…

piątek, 16 grudnia 2016

Wolne media = obywatelski obieg demokratycznej informacji

Obrazy i dźwięki z Sejmu nie dotarłby z taką siłą do wyborców, czyli suwerena gdyby nie… nowego typu dziennikarstwo. Dziennikarstwo obywatelskie. Bo takie uprawiają w ostatnich godzinach politycy opozycji używając smartfonów, tabletów i serwisów społecznościowych do informowania o tym co dzieje się w parlamencie.

Zostawmy z boku polityczny spór i powody dla których dzieje się dziś tyle w Polsce. Ważniejsze jest co innego. Oto w Sejmie dziennikarze mieli przestać być świadkami wydarzeń, mieli mieć ograniczone możliwości zadawania trudnych pytań wybrańcom narodu. Ale mogą skutecznie zastąpić ich sami politycy. Kilka lat temu smartfony i Twitter sprawiły, że wybuchła arabska rewolucja. Teraz w Polsce dzięki nowym technologiom okazuje się, że nie da się uprawiać propagandy i zakrzywiać rzeczywistości. Można ograniczyć pole działania zawodowym dziennikarzom, ale zatrzymać przekazu medialnego w internecie na szczęście się nie da.

Kiedyś poseł, a dziś prezes TVP, Jacek Kurski mówił: Ciemny lud to kupi. Owszem może władza, partia rządząca mieć telewizję, radio publiczne, a nawet PAP. Może jedna partia mieć większość w Sejmie, może używać straży marszałkowskiej do demolowania Państwa, a policji do torowania wyjazdu i drogi ideologowi „dobrej zmiany”, który realizuje własną wizję państwa, a raczej prze do dyktatury. Może. Nie może jednak zatrzymać postępu technologicznego.

Tak jak w sporej części PiS i prezydent Duda są tam gdzie są dzięki serwisom social media tak i dzięki nim, i przez nie mogą zostać szybko odsunięci od władzy. Nie ma władzy nad społeczeństwem ten kto sądzi, że da się kontrolować medialny przekaz. Media mogą być narodowe, ale dziś dziennikarze są wszędzie. Nawet jeśli zawodowcom zakaże się wstępu do parlamentu dziennikarzami obywatelskimi mogą być i już są posłanki i posłowie opozycji. Dziennikarze obywatelscy. Wtedy gdy posłanki relacjonują przez telefon w komercyjnej TV co dzieje się w Sejmie, są nimi też obywatele, którzy przybyli przed budynek i filmują smartfonami sceny, gdy policja siłą toruje drogę prezesowi rządzącej partii, która za nic ma zasady państwa demokratycznego.

Ludzie (a kiedyś blogerzy), czyli ów słynny suweren - na którego decyzje przy urnie wyborczej tak ochoczo powołuje się PiS i jego zwolennicy - zmieniają świat. Uzbrojeni w smartfony obalają nawet najbardziej zajadłe reżimy. Co dziś może zrobić przeciętny obywatel? Udostępniać treści, które pokazują prawdziwy obraz wydarzeń z piątkowego wieczoru 16 grudnia i ostatniej nocy.

Jak w zasadach dziennikarstwa obywatelskiego i definicji Web 2.0. 1 tworzy treść, 10 ją komentuje, 89 czyta, ogląda. Udostępniając treść opisującą ostatnie zdarzenia w Sejmie podtrzymujemy wszyscy reguły państwa demokratycznego. A dziennikarze zawodowi i media tylko wzmocnią ten przekaz w swoich portalach, gazetach, stacjach TV i radiowych. Nieprzekonanych nic nie przekona, ale wątpiących obrazy i dźwięki powinny zmusić do myślenia. A o to przecież chodzi w wolnym świecie demokratycznym.

***

W czerwcu 2006 roku ruszył portal dziennikarstwa obywatelskiego Wiadomosci24.pl. Zainteresowanych szerzej ideą dziennikarstwa obywatelskiego odsyłam do tekstów na ten temat.
http://www.wiadomosci24.pl/artykul/abecadlo_dziennikarza_obywatelskiego_15977.html
http://www.wiadomosci24.pl/artykul/pamietajmy_o_idei_rewolucyjnej_15836.htmlhttp://www.wiadomosci24.pl/artykul/pamietajmy_o_idei_rewolucyjnej_15836.html

niedziela, 27 września 2015

Dziennikarze pozostaną filarem społeczeństwa obywatelskiego


- Tracimy naszych czytelników nie dlatego, że nie piszemy dla nich, ale dlatego,

 że nie mówimy do nich i nie inwestujemy w to, by ich zrozumieć - Jim Chisholm, konsultant


Dlaczegoś biedny? Boś głupi. Dlaczegoś głupi? Boś biedny - mawiają mądrzy ludzie. Jak będzie wyglądał świat za kilkadziesiąt lat, gdy umiejętność czytania ze zrozumieniem będzie wyróżnikiem ludzi inteligentnych? Świat czytania ze zrozumieniem treści niosących jakąś wartość poznawczą? W telewizji coraz większe znaczenie ma obraz, internet często oferuje konsumpcję treści w sposób bierny - wielu odbiorców wycofuje się z czytania zadowalając się oglądaniem: zdjęć, memów, filmów. Skanują tytuły w serwisach internetowych, oglądają wydarzenia bez angażowania się w zrozumienie przekazu. I niech nie raduje nikogo wiadomość, że internetowi konsumenci książek, gazet, magazynów czytają jeszcze więcej niż przed erą globalnej sieci www. Bo tylko niewielka część „wgryza“ się w sens przekazu, a mniejszość konsumuje treści wymagające.

