Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UE. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 lutego 2015

Obama grozi palcem UE, a Google chce płacić Twitterowi


6 dni temu amerykański prezydent Barack Obama klarownie stwierdził: - Światowa sieć www należy do nas. To nasze firmy go stworzyły, rozwinęły i udoskonaliły. Mówił o tym w wywiadzie dla serwisu technologicznego Re/code. Skrytykował tym samym legislatorów z Komisji Europejskiej za tworzenie prawa, które ma powstrzymać ekspansję Google.

Słowa Baracka Obamy oczywiście spotkały się z reakcją europejskich polityków. – Być może prezydent Obama o tym zapomniał lub nie jest świadomy faktu, że autorami skarg w antymonopolowej sprawie Google są również firmy amerykańskie. Niektóre z nich, tak jak Yelp, mówią o tym otwarcie. Inne obawiają się zemsty – podkreślił europoseł Ramon Tremosa w wywiadzie dla Financial Times.

Wojna między amerykańskim gigantem Google, któremu urzędnicy KE zarzucają monopilizowanie rynku wyszukiwarek, przeniosła się już na polityczne salony. Koncern z Mountain View nie może pogodzić się z wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie tzw. prawa do bycia zapomnianym w internecie.

Ta polityczna gra toczy się gdzieś w tle negocjacji między USA i Europą nad umową TIIP, czyli Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji. Protesty przeciwko umowie ACTA były dość proste do zrozumienia – szczególnie ostro wybuchły w Polsce, gdzie internauci zgodnie uznali, że jej ewentualne wdrożenie odbierze im dostęp do bezpłatnej treści. TIIP to oficjalnie umowa handlowa budowana z myślą o małych i średnich firmach po obu stronach Atlantyku. Ma ona znieść bariery regulacyjne a obniżenie ceł ma otworzyć przed nimi nowe rynki zbytu.

- TTIP jest faktycznie poważnym zagrożeniem dla demokracji. Wynika to po pierwsze z planowane harmonizacji norm i standardów obowiązujących w UE i USA, a w praktyce równania ich do niższego poziomu, czyli do poziomu amerykańskiego. Oznacza to podporządkowanie procesowi deregulacji i prywatyzacji niemal wszystkich ważnych obszarów życia społecznego. Po drugie, planowane objęcie umową TTIP także mechanizmu rozstrzygania sporów między państwami a inwestorami (ISDS) może prowadzić do niemal całkowitego ubezwłasnowolnienia demokratycznych instytucji, w tym rządów i parlamentów – przestrzegała prof. Leokadia Oręziak w wywiadzie z Lidią Raś dla Gazetyprawnej.pl.

Wspomniany przez prof. Oręziak mechanizm ISDS może pomóc bronić swych interesów koncernom takim jak Facebook czy Google w sporach z poszczególnymi państwami. Firmy te, z politycznym wsparciem prezydenta USA, mają wielką szansę przeforsować swoje cele biznesowe wobec pojedyńczych krajów a nawet wielkiej UE.

Także ciekawie brzmią ostatnie zapowiedzi Google w sprawie współpracy z Twitterem. I one, przynajmniej na razie, nie wzbudziły zbyt wielkiego zainteresowania. A koncern z Mountain View zapowiedział, że za kilka miesięcy będzie indeksował w czasie rzeczywistym twetty w swoich wynikach wyszukiwania. Co więcej będzie Twitterowi za to płacił. Najprawdopodobniej zawarta zostanie umowa licencyjna, na mocy której Google zapłaci za dostęp do tych danych. Jakoś za to samo wydawcom na całym świecie Google płacić na razie nie chce. Jeśli dojdzie do takich rozliczeń wydawcy będą mogli tylko biernie przygladać się jak Twitter otrzyma pieniądze od Google m.in. za umieszczone tam twetty z linkami kierującymi do ich stron internetowych.

