Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Twitter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Twitter. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Trzy tygodnie bez Facebooka, by przekonać się, że jest w zasadzie zbędny

Głosy o „zepsuciu Facebooka” przez Marka Zuckerberga nie są przesadzone. Sam porzuciłem największy serwis społecznościowy świata na równe trzy tygodnie, by dojść do wniosku, że potrzeba jego posiadania jest znikoma, nikła. Trzyma mnie w nim branża w której działam i szansa na kontakt z wieloma znajomymi.

Ale po kolei. 6 sierpnia, czyli 3 tygodnie temu odinstalowałem aplikację w smartfonie i całkowicie się wylogowałem z przeglądarki. By dać szansę znajomym posiadania kontaktu ze mną pozostałem w zasięgu Messengera oraz byłem dostępny na Twitterze, Instagramie i w kilku innych miejscach :) Dziś, czyli 27 sierpnia mija dokładnie 11 lat jak zarejestrowałem się na Facebooku i uznałem, że taki eksperyment przed rocznicą może okazać się ciekawy, inspirujący. Od wielu miesięcy algorytmy jakie narzuca internautom Facebook stały się dla mnie kompletnie bezużyteczne. Ja pomijam, że FB zawsze okazuje mi „Najważniejsze wydarzenia” a nie „Najnowsze wydarzenia” (choć je nieustannie przestawiam nijak nie chce brać pod uwagę moich oczekiwań), ale treść na tzw. tablicy użytkownika nie miała dla mnie ostatnio żadnej wartości. A i tak jestem zaawansowanym użytkownikiem social mediów i wielokrotnie - przynajmniej raz na kwartał - zmieniam coś w ustawieniach, by to co widzę miało dla mnie sens. Dodaję i usuwam fan page, zmieniam widoczność grup, swoich postów, itd. Nic nie skutkuje.

21 dni pozwoliły mi częściej wracać na Twittera, który - z racji tego, że nie jestem dziennikarzem zdobywającym newsy - traktowałem jako serwis używamy w drugiej kolejności. Posiadając połączone konta postowałem na FB, a automat zamieszczał za mnie twetty na Twitterze. Czasem (mniej więcej 1 raz na 10) musiałem je jednak  z Twittera usuwać i poprawiać posty, ale rzadko. I tak się opłacało, nie zajmowało mi to tyle czasu co obsługiwanie obu serwisów z jednakową częstotliwością. Na Twitterze jestem od 27 lutego 2007 roku, czyli ok. pół roku dłużej i - podobnie jak do FB - mam do niego uwagi. Jedną rolę pełni dobrze: przy dobrze dobranej grupie osób, które się followuje można mieć znakomity przegląd wydarzeń, codzienną prasówkę krajowo-polityczną, zagraniczną i technologiczno-internetową (mniej więcej taka tematyka gości na moim Twitterze). Ten serwis świetnie służy dziennikarzom, politykom, marketingowcom i… trollom. Każdy serwis social media ma jakieś wady i zalety więc gdy używa się go umiejętnie da się z tym jakoś żyć. Z przesadą, ale niewielką rzekłbym, że jednak Facebook przestał nieść dla mnie jakąkolwiek wartość informacyjną (a raczej posty z newsami jakie mi „podsuwa" moja społeczność, czy media).

Przeżyłem na Facebook kilka okresów. Z grubsza dzielę swoją relację z nim na 3 epoki:
- okres twórczy, gdy między 2007 a 2010/2011 rokiem prowadziłem (lub mi podlegał) serwis Wiadomości24.pl dla Polska Press (został z końcem 207 r. wcielony w portal Naszemiasto.pl) 
- okres promocyjno-dziennikarski 2011 - 2016 gdy odpowiadałem za content w Polska Press a potem za online w Infor Biznes, czyli promowałem posty konkretnych artykułów, z konkretnych serwisów www
- okres biznesowy - od października 2016 r. gdy pracuje jako niezależny konsultant dla różnych podmiotów, w tym e-commerce oraz firm oferujących narzędzia dla wydawców

Napiszę jak weteran bo i tak się chwilami na FB czuję. Wiele widziałem na Facebooku: znajomych udostępniających posty z fake newsami (staram się to prostować), firmy i media oraz ich wpadki, zmiany algorytmów pokazywania treści, ale tak źle jak w ostatnich kilkunastu miesiącach nie było nigdy. Wyrażałem to głośno wielokrotnie w postach na FB. Stąd taka próba. Nie ma obowiązku posiadania konto na Facebooku, choć dziś wielu biznesów bez niego nie da się uprawiać. Znam takie - nie posiadają nawet własnej strony internetowej, a fan page zastępuje wszystko. Jest i miejscem marketingowym, i obsługą customer service. No i dobrze. Tylko pojedynczy, szary użytkownik ma coraz mniej fanu z tego co widzi po zalogowaniu się. I nie jest to tylko moja, odosobniona opinia. Kiedyś czegoś szukałem w marketplace FB. Pewnie dlatego dziś posty z nowymi ofertami sprzedaży aut, czy komputerów pojawiają mi się często, zdecydowanie za często, A nie mam już takich potrzeb. Podobnie z grupami. Jestem w różnych, a uporczywe przestawianie tego co ma mi pokazywać z grup kochany serwis na F… w końcu pomogło. Tylko, że ja nie mam czasu ciągle się tym „bawić”.