Żyjemy coraz szybciej otoczeni przez dziesiątki kanałów. Siedzę w fotelu dentystycznym. Nad moją głową wisi ekran z reklamami, na dole ekranu płynie pasek z newsami. Raczej powinienem napisać urywkami zdań, zaledwie sygnalizatorami newsów. Na przystanku komunikacji miejskiej, w autobusie czy w metrze, smartfon oraz tablet sprawiają, że news żyje z nami cały czas. Scenka z komunikacji miejskiej: ludzie czytają gazety, magazyny. Drukowane książki, ale i na tabletach, smartfonach. Kilkanaście minut poświęcają na odbiór rzeczy ważnych, ulotnych, czy służbowych. Obok mnie siedzi para nastolatków (wiek gimnazjalny) używa iPada. Bezrefleksyjnie klikają w migające punkty na dotykowym ekranie. To dzisiejsi lub przyszli odbiorcy sensacyjnej papki z domieszką emocji. W internecie dobrze funkcjonują wciąż memy, które stały się szczególnie popularne wśród gimnazjalistów. To ich próba kontaktowania się ze światem, który wymaga interpretowania faktów. Pokolenie, które dorastało z laptopem na kolanach, dla którego rodzice kupowali kilka lat temu dostęp do internetu (bo „dziecko chodzi do szkoły i odrabia lekcje“) nie jest jednorodne. Ale świat od nich wymaga coraz mniej, a i urządzenia są coraz mniej wymagające. Czy jest w tym wszystkim miejsce w przyszłości na media i dziennikarzy?

Cyfrowy analfabetyzm


Zachwycamy się gdy małe dziecko używa iPada i to zanim jeszcze nauczy się sprawnie składać słowa, czytać. Obsługa smartfona, tabletu to stuknięcie palcem w ikonkę. To, że potrafią to dwu- czy trzyletnie dzieci, trudno traktować jako przejaw wielkich umiejętności. Czy nie wracamy do epoki obrazkowej? Wyniki badań kompetencji młodych Polaków (14–18 lat) przeprowadzonych jakiś czas temu przez Fundację Orange wskazują, że tylko 2 proc. badanych korzystało z operatorów logicznych podczas wyszukiwania w sieci gdy używało Google. Nie wpisywało jak popadnie ciągu słów, tylko zawężało go cudzysłowami czy zwrotami „and”, „not”. Zdecydowana mniejszość internautów faktycznie jest twórcami i aktywnie przygotowuje materiały do publikacji w sieci: muzykę, fotografię, rysunki, teksty, video. I to w czasach, gdy większość nastolatków już jest na Facebooku, teraz częściej Instagramie czy Snapchacie. To sieć stała się głównym narzędziem koordynacji ich codziennych działań. Choć młodzi stale logują się do sieci, niewielu z nich jest naprawdę aktywnych i zwiększa swą wiedzę oraz umiejętności.

Cyfrowe kompetencje wyższego rzędu - tak je nazwijmy - niezbędne są do mądrego odbioru i rozumienia treści. Jeśli jej odbiorcy nie posiadają nie będzie też na taką treść popytu. Wizja przyszłości dla mediów i dla samych dziennikarzy nie jest optymistyczna. Współcześni uczniowie w większości potrafią biernie konsumować, najchętniej robią to oglądając filmiki oglądane na YouTube, czy zdjęcia na Instagramie. Czynności nie angażujące, a korzystanie nie wymaga wysiłku umysłowego. Dojrzewa pokolenie, które nic nie potrafi robić poza graniem i korzystaniem z portali społecznościowych. Kiepska wiadomość i przyszłość dla dziennikarzy oraz tylko pozornie dobra z punktu widzenia globalnych marek. Odbiorca masowych, nieskomplikowanych produktów może jest dobrym nabywcą, ale też jednocześnie dużo gorszym pracownikiem.

Czy pokolenie cyfrowych tubylców będzie nadal potrzebować materiałów produkowanych przez dziennikarzy? Chyba, że nadawcy będą edukować przyszłych odbiorców. Uczyć mediów, ich rozumienia, interpretacji faktów, doceniania pracy dziennikarzy... 

Czy nadal trwa kryzys prasy?


