Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WP. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 kwietnia 2015

Skuteczna internetowa ofensywa wydawców prasy

Ostatnie wyniki PBI/Megapanelu ze stycznia 2015 stały się inspiracją do wpisu mającego zaprzeczyć powszechnej jeszcze ciągle opinii, że wydawcy nie radzą sobie w internecie. Nadal można usłyszeć opinie fachowców (i pseudofachowców), że prasa skazana jest na powolną śmierć, a postępowanie wydawców w świecie cyfrowym - łagodnie mówiąc - jest bojaźliwe, mało skuteczne a decyzje nie przystają do potrzeb internautów.

Te krytyczne głosy coraz bardziej mnie drażnią bo są oderwane od faktów. Przyjrzałem się zestawieniu 20. największych podmiotów w polskim internecie ze stycznia 2015 r. Aż 5 podmiotów to gracze światowi: Google, Facebook, YouTube, MSN i Wikipedia. Ale aż 7 to spółki należące do wydawców prasowych, część z nich doszła do tego miejsca rozwijając się generycznie przez ostatnich kilka lat, inne po prostu kupując internetowe podmioty. A zatem na miejscu 5. Onet to dziś własność spółki Ringier Axel Springer Polska, 7. Interia od kilku lat należy do Bauera, 8. Agora, czyli Gazeta.pl, 10. Polska Presse Group, czyli połączone zasięgi dawnej Polskapresse i Mediów Regionalnych, 12. To ZPR Media czyli Murator i Se.pl, 17. Edipresse a 18. Grupa Gazetaprawna.pl, czyli połączony zasięg Infor Biznesu i Infor.pl.


Postęp jaki jest udziałem wydawców najlepiej widać gdy porównamy pierwszą 20. z tego roku i sięgniemy do statystyk sprzed 10 lat. W styczniu 2005 roku pierwsza 20. wyglądała zupełnie inaczej – patrz screen. Wśród największych podmiotów na 9. miejscu był jedyny wydawca Agora, czyli grupa Gazeta.pl z zasięgiem 32,7 % (teraz 53,6 %). Interię Bauer kupił dopiero 1,5 roku później, czyli pod koniec 2007 r. Za to znajdujemy w pierwszej 20. zestawieniu Gadu Gadu, Wapster.pl, Idg.pl i Gery.pl. Obserwując kolejne lata łatwo zauważyć, że po wielu spółkach internetowych i ich mocarstwowych zamiarach pozostało jedynie wspomnienie. Gdzie dziś jest Pino.pl w 01.2007 r. zajmujące 12 miejsce i mające zasięg 25,2 %, a w 01.2008 miejsce 16. i zasięg 20,34 %? Gdzie jest dziś z Fotka.pl – 01.2009 zasięg 22,04 %, albo z PF.pl i Pkt.pl odpowiednio 14. – 20,64 % i 15. – 20,50 % w styczniu 2009 roku.

Oddzielnie warto oceniać pozycję i miejsce trzech najstarszych i największych portali. Gdzie byłyby gdyby nie proces fuzji i przejęć w ostatnich miesiącach. Niegdyś byli inni duzi gracze notowani w pierwszej dwudziestce, jak Money.pl jest dziś częścią Wp.pl a ta wcześniej połączyła się swój zasięg z o2.pl, z kolei słabnąca NK „rozpłynęła się“ przecież w grupie Onet-RASP. Onet-RASP bez serwisów i ich zasięgów jakie zbudował przez kilka lat wydawca prasy (Fakt, Newsweek, Przegląd Sportowy) też nie byłby dziś graczem z ponad 70 % zasięgiem. Porównajmy także zasięg samych portali (bez zaagregowanych innych domen) i największego dziś serwisu gazety w Polsce, czyli Fakt.pl. Otóż Onet i Wp mają tylko ok. 28 - 29 % zasięgu, Fakt.pl już 19,44 % – dane za grudzień 2014 roku. Co będzie za rok albo dwa?