Na zdjęciu komunikat jaki wyświetla się internautom w Hiszpanii. Po wprowadzeniu prawa pozwalającego wydawcom pobieranie opłat za indeksowanie odnośników do ich stron Google oświadczył, że nie opłaca mu się utrzymywanie tej wersji językowej i - przynajmniej na razie - usługę wyłączył.
Ciekaw jestem teraz opinii internetowych "mądrali", którzy kilkanaście miesięcy temu dziwili się czemu Google ma płacić wydawcom za indeksowanie linków w Google News. Może ruch z Twitterem to dlatego, że Google nadal chce kupić Twittera. Oferował za niego na początku 2010 r. 2,5 mld, a pod koniec tego samego roku już 4 mld dolarów. Do transakcji nie doszło. Może bliższy związek obu firm coś oznacza?

niedziela, 17 listopada 2013

Internauto, jesteś tylko danymi osobowymi, czyli walutą jaką obracają internetowe giganty z USA

Zewsząd otaczają nas kamery, a systemy monitoringu wrosły w nasz krajobraz podobnie jak w świadomość internautów, że absolutną koniecznością jest posiadanie konta na Facebooku, Twitterze czy Google +. Do obu zjawisk podchodzimy z nieufnością, tylko że monitoring służy bezpieczeństwu (raczej post factum) a internet chronieniu społeczeństw przed zjawiskiem terroryzmu (tak mówią rządy) i jednocześnie robieniu pieniędzy.

5 listopada przypadała rocznica nieudanego zamachu na budynek brytyjskiego parlamentu przeprowadzona przez Guya Fawkesa. Angielski katolik, który w 1605 roku wystąpił w białej masce stał się idolem hackerów, a potem protestujących w 2012 na całym świecie przeciwko porozumieniu ACTA. W styczniu ubiegłego 2012 roku w dziesiątkach miast Polski młodzież wyszła na ulicę na zawołanie hackerów. Pod hasłami sprzeciwu wobec cenzurowaniu sieci przez blokowanie pirackich stron, domagania się danych osobowych piratów (ACTA) pokazała władzy co myśli o takich pomysłach.

Tymczasem 5 listopada, gdy miano się sprzeciwić prowadzeniu masowych podsłuchów głównie przez amerykański program NSA, niesprawiedliwości, szpiegowaniu społeczeństw, wprowadzaniu żywności modyfikowanej genetycznie w polskich miastach protestujących było często mniej niż ...zebranych dziennikarzy. Sprzeciw wobec ACTA, czyli AntiCounterfeiting Trade Agreement tj. międzynarodowej umowie utrzymywanej długo w tajemnicy - której zapisy przewidywały oddanie w ręce posiadaczy praw autorskich zbyt wielkiej władzy - zebrał na ulicach ok. 200 tys. Polaków.

Katarzyna Szymielewicz, prezes fundacji Panoptykon, która sprzeciwia się rosnącemu nadzorowi nad społeczeństwem, działa na rzecz ochrony praw człowieka i monitorowania zagrożeń związanych z nadmiernym nadzorem obywatela przez państwo w wypowiedzi dla Gazeta.pl w styczniu 2013 r. tak mówiła o powodach sprzeciwu m.in.: „Mogła być najróżniejsza, nie tylko wynikająca z potrzeby obrony szeroko pojętej wolności w internecie czy dostępu do kultury. Ludzi mógł oburzyć sam pomysł poddania ściślejszej regulacji sieci, która w powszechnym rozumieniu jest "Dzikim Zachodem" dzisiejszego świata. Mogli także dawać upust swojemu wkurzeniu na rządzących, występując w roli polskiej wersji ruchu Occupy".