Tradycyjne media zaczynają zmieniać model biznesowy i odchodzą od zarabiania na klikaniu w banery reklamowe; zresztą te są coraz tańsze, mniej skuteczne. A adblockery zmniejszają drastycznie ich skuteczność. Ten model finansowania wypalił się gdyż w internecie występuje nadpodaż treści. W samym tylko 2012 r. co minutę na YouTube było wrzucanych co najmniej 20 godzin filmów. Na obejrzenie tego co umieszczono tylko w samym 2012 r. potrzeba setki lat, wielokrotnie więcej niż użytkownik jest w stanie obejrzeć do końca życia. W 1996 r. ogólnoświatowa sieć www to około 23.500 serwisów i „zaledwie” 39,6 mln internautów. Na jeden serwis przypadało 1985 internautów. W roku 2012 istniało około 255 mln serwisów, internautów było 1,96 mld co oznacza, że na 1 serwis przypadało 7,7 internauty. A w 2015 roku jest jeszcze gorzej…

Kiedy drukowane gazety w obecnej formie staną się nieistotnym produktem na rynku? Specjaliści wieszczą, że ostatnia gazeta w tradycyjnej formie ukaże się w USA w 2017 r., w Wielkiej Brytanii w 2019 r., a w Polsce w 2025 r. Na świecie drukowane gazety swój schyłek czas przeżywać będą około 2040 r. Dopiero czy już? Czy eksperci mogą się mylić? Gdy obserwuje się rozwój wydarzeń - od czasu gdy w naszej codzienności pojawiły się komórka, tablet, smartfon i internet - trudno nie oprzeć się wrażeniu, że to realny scenariusz.

W 2004 roku powstał film pt. „Epic 2014“ - dostępny na platformie YouTube należącej do Google. Ta zrealizowana przez Robina Sloana i Matta Thompsona 8-minutowa futurystyczna opowieść oparta jest na prezentacji jaką przygotował Instytut Poynter. Przedstawia historię opowiadaną z punktu widzenia fikcyjnego Muzeum Historii Mediów za 10 lat, czyli w 2014 r. Opowieść o eksplozji agregatorów treści takich jak wyszukiwarka Google News oraz wielu innych technologii określanych ogólnie jako Web 2.0: blogów, czy serwisów social media. Dość ponure, z punktu widzenia tradycyjnych wydawców, przesłanie o zmianach w sposobie konsumpcji mediów oraz zmianach właścicielskich. Całość kończy się zakupem przez Google coraz słabszego wydawnictwa, właściciela „New York Timesa“. Amerykańska gazeta jest w tej opowieści symbolem kończącego się świata tradycyjnych mediów. Mamy 2015 rok a NYT ma się świetnie, zarabia na swojej onlinowej aktywności. Po kilku latach prób wdrożony paywall zaczął działać skutecznie.

Zmiany na rynku mediów


Na początku tego tysiąclecia wyszukiwarka Google była młodym produktem, a „NYT“ potężnym wydawnictwem, które - mimo silnych sygnałów zmian w zachowaniach czytelników - potrafiło zarabiać na wydaniu drukowanym. Pewne scenariusze wydawały się wówczas nierealne.

Od kryzysu, który nastąpił po 2000/2001 r. gdy pękła bańka inwestycyjna na amerykańskiej giełdzie, gdy wiele internetowych biznesów okazało się tylko wydmuszkami minęło 15 lat. Wydawcy zaczynają łapać drugi oddech. Idea aktywności w świecie online poprzez bezpłatną publikację treści pochodzących z codziennych gazet od kilku lat powoli zamieniała się w nowy model biznesowy. Po latach przyzwyczajania odbiorców, że za czytanie informacji w internecie nie trzeba płacić wydawcy zdecydowali się głośno powiedzieć, że za dostęp do tekstów, zdjęć czy video oczekują opłaty. Już w 2013 r. aż 12 z 20 największych gazet w USA miało już na swoich stronach internetowych wdrożone różnego typu paywalle. Jak wynika z badań amerykańskiego Missouri School of Journalism aż 59 % z lokalnych gazet w USA o nakładzie do 5 tys. egzemplarzy na swoich stronach internetowych miało 2 lata temu wdrożone różnego rodzaju płatności za treść. Podobnie w Europie gdzie opiniotwórcze dzienniki i tygodniki, a nawet media o tabloidowym charakterze (w W. Brytanii – „The Sun“) mówią internautom: za treść oczekujemy opłaty. Słowacki startup Piano Media skutecznie wdrożył swoje rozwiązania paywallowe na Słowacji, potem m.in. w Polsce. Dziś po połączeniach z innymi podmiotami Piano operuje już na całym świecie i ma kilkudziesięciu klientów.

Trudna przyszłość to publikacje mobilne


Uporządkowanie rynku muzycznego w sieci, czyli pomysł Steve’a Jobsa na sklep iTunes,  jednocześnie bezpłatnego programu odtwarzającego pliki audio i wideo, a także pojawienie się kilka lat temu tabletu iPada ośmieliło wydawców. Zaczęli realnie myśleć o tym, że może uda znaleźć się model biznesowy odpowiadający na potrzeby nowych pokoleń. Internauci nauczyli się kupować muzykę w sieci, a skoro pojawiało się urządzenie gdzieś pośrodku między komputerem/ a smartfonem to może jest światełko w tunelu. Obecnie w krajach bogatych, o wysokim poziomie rozwoju cywilizacyjnego, urządzeniem pierwszego wyboru (najczęściej używanym) stał się smartfon. Prawdopodobnie na koniec tego roku na świecie więcej treści w kanałach digital będzie konsumowana za pośrednictwem smatfonów i tabletów niż komputerów.