Jeszcze ciekawiej rzecz wygląda, gdy przyjrzeć się tylko kategorii Informacje i Publicystyka - screen. Jest ona dziś całkowicie zdominowana przez podmioty posiadające dużo treści. Wystarczyło kilka lat, by na czele były grupy i serwisy z zapleczem wydawniczym, telewizyjnym czy radiowym; nie dziwi także pozycja Natemat.pl – obojętnie jak oceniać serwis to przecież także twórca treści. Owszem ciągle wysoko są Wp, Interia, ale wiadomo, że Onet-RASP nie byłby liderem bez serwisów gazetowych. Wspomniany Fakt.pl jeszcze kilka lat temu w zasadzie nie istniał w sieci. Podobnie jak SE.pl – należący do ZPR Media. Na 2. miejscu jest dziś Polska Presse Group z zasięgiem 36,2 %, która jeszcze grudniu 2006 roku była reprezentowana w tej kategorii oddzielnie przez Naszemiasto.pl – 7,68 % i Wiadomosci24.pl – 2,91 % (miałem przyjemność zakładać i prowadzić ten ostatni serwis i dość szybko udało się mu zająć nawet 11 miejsce w tej kategorii z zasięgiem prawie 5 %). W owym czasie praktycznie nie istniały serwisy dzienników regionalnych Polskapresse, jak i Mediów Regionalnych, czyli dzisiejszych liderów zasięgu internetowego w niemal wszystkich województwach. Jako wieloletni pracownik Polskapresse i jego pionu internetowego mam prawo nawet twierdzić, że ogólnopolski projekt gazety Polska The Times opóźnił tylko szybką ekspansję w sieci wydawcy o jakieś dwa lata. Ale zostawmy to na ine dywagacje – dziś pierwsza 20. tej kategorii to przede wszystkim serwisy i grupy bazujące na własnym a nie agregowanym contencie.

Model prezentowany niegdyś przez Onet, Wp i Interię bowiem powoli staje się mało skuteczny. Aż chce się postawić tezę, że czas typowych portali agregujących treść kończy się. A dziś i Onet, i Wp wyraźnie podkreślają, że tworzą dużo własnej treści. Dowodzić tego ma projekt Autorzy w Onecie, czy silny nacisk na produkcję wideo w Wp. Nie dziwi, że ta grupa aktywnie pracuje nad przekonaniem rynku, że wchodząc na giełdę nie będzie wydmuszką oferującą tylko agregowane zewsząd treści (dobry ruch z Money.pl).

Zostawmy z boku same liczby. One tylko miały pokazać, że opinie o zapóźnieniu wydawców prasowych w internecie trzeba koniecznie i całkowicie zweryfikować. Wrażenie i opinie fachowców od „pure internetu“ pewnie się szybko nie zmienią bo wydawcy mają złą wiadomość dla internautów – kończy się epoka darmowej treści. Jeszcze trwa wzajemne przyglądanie się sobie, jeszcze panuje złudzenie, że wszystko będzie w sieci za damo, a paywalle zmniejszą oglądalność i internauci wybiorą darmowe zamienniki. Podtrzymuje to złudzenie także rosnąca rola Facebooka i Twittera, które dla wielu internautów stały się nową bramką do sieci. Już nie tylko Google, a kanały social mediowe są codzienną prasówką internautów. Wydawcy muszą być tam gdzie ich potencjalni odbiorcy stąd i ich aktywność tutaj, zobaczymy zresztą jak skończy się ta koegzystencja.

Pamiętajmy: tworzenie dobrej treści kosztuje. A model odsłonowy, czyli darmowa, agregowana treść to przede wszystkim wymuszanie kolejnych klików/odsłon. Powierzchni dla reklamodawców przybywa i będzie ona coraz tańsza. Ktoś kto szuka zasięgu kupuje odsłony bez kłopotu, wydając coraz mniej, a sam proces przeprowadzając coraz bardziej automatycznie.

Czy to będą paywalle, czy inne systemy nie wiem, ale jestem przekonany, że tak jak wydawcy nauczyli się już budować zasięg, tworzyć treść bezpłatną, dostępną tu i teraz będą coraz odważniej sięgać do kieszeni internautów. Agregujące treść portale są i będą za darmo, bo bezpłatna treść uzależnia internautów jak narkotyk. Stąd zasięgi nie będą jeszcze długo spadać, pytanie tylko - ważne dla reklamodawców - jaka jest jakość tego ruchu i samych internautów? Bo dość jasne jest, że kto będzie chciał informacji sprawdzonej, dobrej analizy, wywiadu, czy reportażu, opakowanej atrakcyjnie wizualnie infografiki musi się liczyć się z tym, że coraz częściej będzie musiał za nią płacić. Albo będzie skazany na medialną papkę niskiej jakości. To właściwie dość symboliczna gra słów. To pochodna od skrótu PAP - Polskiej Agencji Prasowej dostarczającej newsy do niemal każdego liczącego się gracza internetowego na rynku oraz od słowa oznaczającego przetrawioną, zaagregowaną papkę prostej, banalnej treści, która łatwo wchodzi do tępych głów.