Gdy mowa o międzynarodowych koncernach wykorzystujących oddawane przez nas dobrowolnie dane osobowe publicznych protestów jest mniej, a społeczne przyzwolenie jakby jest większe. Ostatnio wprowadzenie możliwości komentowania n YouTube tylko z użyciem profilu na Google + oburzyło wielu młodszych internautów, głównie tzw. gimbazę. Anonimowe komentowanie było wartością samą w sobie, no i dzięki temu internetowy hejt miał niezłą pożywkę. Pozornie tylko wygląda na to, że Google chodzi o to, by jeszcze bardziej zwiększyć zasięg. Pojedynczy użytkownik, a nawet grupa nie stanowi dla właściciela takiej usługi wielkiej wartości. Wartością są dane niezwiązane z naszą tożsamością a nasze upodobania czy dane dotyczące statusu społecznego. W internecie po prostu światowe koncerny walczą o wielkie pieniądze. Dokładne określenie do jakiej grupy konsumentów należymy sprawia, że Facebook, czy Google mogą handlować jeszcze dokładniejszymi danymi. Dopasowanie oferty reklamowej do grupy użytkowników staje się prostsze i – przede wszystkim – skuteczniejsze. A co za tym idzie droższe.

Kilkanaście dni temu brytyjskie Tesco poinformowało o wprowadzeniu technologii skanowania twarzy o nazwie OptimEyes. Pozwala ona odczytywać płeć klientów w kolejce do kasy i podzielić ich na 3 grupy wiekowe tak, by trafić z właściwą ofertą reklamową i wyświetlić ją na monitorze. Największa wypożyczalnia internetowa - Netflix zbiera różnego typu dane o swych użytkownikach by z prawie 75 % skutecznością zaproponować obejrzenie kolejnego filmu. Amazon - największy sklep internetowy na świecie wie już nie tylko, ilu widzów i jak oceniło dany film, ale potrafi łączyć te dane z profilem demograficznym, historią zakupów oraz ocenami innych filmów.

To nie science fiction. Rzeczywistość 2013 roku to gigantyczne zbiory danych przetwarzanych przez wielkie serwery. Najlepsza, najcenniejsza waluta o ludziach, którzy kupują dany model samochodu, latają samolotami na wakacje do konkretnych miejsc, klikają w linki w konkretnych porada tygodnia, czy dnia, to dane zbierane o naszym przemieszczaniu się z pomocą systemu GPS i Google Maps, itd.

Mizerny protest przeciwko NSA (Marsz Miliona Masek) kiepsko rokuje nam jako internautom. Nie interesujemy się tym zbytnio, a rządy i koncerny robią swoje. Konsumenci są z jednej strony coraz bardziej wrażliwi na wyłudzanie danych osobowych a jednocześnie miliony Polaków, zresztą jak setki milionów innych internautów, oddają mniej lub bardziej świadomie te dane gigantom online. Czy po aferze PRISM nasz rząd robi wszystko, by ograniczyć na naszym terenie działania tych koncernów? Czy polscy politycy bardziej skupieni są na wykorzystywaniu kanałów social mediowych na komunikowaniu się ze społeczeństwem niż na dbaniu o interes wyborców? Nadzwyczaj silna pozycja amerykańskich gigantów nie tylko na polskim rynku idzie w parze z zapewnieniami amerykańskiego rządu, że to dla naszego bezpieczeństwa stworzono tajny program inwigilacji elektronicznej PRISM. Dość zastanawiające jest, że do programu gromadzenia danych dobrowolnie przystąpiły wszystkie wielkie firmy nowych technologii, oprócz wspomnianych wcześniej także Microsoft, AOL, Apple, Yahoo, Skype...

O istnieniu programu Safe Harbor wie chyba niewielu internautów. Od 2000 roku istnieje porozumienie na mocy którego Unia Europejska uznaje, że amerykańskie firmy, które przystąpią do programu Safe Harbor są traktowane jako zapewniające odpowiedni poziom ochrony danych osobowych i mogą je przesyłać z Europy do USA. Po aferze z PRISM uznano, że dane nie są jednak bezpieczne i dlatego w Komisji Europejskiej toczą się prace wzmacniające gwarancję naszej prywatności, nowe prawo miałoby zmuszać koncerny do informowania użytkowników, że jesteśmy profilowani, czy w jakim celu i komu przekazywane są nasze dane osobowe.

Może ta KE i UE czasem się na coś przydają...

Fot. Vincent Diamante