To poważne wyzwanie dla mediów. Z badań prowadzonych w  Polsce przez firmę Eniro wynika, że czytanie wiadomości jest na 2. miejscu po używaniu poczty mailowej w używaniu smartfona. Badania prowadzone w kilku krajach przez Reuters Institute Digital News (Report 2013) wskazują, że dzisiejsi odbiorcy oczekują wiadomości zawsze i wszędzie. To nie znaczy, że chcą tylko wiadomości w kanale online, że nie czytają papierowej prasy – obecnie mamy świat wieloplatformowy. Jednocześnie widać silne zaufanie czytelników i internautów do informacji oferowanych przez znane marki. Odbiorcy doceniają marki, które powstały w świecie online jak Yahoo i Huffington Post, wierzą w treści od blogerów, ale w sieci największym zaufaniem darzą tytuły/serwisy prasowe. Czytanie treści w smartfonie znacznie różni się od sięgania po prasę, a nawet od przeglądania serwisów internetowych w tradycyjny (desktop, laptop) sposób. Być może ważniejsza od natychmiastowego przekazu (powszechne przekonanie dziennikarzy, że trzeba być pierwszym z newsem) jest forma. Mowa o tak zwanym news show, czyli graficznym, przystępnym serwowaniu odpowiednio zredagowanej wiadomości.

Sytuacja mediów lokalnych w czasie kryzysu


Niektórzy eksperci upierają się, że w przyszłości na dostępie do treści w internecie zarabiać będę głównie media specjalistyczne (np. biznesowe), inni że to raczej media lokalne mogą odważniej patrzeć w przyszłość. Problemem jednak nie jest to czy oferuje się teksty specjalistyczne czy lokalne newsy powszechnie dostępne, a raczej to jaką mają one wartość dla odbiorcy oraz co oni sami uważają za wartościowe. Liczy się zainteresowanie odbiorców, ich potrzeby oraz sposób realizacji. Media i dziennikarze muszą jeszcze uważniej słuchać odbiorców, w dodatku nie mogą bać się powiedzieć im, że chcą za swe usługi pieniędzy. Długofalowym problemem, nie tylko mediów lokalnych, jest nie wystarczające inwestowanie w narzędzia i analizy pozwalające zrozumieć potrzeby odbiorcy.

Media lokalne, do tej pory szczególnie narażone na zjawisko pauperyzacji, zatrudniają słabo wykształconych dziennikarzy, a niskie wynagrodzenia nie sprzyjają tworzeniu treści wysokiej jakości. Nie służy to też realizacji potrzeb internautów. Z drugiej strony to media lokalne są najbliżej wydarzeń, znają tło, lokalny koloryt, specyfikę, czy powiązania lokalnej władzy. Czy potrafimy dostarczyć taką wartość naszej grupie odbiorców za którą są skłonni zapłacić równowartość ceny „filiżanki kawy raz na miesiąc“ - tak promował swój płatny dostęp do serwisu dziennik „The Augusta Chronical“ ukazujący się w stanie Georgia.

Prasa musi zbierać doświadczenia. I nie bać się eksperymentować. Francuski Le Monde gdy wprowadzał wersję płatną serwisu od razu zbadał nowych subskrybentów. Okazało się, że są przeciętnie około 12 lat młodsi od prenumeratorów wydania printowego, zdecydowanie częściej są posiadaczami i użytkownikami smartfonów i tabletów (większość to mężczyźni!) oraz mają wysokie zarobki.
Norweski Dagbladet eksperymentował z nowymi formatami reklamowymi w kanale mobilnym. Menadżerowie tej gazety uważają, że szansa tkwi w uwadze jaką poświęca odbiorca małemu ekranowi. Odpowiednio przygotowana przez Dagbladet reklama ma bardzo dobre statystyki a jedna z kampanii reklamowych (dostępna w wersji mobilnej) dała gazecie dwukrotnie większe przychody niż ogłoszenia w tradycyjnej prasie.

Główne trendy w przyszłości


Brak drugiego miejsca. Ponad 95% informacji w sieci jest dostępnych o każdej porze dnia i nocy. Wyrosło pokolenie internautów dla którego głównym serwisem informacyjnym jest Google. Przez swoją gęstość, natłok informacji sieć sprawia, że szum informacyjny jest większy niż w tradycyjnych mediach. Odbiorca w zaledwie 3 sekundy (zasada nie każ mi myśleć, jeśli nie znalazłem tego czego szukam, strona nie otwiera się albo nie rozumiem komunikatu klikam w następnego linka) decyduje czy zapoznać się z informacją. Większość internautów szuka konkretnej informacji, albo tego co uważa za rozrywkę. I chce to dostać natychmiast bo sieci nie ma czegoś takiego jak "drugie” miejsce wyboru. Dla wielu odbiorców jeśli informacja jest dostępna w kilku miejscach, bardziej liczy się to gdzie trafi na nią w pierwszej kolejności używając Google, czy FB niż faktyczna jej jakość.