W kilka lat wydawcy prasy z chłopca do bicia zmienili się w graczy dyktujących warunki w sieci. Ostatnio wydawca Puls Biznesu kupił Bankiera, czyli gracza internetowego. Nie odwrotnie. A to pewnie nie koniec tego typu posunięć wydawców...


***

W tekście używam danych m.in. ze strony http://panel.pbi.org.pl/megapanel.php wyrażonych w procentowym zasięgu a nie bezwzględnym - liczbowym. Internautów stale przybywa i rozsądnym kryterium porównawczym na przestrzeni 10 lat są dane zasięgowe. 

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Internet 2015? Dojrzały kanał, zaostrzająca się rywalizacja. Rosnąca rola wydawców i e-commerce


Pod koniec 2014 roku podsumowywałem miniony rok
i prognozowałem dla Wirtualnemedia.pl i Prasa.info.

Wypowiedź dla Prasa.info: Internet w Polsce stał się bardzo dojrzałym medium, ale skutecznych modeli biznesowych nie ma w nim aż tak wielu. To dlatego uważam, że 2015 r. będzie kolejnym okresem eksperymentów i to prowadzonych odważnie, często przez nowych graczy. Do takich, w tym kanale, wciąż będzie można zaliczyć u nas wydawców z działalnością prasową czy wielkich dystrybutorów FMCG.

Nowi gracze w natarciu

Będzie to kolejny rok poszukiwania skutecznych modeli biznesowych z rosnącą wszelkiego rodzaju prenumerat, abonamentów, subskrypcji a nie prostym "oglądaniu reklam". Za etap edukacji internautów w tym zakresie uznać trzeba będzie kolejne serwisy z ofertą VOD, powstające jeszcze przed spodziewanym w 2015 r. wejściem do Polski Netflixa. Skoro na wyspach brytyjskich Tesco może być właścicielem serwisu VOD (Blinkbox) to czemu i u nas wielkie sieci handlowe (Biedronka, Tesco, czy Lidl) nie mogą stworzyć własnych kanałów czy kupić udziały w już istniejącym biznesie? Podtrzymuje swoją prognozę we wpisie na blogu z marca tego - niepostrzeżenie utworzą się u nas „dwa internety”: darmowy – popularny i niskiej jakości, jakościowy – płatny. W 2015 r. poszerzy się grono właścicieli serwisów szukając równowagi po stronie koszów i przychodów, którzy łaskawszym okiem spoglądać będą na inny niż odsłonowo-reklamowy model biznesowy.

Dojrzały mobile

Szumnie odtrąbiony już wielokrotnie „rok mobile“ mamy chyba za sobą. Mobile przejdzie w fazę dojrzałą, kto ma zrobić wersję serwisu w RWD ten będzie to robił, ale przyszedł już czas walki o lepszą ofertę, dobrze dopasowany kontent do layoutu i odwrotnie. Użytkownicy smartfonów masowo już korzystają w internetu w komórkach i coraz częściej zaczną wybierać  najlepiej dostosowane do tej wielkości ekranu witryny. Skończy się czas byle jakich wersji mobilnych, a kto się nie dostosuje poniesie straty. Jeszcze ważniejsze okażą się nowe formaty reklamowe, tu spodziewam się roku odważnych eksperymentów.

Video

Mobilny streaming video to chyba przyszłość konsumpcji tego typu treści. W 2015 r. gdy mowa o mobilnym video walka rozegra się między graczami posiadającymi kontent video (telewizje), a podmiotami posiadającymi zasięg  mobilny(portale, operatorzy komórkowi). Już kilka lat temu w Korei Południowej widziałem na ulicy młodych ludzi oglądających w komórce seriale video. Tak jak i mobile, tak i i video będzie u nas adresowane głównie do nowej generacji konsumentów – pokolenia przyzwyczajonego do konsumpcji treści wizualnych w dowolnym czasie i miejscu.

Fuzje i połączenia, kupowanie startupów

Netflix, Amazon – owszem o tym się mówi i pewnie się zadzieje. Ale firmy polskie, od dawna obecne na rynku, szukać będą synergii, będą też łączyć siły, by osiągać cele biznesowe. Dojdzie do przejęć. Dojrzały już rynek startupów, po trudnych ostatnich 3, 4 latach, stanie się dla wielu dużych firm atrakcyjnym sposobem zdobywania przewagi konkurencyjnej. A jeszcze klasyczne firmy retailowe wejdą mocniej w e-commerce. Słowem może być gorąco. Reklama w internecie rośnie szybciej niż w innych mediach – będziemy świadkami zaostrzającej się konkurencji w wymienionych segmentach rynku internetowego.

Dziennikarstwo

Najważniejszą wartością dla wydawcy będą dziennikarze, a zwłaszcza ich umiejętności, reputacja i renoma oraz zaufanie internautów do brandu. Dziennikarze w świecie online świadczą usługi i tak naprawdę nie zajmują się informowaniem odbiorców o tym co się zdarzyło, ale raczej wyjaśnianiem świata, interpretowaniem zdarzeń. O tym, że coś się stało internauci zwykle wiedzą - za sprawą Twittera, FB, czy agregatora treści. Rośnie znaczenie i umiejętność segregowania treści, analizowania, wyjaśniania, usystematyzowanie wiedzy o zdarzeniu. W świecie nadprodukcji informacji dobry, komentarz, wyjaśnienie i potwierdzenie faktów z wypowiedziami świadków czy ekspertów to jest coś za co w 2015 r. internauta chętniej - niż za newsy - zapłaci.

I fragmenty dla Wirtualne Media

Wydarzenie roku

Walka na śmierć i życie Onetu i WP o miano lidera polskiego internetu. Oba portale intensywnie powiększają bazę serwisów i podmiotów zależnych, by występować w roli lidera rynku wobec reklamodawców. Bo wielu uważa, iż lider zawsze otrzymuje dodatkową premię od rynku zabierając najdroższe kampanie. Czyżby? Ostatni ruch Onetu, czyli przejęcie NK (dawniej Nasza-Klasa) oraz kupno przez WP grupy Money.pl pokazuje, że wciąż nie zadano w tym pojedynku decydującego ciosu. A zatem w 2015 czekają nas chyba kolejne zaskakujące fuzje i przejęcia. Kto następny?

Sukces roku

Udany rebranding serwisu Tablica w OLX. Witryna już po kilku miesiącach funkcjonowania pod nową nazwą osiągnęła podobną popularność jak przed rebrandingiem. To był bardzo ryzykowny ruch wobec serwisu, który szybko zadomowił się w pamięci internautów (m.in. dzięki udanej kampanii telewizyjnej), spektakularnie zdobył wielki zasięg i ugruntował swoją obecność w kategorii bezpłatnych ogłoszeń. Co więcej już teraz jako OLX narzuca nowe standardy wprowadzając opłaty za niektóre ogłoszenia.

Porażka roku

„Uśmiercenie” przez Fakt.pl generała Wojciecha Jaruzelskiego. Absurdalny wyścig niektórych serwisów w pozycjonowaniu się na popularne frazy, czyli działaniach SEO-redakcyjnych (pisanie tekstów pod potencjalne zainteresowanie internautów), skończył się spektakularną wpadką Fakt.pl polegającą na publikacji niesprawdzonej informacji. Opublikowano przygotowany wcześniej materiał, zresztą tuż po tym gdy zaufano doniesieniom współpracujących z prasowym tytułem paparazzich. Część serwisów też zaliczyła wpadkę, zbyt szybko publikując przygotowane od dawna teksty. Kolejny dowód na to, że gdy się chce dbać o markę to w internecie obowiązują takie same zasady dziennikarskie jak i w innych kanałach - sprawdza się newsy!

Człowiek roku

Sylwester Wardęga. Słynny klip tego youtubera zdobył globalną popularność, dzięki czemu w trzy dni zanotował ponad 53 mln, a potem szybko przekroczył 100 mln. Wciąż robi wrażenie nie tylko skala popularności czy sama rozrywkowa treść, ale fakt, że Wardęga zdobył widzów poza Polską ("pomaga mu w tym" zrozumiały język wideo). A na internetowych społecznościach także fakt, że Wardęga ze swojej twórczości publikowanej na YouTubie mógł uczynić stałe źródło utrzymania. Wzbudził tym pewnie zazdrość wielu blogerów i vlogerów, jednocześnie dopingując ich do intensywniejszej pracy.