Delinearyzacja. W sieci każdy artykuł żyje swoim życiem i każdy ma własne zalety. To nie gazeta, gdzie odbiorca kupuje cały produkt. To dlatego dziennikarz w sieci „wart” jest tyle ile zarabiają jego treści. Najlepsze materiały to jednak nie te, które przyciągają najwięcej internautów, mają najwięcej klików, ale te przy których można sprzedać najdroższe reklamy. Pamiętać trzeba o zwiększaniu się roli odbiorcy, jego zainteresowań, potrzeb na sposób konsumpcji treści w sieci. Gwałtowny rozwój mediów elektronicznych w ostatnim półwieczu (komercyjne stacje tv, radio, internet) to także multitasking, czyli używanie w tym samym czasie różnych mediów.  

Dziennikarz jako marka. Dziennikarz coraz częściej nie tylko pisze, fotografuje, ale samodzielnie poszukuje odbiorcy na swoją treść. Nie bez wpływu na przychody wydawcy jest to co dziennikarz robi w sieci, choćby w kanałach social media, a ta aktywność nie pozostaje bez wpływu na jego wartość rynkową. Dziennikarze popełniają błąd jeśli nie budują swojej marki popularyzując treści poprzez blog w serwisie lub na platformie, aktywny profil FB, Twitterze, Instagram. To dość radykalna zmiana w stosunku do gazety gdzie dziennikarz kryje się za marką dla jakiej pisze. Czy ktoś prosi w kiosku o gazetę z tekstem Jana Kowalskiego? W sieci „kupuje” dziennikarza, a nie tylko produkt jego pracodawcy.

Redaktor a nie dziennikarz. Z racji silnej interakcji w internecie od dziennikarzy coraz bardziej oczekuje się dobrego wypełnienia oczekiwań odbiorców. Jednocześnie zaciera się granica między informacją a rozrywką, ale jest też coraz większe zapotrzebowanie na pracę redakcyjną. Bo to wybór wydarzenia przez redaktora, czy serwis nadaje mu stosowną rangę. To zbieranie, selekcjonowanie, potwierdzanie wiadomości nadaje sens komunikowaniu się z internautami w szumie informacyjnym. Jednocześnie liczy się to czy treść jest unikalna, nikt tego wcześniej nie napisał, a współczesny odbiorca stawia też na wiarygodność, renomę, nazwisko autora. To one gwarantują wysokie zaufanie internauty do treści.

Social media news. Pojawienie się serwisów typu FB, Twitter, Instagram diametralnie zmieniło sytuację mediów. Szybko okazało się, że internauci - jak ludzkość od tysiącleci - optymalizują proces pozyskiwania informacji i wykorzystują naturalny „filtr” jakie tworzą istniejące tam społeczności. Dlatego klikają w to czym interesują się znajomi. Udostępniając treść użytkownik sam staje się twórcą. Zdecydowanie ograniczona jest rola gate-keeperów - a taką rolę pełnili do tej pory dziennikarze. O wadze treści decydują w równorzędny sposób sami internauci. Występuje błyskawiczne sprzężenie zwrotne - opinię na temat danej treści otrzymuje dziennikarz natychmiast. Twitter, FB stały się szybko codziennymi narzędziami pracy dziennikarza, miejscem rozmowy z odbiorcą. Wiele materiałów dziennikarskich posiada dziś swój rodowód w social media - ktoś założył grupę na FB, ktoś inny coś napisał w profilu...

Usługa i rozmowa. Internauta wykorzystuje sieć przede wszystkim w celach informacyjno-rozrywkowych, czyli infotainment. Sieć to dla niego źródło informacji najbardziej aktualnych oraz jak najbardziej użytecznych. Ale poszukuje też towarzystwa, rozmowy, możliwości wyrażenia opinii, konfrontowania się ze zdaniem innych. Jest podatny na bodźce emocjonalne, silnie krytyczny wobec treści z jakimi się spotyka. Internauta często wchodzi do sieci ponieważ ma jakiś problem do rozwiązania, czegoś potrzebuje (rzeczy, informacji, emocji), chce coś wyjaśnić. Tej podmiotowości odbiorców media jeszcze do końca nie nauczyły się realizować.

Video, multimedialność. Słowo pisane i zdjęcia w przyszłości nie wystarczą w walce o uwagę internauty. Coraz bardziej liczy się atrakcyjna forma przekazu - video, a nawet fotocasty. Zawartość, język, forma - słowem multimedia pozwalają zatrzymać odbiorcę przy opowiadanej historii. Nic dziwnego, że coraz bardziej integrują się telewizory z kanałem online, a standardem staje się pokazywanie na ekranie oprócz obrazu i dźwięku materiałów powiązanych a dostępnych przez www (podobieństwo do linkowania w sieci). Wzrośnie zapotrzebowanie na dziennikarzy sprawnie posługujących się multimedialnością w opowiadaniu historii.


***

Media jako takie mają znaczenie i wielką siłę we współczesnym świecie oraz realiach społeczeństwa obywatelskiego. Ich powinnością w przyszłości nadal będzie dostarczanie ludziom informacji, ale powinny też edukować swoich odbiorców. Mogą jednocześnie nadzorować poczynania władz i oferować rozrywkę, ale powinny też kreować światopoglądy, tropić nadużycia urzędników oraz śledzić mankamenty obowiązującego systemu prawnego. Nieważne jakimi kanałami będą to robić, ważne, by były skuteczne. I wtedy gdy docierają do odbiorcy drukując gazetę, i gdy oferują bezpłatny, i płatny serwis www oraz gdy przygotowują informacje do wydań tabletowych czy na smartfona. Media mają sens tylko wtedy gdy są filarem demokracji.