Trend roku

Koncern Google systematycznie stający się wrogiem publicznym numer 1 w Europie. A to przeforsowano prawo do bycia zapomnianym w wyszukiwarce, a to przyspieszyły prace w Parlamencie Europejskim zmierzające do zmniejszenia monopolistycznej pozycji Google, a to umacniał się wspólny front wydawców w różnych krajach (m.in. spór wydawców w Niemczech o obecność ich linków w wynikach wyszukiwania) - to tylko przejawy rosnącego trendu. W Polsce amerykańska wyszukiwarka ma wyjątkowo silną pozycję, a wiele podmiotów internetowych z różnych branż jest od niej wręcz uzależnionych. Dlatego niektórzy (np. Grupa Nokaut) już boleśnie przekonują się o tym, że Google to już nie tylko wyszukiwarka, ale dziesiątki własnych produktów, agresywnie w niej promowanych.

środa, 1 stycznia 2014

Pytania na 2014 rok. Pora na powrót do dziennikarskich wartości?


- Myślimy cały czas o tych, którzy chcą płacić za nasz serwis, a nie o tych co i tak nie zapłacą - mówił Romanus Otte, z Die Welt Online, Axel Springer, podczas październikowej konferencji INMA.org w Berlinie. W ten sposób odpowiedział na pytanie o ewentualne omijanie przez internautów wprowadzonych zabezpieczeń paywallowych przy dostępie do wersji premium serwisu Welt.de.
 
W ogóle w Berlinie padło wiele słów pełnych nadziei kierowanych pod adresem wszelkich rozwiązań i modeli biznesowych zmierzających do tego, by pobierać od internautów opłaty za dostęp do treści. -  Chcemy pieniędzy za naszą pracę - to zdanie, które trzeba odważnie powiedzieć internautom, a wygląda na to, że stanowią klucz do sukcesu w 2014 i latach następnych. Oczywiście trzeba pamiętać, że w świecie online przychody warto budować na różnych polach i realizując różne modele biznesowe. Ci, którzy taką komunikację z internautami rozpoczęli zbierają pierwsze doświadczenia. Mają je za sobą wydawcy na rozwiniętych rynkach starej Europy. Le Monde, Ekstrabladet.dk, Die Welt i wiele innych marek printowych - wszyscy inwestują w różnego typu paywalle i liczą na systematyczny wzrost przychodów.

Z jakimi efektami? Przedstawicielka Le Monde przyznawała, że po wdrożeniu modelu freemium pojawiło się wielu nowych subskrybentów - tym razem cyfrowej wersji. Są młodsi o ok. 12 lat od nabywców gazety w wersji drukowanej, 80% z nich to mężczyźni, aż 70% korzysta z tabletów, no i większość ma wysokie dochody. Czy to naprawdę taka zła wiadomość dla prasy coraz aktywniejszej w świecie cyfrowym? A Die Welt? Niemiecki dziennik pozyskał 47 tys. nowych abonentów w wersji cyfrowej.

Gdy mowa o tzw. tradycyjnych wydawcach powinno używać się nie określenia typu "treść", czy "content", a dziennikarskie informacje, wywiady, reportaże, itd. To twórczość dziennikarska odróżnia te modele od displayowej monetyzacji pełnej billboardów coraz rzadziej klikanych przez internautów. W numerze 6 kwartalnika „Nowe Media“ Alan D. Mutter - amerykański strateg medialny - używa terminu komodytyzacja (rozcieńczanie dziennikarstwa!), czyli utowarowienia informacji w sieci na określenie zjawiska powszechnej nadpodaży treści. Jest natychmiast. Wszędzie. Za darmo. Bezpłatna treść uzależnia odbiorcę. To nic, że treść jest coraz niższej jakości, ale internauta, który sam stał się współproducentem treści - smartfony zabijają branżę fotograficzną - zadowala się samym faktem dostępu do treści, a nie jej jakością.



Klikalność i presja na PV, tak jak i na cytowalność przysłoniła na jakiś czas wydawcom istotę problemu, że najważniejszy jest odbiorca, który świadomie nabywa dany produkt. I nie ma znaczenia, czy jest on drukowany, czy cyfrowy, na smartfona czy na tablet. Ruszyli śladem cyfrowych graczy, którzy do perfekcji opanowali optymalizację kosztów i dlatego oferują darmową treść. Potrafią nią bawić (triumf infotainmentu nad informacją) i przez chwilę wydawało się, że naśladując to zachowanie zasypią przychody utracone przy spadających nakładach wydań printowych. Reguły gry świata online odbiły się na jakości podstawowego produktu wydawców, bo szukając obniżki kosztów, rezygnując z dziennikarzy w ich miejsce zatrudniając media workerów gwałtownie obniżyli wartość i jakość produktu. Zapominając trochę o dotychczasowych klientach. Błąd, który dowodzi, że przybieranie cudzych szat w cyfrowym świecie nie musi oznaczać sukcesu.

Bo pozornie tylko w internecie walka toczy się o słupki PV, czy o ekonomię uwagi. We wspomnianym numerze “Nowych Mediów”, prof. Jeff Jarvis używa tego określenia. W zasadzie jest ona walką wszystkich ze wszystkimi o przyciągnięcie internauty do danej witryny. Tymczasem na dłuższą metę dla wydawcy i reklamodawców ważniejsze, cenniejsze okazuje się angażowanie odbiorcy, poznanie jego potrzeb i odpowiadanie na nie. Stąd gwałtownie rośnie potrzeba poszukiwania dobrych odpowiedzi na trudne pytania.
  
Czy kosztowne w produkcji treści dziennikarskie są “wystarczająco dobre”
do świata zdominowanego przez kliki? 
Czy dziennikarze i wydawcy koniecznie muszą w świecie cyfrowym walczyć
o odsłony czy czas przebywania internauty na stronie? 

Największą wartością jaką dysponują wydawcy są przecież dziennikarze, ich reputacja i renoma oraz zaufanie do samego brandu. W świecie cyfrowym dziennikarze świadczą usługi i tak naprawdę nie zajmują się informowaniem odbiorców o tym co się zdarzyło, ale raczej wyjaśnianiem świata, interpretowaniem zdarzeń. O tym, że coś się zdarzyło internauta może dowiedzieć z tv, radia, dowolnej strony informacyjnej w sieci. Nie minie chwila od zdarzenia a za sprawą Twittera, FB, agregatora treści w internecie będzie o tym wiedział każdy. I w wielu wypadkach powie mu o tym nie dziennikarz. Ale już usystematyzowanie wiedzy o zdarzeniu, komentarz, wyjaśnienie i potwierdzenie faktów z wypowiedziami świadków czy ekspertów – to już zadanie dla dziennikarzy. I nawet nie chcę wspominać tych wpadek, gdy ścigając się  na newsy media ośmieszają się publikując niesprawdzone treści – np. cytując fałszywe konta na Twitterze.

Terminu delinearyzacja, który znalazłem w książce francuskiego dziennikarza Bernarda Pouleta „Śmierć gazet, przyszłość informacji“ (wyd. Czarne, 2007 r.) używam na spotkaniach z dziennikarzami i w swoich prezentacjach. To zjawisko gdy internauta wybiera treści, które chce konsumować samodzielnie (znajduje ją korzystając z wyszukiwarki Google), albo z pomocą znajomych (linki znajomych Facebook, Twitter). Globalni gracze zza oceanu to obecnie największe bramki przez jakie internauci trafiają do sieci, a jednocześnie dostarczyciele ruchu na strony wydawców. Delinearyzacja, czyli brak pierwszej strony dla milionów internautów, od której zaczynają kosnumpcję treści to zła wiadomość dla producentów jakościowej, wartościowych materiałów. W tak ustawionej grze każdy arykuł w sieci żyje własnym życiem dzięki własnym zaletom (SEO), a jego wartość polega na zdolności pozyskania internautów, a zatem i reklamodawców. Pytanie tylko czy najlepsze artykuły to te, które przyciągają najwięcej czytelników/internautów, czy może jednak te, których temat przyciągnie najdroższe reklamy?

Dziennikarze obecni w social mediach pracują dziś nie tylko na rzecz marki/brandu, który ich zatrudnia. Budują zaufanie do niej, a jednocześnie sami stają się - jak nazwał to kiedyś Eryk Mistewicz - informacyjnymi siri. Są wartością, którą wydawcy muszą pielęgnować i rozwijać. Im większa wiarygodność informacyjnego siri tym wartościowszy internauta na stronie. Tym ich więcej, tym marka szybciej zbuduje swoją cyfrową pozycję?

Skoro mowa o marce i jakościowym contencie? Czy polskim internautom przyjdzie do głowy, by wierzyć we wszystko co czytają na stronach Onet, Wp, Interia? Portale od lat uczą odbiorców, że są agregatorami treści wytworzonej przez innych i najlepiej uprawiają komodytyzację. “Produkują” content najtaniej jak się da dostosowując koszty produkcji do kosztów pozyskiwania ruchu. 