Paweł Nowacki

***
Uwaga. To pierwsza publikacja, zaktualizowanej i skróconej wersji, eseju napisanego w grudniu 2013 roku.

niedziela, 12 lipca 2015

Cyfrowa lekcja biznesu nie tylko dla wydawców


Jeszcze 10 czy 15 lat temu nie wyobrażałem sobie wyjazdu na wakacje bez zabrania ze sobą dwóch rzeczy: aparatu fotograficznego (kiedyś analogowego) i kaset a potem płyt CD. Dziś jedno i drugie mam, jak miliony innych internautów, w... smartfonie. I aparat, i subskrypcje muzyczną. Na zdjęciu jakie wykonałem smartfonem we Florencji 2 lata temu grupa japońskich turystów, w charakterystycznej dla siebie sytuacji, przed katedrą Santa Maria del Fiore. Niewiele widać aparatów fotograficznych, za to niemal wszyscy unoszą smartfony... Symptomatyczne.

Rozwój nowych technologii i usług zabija zwykle stare modele biznesowe. To naturalny proces. Sztuka w tym, by uchwycić moment i „załapać się“ na prąd zmian. Niewielu pamięta, że to właśnie Kodak pierwszy posiadał aparat z cyfrową rejestracją zdjęć, ale nie docenił rozwoju tej technologii i kilka lat później został ze swoim kliszowym biznesem na lodzie. Smartfony z coraz lepszymi możliwościami robienia zdjęć zabijają aparaty fotograficzne. Płyta CD wciąż jeszcze żyje, ale po Spotify przyszedł już czas na Apple Music i Google Play Music. Więc jadąc na wakacje nachodzi mnie myśl: po co zabierać ze sobą stos płyt...

Apple, Google i Facebook konkurujące ze sobą tworzą kompletne ekosystemy produktów i usług. To w nich użytkownik ma zaspokoić wszystkie potrzeby. To po jego upodobaniach i zachowaniach oferowane mu będą coraz precyzyjniej dopasowane reklamy. A my zostawiając cyfrowe ślady (dane) w różnych produktach stworzymy tym samym w internecie miejsce (ekosystem) atrakcyjne dla reklamodawców.

Warto już dziś szukać odpowiedzi na pytanie: gdzie w tym będzie za 5 czy 10 lat miejsce dla wydawców, dla podmiotów tworzących treść? Facebook oferuje Facebook Instant, a Google systematycznie zdobywa kolejne przyczółki na polu tworzenia contentu, np. w YouTube, czyli treści tworzone przez samych użytkowników. Nie cieszy mnie obietnica Facebooka, że uczciwie podzieli się zyskami z reklam, raczej martwi, że wchodząc w taki program wydawca uczy użytkownika serwisu społecznościowego, że nie musi zaglądać na stronę danego brandu. Wkrótce może w ogóle przestać trafiać do stron podmiotów tworzących treść (może to jest mniej ryzykowne jest dla dużych marek typu NYT, Guardian czy CNN) i ruch na stronie zmniejszy się. A nowe pokolenie internautów nie będzie mieć potrzeby docierania np. do strony jakiejś gazety, portalu...

Użytkownik takiego ekosystemu nie będzie się zastanawiał się, wychodził, szukał. Treść poda mu Facebook. Czyż wielu internautów będzie się zastanawiać gdzie ona powstała, kto jest jej właścicielem, czy istnieje jakaś redakcja? Może to Facebook czy Google jest redakcją? Jestem w stanie sobie wyobrazić cyfrowy świat zdominowany przez wielkie systemy mielące użytkownika i treści, obojętne własne czy cudze. Ze znikomą, coraz mniejszą rolą tych, którzy ponoszą koszty tworzenia treści – wydawców. A może wkrótce na konferencja prasowych, eventach sportowych, w miejscach wielkich wydarzeń zobaczymy dziennikarzy z logo Google, Facebooka, czy nawet Apple?

Wydawcy, rozumiani nie li tylko jako wydawcy prasowi, są zdeterminowani, by zarabiać więcej na aktywności cyfrowej. Problemem dla nich nawet nie jest to, że spadają nakłady gazet, a raczej to, że budżety reklamowe przesuwają się coraz szybciej do internetu. A tam model biznesowy oparty jest bardziej na monetyzacji zasięgu niż sprzedaży dostępu do treści. Prasa i pewnie też telewizja (rozumiana tutaj jako nadawca linearnie nadawanych programów) zmierzą się z nowym sposobem konsumpcji treści. I rolą oraz miejscem jakie oferuje im ten kto posiada ów zasięg. I dyktuje warunki.

Podczas ostatniej konferencji INMA w Helsinkach przedstawiciel fińskiego wydawnictwa Sanoma mówił, że ich prawdziwym przeciwnikiem są "duże misie" – big boy (Facebook i Netflix). Pozostawiając z boku wielkie słowa o misji, o dziennikarskich powinnościach warto chwilę zastanowić się jak sprawić, by wydawców nie czekał los aparatów fotograficznych i płyty CD. One nadal są na rynku, może i nawet uznawane za produkty oraz usługi jakościowe. Zaspokajają potrzeby użytkownika, ale masowy odbiorca ich unikalnej kiedyś wartości (robienie zdjęć, słuchanie muzyki) jest gdzie indziej bo w smartfonie. W systemie usług i konsumpcji treści u dużego gracza.

Za progiem czyha już podmiot, który potrzebę użytkownika bycia poinformowanym potrafi zaspokoić. Może dziś jest to treść cudza, może nawet nie jest jakościowa, może podmioty te nie potrafią wytwarzać jeszcze wiarygodnej własnej treści. Może... Jednak ogólnoświatowi gracze ze swoimi zasięgami, jednocześnie systematycznie uzależniając wydawców od swych ekosystemów (wydawcy chcą mieć ruch płacą za Adwords, czy kampanie na Facebooku) potrafią dać reklamodawcy najwyższą wartość: dotarcie do usera.

***
PS Nie znam odpowiedzi na stawiane w felietonie pytania. Ale któż nie chciał by ich znać :)

środa, 1 stycznia 2014

Pytania na 2014 rok. Pora na powrót do dziennikarskich wartości?


- Myślimy cały czas o tych, którzy chcą płacić za nasz serwis, a nie o tych co i tak nie zapłacą - mówił Romanus Otte, z Die Welt Online, Axel Springer, podczas październikowej konferencji INMA.org w Berlinie. W ten sposób odpowiedział na pytanie o ewentualne omijanie przez internautów wprowadzonych zabezpieczeń paywallowych przy dostępie do wersji premium serwisu Welt.de.
 
W ogóle w Berlinie padło wiele słów pełnych nadziei kierowanych pod adresem wszelkich rozwiązań i modeli biznesowych zmierzających do tego, by pobierać od internautów opłaty za dostęp do treści. -  Chcemy pieniędzy za naszą pracę - to zdanie, które trzeba odważnie powiedzieć internautom, a wygląda na to, że stanowią klucz do sukcesu w 2014 i latach następnych. Oczywiście trzeba pamiętać, że w świecie online przychody warto budować na różnych polach i realizując różne modele biznesowe. Ci, którzy taką komunikację z internautami rozpoczęli zbierają pierwsze doświadczenia. Mają je za sobą wydawcy na rozwiniętych rynkach starej Europy. Le Monde, Ekstrabladet.dk, Die Welt i wiele innych marek printowych - wszyscy inwestują w różnego typu paywalle i liczą na systematyczny wzrost przychodów.

Z jakimi efektami? Przedstawicielka Le Monde przyznawała, że po wdrożeniu modelu freemium pojawiło się wielu nowych subskrybentów - tym razem cyfrowej wersji. Są młodsi o ok. 12 lat od nabywców gazety w wersji drukowanej, 80% z nich to mężczyźni, aż 70% korzysta z tabletów, no i większość ma wysokie dochody. Czy to naprawdę taka zła wiadomość dla prasy coraz aktywniejszej w świecie cyfrowym? A Die Welt? Niemiecki dziennik pozyskał 47 tys. nowych abonentów w wersji cyfrowej.

Gdy mowa o tzw. tradycyjnych wydawcach powinno używać się nie określenia typu "treść", czy "content", a dziennikarskie informacje, wywiady, reportaże, itd. To twórczość dziennikarska odróżnia te modele od displayowej monetyzacji pełnej billboardów coraz rzadziej klikanych przez internautów. W numerze 6 kwartalnika „Nowe Media“ Alan D. Mutter - amerykański strateg medialny - używa terminu komodytyzacja (rozcieńczanie dziennikarstwa!), czyli utowarowienia informacji w sieci na określenie zjawiska powszechnej nadpodaży treści. Jest natychmiast. Wszędzie. Za darmo. Bezpłatna treść uzależnia odbiorcę. To nic, że treść jest coraz niższej jakości, ale internauta, który sam stał się współproducentem treści - smartfony zabijają branżę fotograficzną - zadowala się samym faktem dostępu do treści, a nie jej jakością.



Klikalność i presja na PV, tak jak i na cytowalność przysłoniła na jakiś czas wydawcom istotę problemu, że najważniejszy jest odbiorca, który świadomie nabywa dany produkt. I nie ma znaczenia, czy jest on drukowany, czy cyfrowy, na smartfona czy na tablet. Ruszyli śladem cyfrowych graczy, którzy do perfekcji opanowali optymalizację kosztów i dlatego oferują darmową treść. Potrafią nią bawić (triumf infotainmentu nad informacją) i przez chwilę wydawało się, że naśladując to zachowanie zasypią przychody utracone przy spadających nakładach wydań printowych. Reguły gry świata online odbiły się na jakości podstawowego produktu wydawców, bo szukając obniżki kosztów, rezygnując z dziennikarzy w ich miejsce zatrudniając media workerów gwałtownie obniżyli wartość i jakość produktu. Zapominając trochę o dotychczasowych klientach. Błąd, który dowodzi, że przybieranie cudzych szat w cyfrowym świecie nie musi oznaczać sukcesu.