Czy internauci mogą być gotowi płacić za dostęp do takich treści? Raczej nie, tymczasem w 2012 roku mniejsze, dużo mniejsze niż się wszyscy spodziewali, protesty internautów wzbudziło wdrożenie paywalla przez Piano Media na ponad 40 serwisach internetowych należących do 6 dużych grup medialnych. System pobierania opłat za dostęp do części materiałów zaoferowały marki, które są nadal - przynajmniej dla niektórych - synonimem wartości, jakości, wiarygodnych brandów. Czy dlatego, że oferowały materiały dziennikarskie a nie kiepskiej jakości, powszechnie dostępny content?

Rok 2014, a pewnie i kolejne lata zapowiadają się jako czas jeszcze intensywniejszego powrotu do źródeł, czyli do dziennikarstwa, które w oceanie bezpłatnej treści w sieci jest wyróżnikiem wydawców zatrudniających dziennikarzy. Pytań na które brak dobrych odpowiedzi tylko przybywa.

Zobaczymy…

poniedziałek, 14 października 2013

Agregacja, monetyzacja, subskrypcja, metric paywall. Znów o zarabianiu na treściach


Internetowi eksperci często i gęsto powtarzają, że wydawcy w internecie pozostają producentami treści, ale nie potrafią na nich wystarczająco dobrze zarabiać. Trzymajmy się tej tezy, gdy rozważamy problemy z monetyzacją treści w sieci i zbyt niskich przychodach rekompensujących nakłady poniesione na ich wyprodukowanie. Zacznijmy jednak od początków sieci w Polsce. Zawsze pojawiają się nazwy Wirtualna Polska i Onet - wciąż istniejące portale. Jaki był ich model biznesowy? Jacek Kawalec, jeden z założyciel WP.pl mówi, że portal na początku miał być agregatorem treści, a jego założyciele nie chcieli, by był medium jako takim. Artur Osiak wspomina jak w początkach istnienia Money.pl (tak wcześniej nazywał się Wirtualny Serwis Ekonomiczny), przepisywał notowania giełdowe i ceny walut z gazet. Obaj wspominają o tym w wywiadach udzielonych w książce „E-wangeliści. Ucz się od najlepszych twórców polskiego internetu“ wyd. Helion.

W drugiej połowie lat 90., gdy kształtował się model biznesowy w internecie, wydawcy prasy mieli się świetnie. Sprzedaż gazet była rewelacyjna - jeden dziennik regionalny potrafił sprzedawać codziennie więcej egzemplarzy niż dziś dziennik ogólnopolski. Pamiętam gdy jako sekretarz redakcji Dziennika Łodzkiego często wstrzymywałem przyjmowanie ogłoszeń bo nie mieściły się w zaplanowanej objętności gazety. Grubszej nie dało się wydrukować, a w punktach przyjęć ogłoszeń ludzie stali w kolejkach, by nadać swoje ogłoszenia. Ceny podnoszono, a klientów nie ubywało...

Internet? Niewielu wydawców, może poza ówczesną Rp.pl, interesowało się nim w drugiej połowie lat 90. (np. Gazeta.pl wystartowała dopiero w 2001 r.). Na początku tego tysiąclecia, po internetowej bańce w USA, wydawcy jeszcze bardziej uwierzyli, że sieć nie jest poważnym terenem budowanie przychodów. W tym czasie portale pracowicie budowały swój model biznesowy (agregacja treści, reklama displayowa) obficie czerpiąc z materiałów produkowanych przez gazety. Mógłbym ciągnąć opowieść, ale wszyscy ją znają. Jedni ogólnie, inni szczegóły, ale główną walutą internetową były i są odsłony. Obojętnie jak generowane, ale zależność była prosta: „jakiś“ content, internauta i jego uwaga skierowana na reklamę = pieniądze. Kompetencje biznesowe w internecie były po stronie podmiotów stricte onlinowych. Wydawcy wchodząc do gry kilka lat później przyjęli reguły obowiązujące w tym kanale. Na szczeście nie wszyscy i to się szybko zmienia.