Bo pozornie tylko w internecie walka toczy się o słupki PV, czy o ekonomię uwagi. We wspomnianym numerze “Nowych Mediów”, prof. Jeff Jarvis używa tego określenia. W zasadzie jest ona walką wszystkich ze wszystkimi o przyciągnięcie internauty do danej witryny. Tymczasem na dłuższą metę dla wydawcy i reklamodawców ważniejsze, cenniejsze okazuje się angażowanie odbiorcy, poznanie jego potrzeb i odpowiadanie na nie. Stąd gwałtownie rośnie potrzeba poszukiwania dobrych odpowiedzi na trudne pytania.
  
Czy kosztowne w produkcji treści dziennikarskie są “wystarczająco dobre”
do świata zdominowanego przez kliki? 
Czy dziennikarze i wydawcy koniecznie muszą w świecie cyfrowym walczyć
o odsłony czy czas przebywania internauty na stronie? 

Największą wartością jaką dysponują wydawcy są przecież dziennikarze, ich reputacja i renoma oraz zaufanie do samego brandu. W świecie cyfrowym dziennikarze świadczą usługi i tak naprawdę nie zajmują się informowaniem odbiorców o tym co się zdarzyło, ale raczej wyjaśnianiem świata, interpretowaniem zdarzeń. O tym, że coś się zdarzyło internauta może dowiedzieć z tv, radia, dowolnej strony informacyjnej w sieci. Nie minie chwila od zdarzenia a za sprawą Twittera, FB, agregatora treści w internecie będzie o tym wiedział każdy. I w wielu wypadkach powie mu o tym nie dziennikarz. Ale już usystematyzowanie wiedzy o zdarzeniu, komentarz, wyjaśnienie i potwierdzenie faktów z wypowiedziami świadków czy ekspertów – to już zadanie dla dziennikarzy. I nawet nie chcę wspominać tych wpadek, gdy ścigając się  na newsy media ośmieszają się publikując niesprawdzone treści – np. cytując fałszywe konta na Twitterze.

Terminu delinearyzacja, który znalazłem w książce francuskiego dziennikarza Bernarda Pouleta „Śmierć gazet, przyszłość informacji“ (wyd. Czarne, 2007 r.) używam na spotkaniach z dziennikarzami i w swoich prezentacjach. To zjawisko gdy internauta wybiera treści, które chce konsumować samodzielnie (znajduje ją korzystając z wyszukiwarki Google), albo z pomocą znajomych (linki znajomych Facebook, Twitter). Globalni gracze zza oceanu to obecnie największe bramki przez jakie internauci trafiają do sieci, a jednocześnie dostarczyciele ruchu na strony wydawców. Delinearyzacja, czyli brak pierwszej strony dla milionów internautów, od której zaczynają kosnumpcję treści to zła wiadomość dla producentów jakościowej, wartościowych materiałów. W tak ustawionej grze każdy arykuł w sieci żyje własnym życiem dzięki własnym zaletom (SEO), a jego wartość polega na zdolności pozyskania internautów, a zatem i reklamodawców. Pytanie tylko czy najlepsze artykuły to te, które przyciągają najwięcej czytelników/internautów, czy może jednak te, których temat przyciągnie najdroższe reklamy?

Dziennikarze obecni w social mediach pracują dziś nie tylko na rzecz marki/brandu, który ich zatrudnia. Budują zaufanie do niej, a jednocześnie sami stają się - jak nazwał to kiedyś Eryk Mistewicz - informacyjnymi siri. Są wartością, którą wydawcy muszą pielęgnować i rozwijać. Im większa wiarygodność informacyjnego siri tym wartościowszy internauta na stronie. Tym ich więcej, tym marka szybciej zbuduje swoją cyfrową pozycję?

Skoro mowa o marce i jakościowym contencie? Czy polskim internautom przyjdzie do głowy, by wierzyć we wszystko co czytają na stronach Onet, Wp, Interia? Portale od lat uczą odbiorców, że są agregatorami treści wytworzonej przez innych i najlepiej uprawiają komodytyzację. “Produkują” content najtaniej jak się da dostosowując koszty produkcji do kosztów pozyskiwania ruchu. 

Czy internauci mogą być gotowi płacić za dostęp do takich treści? Raczej nie, tymczasem w 2012 roku mniejsze, dużo mniejsze niż się wszyscy spodziewali, protesty internautów wzbudziło wdrożenie paywalla przez Piano Media na ponad 40 serwisach internetowych należących do 6 dużych grup medialnych. System pobierania opłat za dostęp do części materiałów zaoferowały marki, które są nadal - przynajmniej dla niektórych - synonimem wartości, jakości, wiarygodnych brandów. Czy dlatego, że oferowały materiały dziennikarskie a nie kiepskiej jakości, powszechnie dostępny content?

Rok 2014, a pewnie i kolejne lata zapowiadają się jako czas jeszcze intensywniejszego powrotu do źródeł, czyli do dziennikarstwa, które w oceanie bezpłatnej treści w sieci jest wyróżnikiem wydawców zatrudniających dziennikarzy. Pytań na które brak dobrych odpowiedzi tylko przybywa.

Zobaczymy…