Uzasadnione opinie „to print nadal utrzymuje internet“ szybciej odchodziłyby w przeszłość, gdyby odważniej i efektywniej eksperymentowano z modelami biznesowymi. Ostatnio szybko przybywa zwolenników pobierania opłat za dostęp do serwisu, choćby w modelu metric paywall. Metryczny paywall to często zapowiadany freemium gdzie część artykułów, strony główne i działów można obejrzeć za darmo. Dopiero po np. przeczytanym 20., czy 10. materiale pojawia się zachęta do rejestracji, a później opłaty. Model ten masowo wprowadzają serwisy amerykańskie, brytyjskie, m.in. na Słowacji wdraża spółka Piano Media. I to ze sporymi sukcesami jak dowiedziałem się nieoficjalnie.

Przypuszczenia, że znajdą się chętni na płacenia za dostęp do serwisu nie są całkowicie bezpodstawne. Do zważenia są zawsze utracone odsłony (a zatem i przychody) niewygenerowane przez internautów, którzy odejdą zrażeni wizją płacenia kontra ewentualne przychody z rejestrujących się użytkowników.

Najważniejsza jest precyzyjna analiza: kto może kupić ów dostęp? Amerykański strateg Greg Swanson z firmy konsultingowej ITZ w swojej prezentacji z 2012 roku dzieli internautów na 3 kategorie: przypadkowo odwiedzających serwis (Fly-by audience), przypadkowo lojalnych (Incidental Loyalists) oraz lojalnych internautów (Core Loyalists – nazwijmy ich hard userami).

Rozkład ruchu w przykładzie analizowanym dla jednego z serwisów lokalnych w USA (screeny), pokazuje, że aż 47 % wizyt generowali przypadkowi internauci, 35 % „incydentalnie wierni“, a zaledwie 18 % hard userzy. Jak widać na kolejnym screenie zdecydowanie odmiennie wyglądają proporcje gdy mówimy o odsłonach. Za 90 % odsłon w omawianym w przykładzie odpowiadają hard userzy. Innymi słowy najwięcej pieniędzy z reklam ów serwis zarabia na wiernych użytkownikach.

Dlaczego zatem nie próbować zmienić modelu reklamowego z displayowego w subskrypcyjny? Zagrożeń jest kilka. Specjaliści z biura reklamy mówią: - Spadną nam odsłony – nie zarobimy! Redaktorzy: - Internauci przestaną odwiedzać nas serwis, bo gdy znajdą zamkniętą treść wybiorą bezpłatną konkurencję, nawet z gorszej jakości contentem. Wszystko to prawda, tylko że problem z pobieraniem opłat za dostęp do treści zawsze polega na precyzyjnym określeniu wartości dla najbardziej zaangażowanych użytkowników. To trochę opowieść jak ze sprzedażą gazety. Wielu potencjalnych klientów widzi ją w kiosku, czasem ogląda okładkę, a nawet czyta 1 materiał, ale odkłada na półkę. Inni czasem kupują gazetę – stąd wydawca zawsze drukuje więcej egzemplarzy (ponosząc straty), by w punktach dystrybucji zawsze była. No i prenumeratorzy - ci nie dość, że wierni to bardzo precyzyjnie mierzalni (druk, prenumerata, itd.).





W internecie coraz bardziej chodzi o dokładne analizowanie tego co czytają odbiorcy. Hard userzy, czyli użytkownicy wierzący w markę, chcąc pozostawać w kontakcie z treścią, tytułem, autorami powracają codziennie. To oni – w omawianym wypadku metrycznego paywalla i liczby 18 % - zobaczą zachętę do rejestracji po 10. czy 20. artykule w miesiącu, a w konsekwencji zachętę do płacenia za treść. Oczywiście jeśli proces wdrażania metrycznego paywalla nie będzie prowadzony wystarczająco ostrożnie istnieje zagrożenie, że drastycznie spadnie oglądalność. Jak dowiedziałem się nieoficjalnie na Słowacji coś takiego się zdarzyło w jednym z serwisów obecnych w systemie Piano Media. Związani z serwisem hard użytkownicy odejdą „zabierając“ ze sobą odsłony i przychody serwisu.

Oczywiście model metryczny nie jest jedyny, nie jest remedium na problem generowania odpowiedniej skali przychodów z działalności online. Opiera się jednak na takim podejściu do treści, gdzie więcej uwagi przywiązuje się do badania oczekiwań czytelników/internautów, analizowaniu efektywności, niż jedynie prostym monetyzowaniu przypadkowych klientów. Dla mnie metric paywall to trochę jak wybór: czy lepiej robić dobry serwis dla 100 wiernych użytkowników i zarabiać na nich 1000 zł, czy lepiej produkt dla 1000 przypadkowych odbiorców i zarabiać na nich 100 zł?