Dla Messengera - takie słowa słyszałem od studentów gdy pytałem ich po co używają Facebooka. Ostatnie 3 tygodnie dowiodły, że ze mną jest tak samo. Tyle w zasadzie ma mi do zaoferowania największy serwis społecznościowy świata. Wybaczcie znajomi z różnych kręgów i okresów mojego życia, ale wiele rzeczy znoszę, największe nawet bzdury jakie postujcie, ale ja ich po prostu nie widzę. Algorytm jest teraz taki, że jak nie wchodzicie w interakcję z moimi postami (najlepiej komentarze, gorzej like, choć też dają radę) to ani ja nie widzę waszych postów, ani wy moich.  
 
Reasumując ten dość krótki i emocjonalny wpis po okresie facebookowej abstynencji. Konta na razie nie usuwam choć jestem tego bardzo bliski. Ot można używać FB rzadziej, logować się po coś. Nie przesiadywać na Facebooku co wszystkim polecam. Przybyło mi bardzo dużo czasu, nie czuję, bym cokolwiek ważnego stracił, a stałem się za to dużo bardziej produktywny.

No i na koniec odwracając i trawestując słynne powiedzenie John F. Kennedy’go dziś jest czas gdy: Nie pytaj co ty możesz zrobić dla Facebooka, zapytaj co Facebook może zrobić dla Ciebie…

poniedziałek, 19 lutego 2018

Choroba „pierwszeństwa”. Media tańczą jak „zagrają” im Google, Facebook, Twitter

Onet i Telewizja Republika uśmierciły dziś Benedykta XVI. Wirtualnie pogrzebano też dziś Sylvestra Stallone. To codzienność Twittera. „Urobek” dziennikarzy internetowych portali, którzy w wyścigu o palmę pierwszeństwa (i walki o ruch na stronie) zdecydowali się opublikować nie zweryfikowanego newsa. Tylko dlatego, że był tweet opublikowany na wątpliwej jakości profilu. Wystarczył jeden rzut oka redaktora i przemożna potrzeba bycia pierwszym…

Po co to wszystko? Oglądalność (liczba Page View) od lat jest głównym probierzem sukcesów portali, serwisów. Opublikować „newsa” trzeba jak najszybciej bo, po pierwsze, będą się na nas powoływać, a po drugie - i to najważniejsze - lepiej zindeksuje nas wyszukiwarka Google. No i więcej internautów udostępni nasz post na swoich tablicach bo szybciej go dostrzegą. Więcej PV to więcej powierzchni reklamowych. Rozumiem to bo przez lata siedziałem w newsroomach i powtarzałem to setki razy redaktorom internatu. Napominałem, że ruch w sieci przynoszą serwisom głównie dwa największe bramki internetowe: wyszukiwarka i gigant social mediowy. Oczywiście rozumiem tłumaczenia Bartka Węglarczyka dyrektora programowego Onetu, że „tekst był przygotowany i czekał na publikację, ale w wyniku błędu redaktora…" Nie dziwi mnie postawa „publikować jak najszybciej bo oglądalność” tylko, że drodzy redaktorzy i dziennikarze mamy już rok 2018. To co było dobre jeszcze 5, 4 a nawet 3 lata temu już tak nie działa. Czas się opamiętać.

Czy w redakcjach znikły już całkowicie wszystkie hamulce? Nie obowiązują dziennikarskie zasady (sprawdzamy newsa w dwóch niezależnych od siebie źródłach)? Czy nie musimy już dbać o wiarygodność marki? Serwisy społecznościowe, co coraz częściej słychać zewsząd, przynoszą coraz więcej szkody niż pożytku debacie publicznej. Ot choćby Twitter, który był oprócz Facebooka areną działań rosyjskich. Nasz wschodni sąsiad wpływał na wybory prezydenckie w USA tkając swoją podchwytliwą narrację - stosunkowo niewielkim kosztem - by polaryzować poglądy społeczeństwa amerykańskiego oraz tworzyć wydarzenia, które znajdą odzwierciedlenie w mediach i zaangażują lokalne społeczności. Wygrał Trump, bo Clinton nie była na rękę Rosji. Czy przypadkiem na Kremlu nie jest już prowadzona podobna akcja wobec Polski…

Mediom wypada się opamiętać i dbać o wiarygodność. Kto za nas to zrobi? Politycy? Wątpię - szybciej przygotują jakiś kaganiec dla serwisów rozpowszechniających fake newsy niż przyłożą rękę do wspomagania jakościowego dziennikarstwa jako takiego. Twitter zdominowany przez tysiące fakeowych profili, gdzie łatwo wprowadzać w błąd opinię publiczną stał się miejscem gdzie głodne nowości portale łapią się na niemal każdą podpuchę. Nie generalizuję, ale po niemal 11 latach obecności na Twitterze widzę, że media w myśleniu o newsach zatrzymały się w poprzedniej epoce. Pierwszeństwo mierzone dodatkowymi wejściami okupione bywa ogromną ceną - utratą wiarygodności.

Nie chcę się powtarzać (czynię to często publicznie i w sieci) z tezą o nieuchronnym zwrocie wydawców w stronę pobierania opłat od użytkowników za treść. I to nie dlatego, że robi tak z sukcesem New York Times, tylko dlatego, że to najlepiej pozwoli zachować niezależność dziennikarską. Dla przypomnienia: model reklamowy w internecie nie przynosi spodziewanych dochodów bo powierzchni reklamowych w sieci ciągle przybywa, a jednocześnie ceny raczej spadają (programmatic, narzędzia). Finansowanie newsroomów online staje się jeszcze trudniejsze. Ewentualna droga do zrównoważenia kosztów przychodami od internautów staje pod znakiem zapytania jeśli wcześniej całkowicie zburzona zostanie wiarygodność mediów.

Zaufanie - tym cieszą się media (także internetowe) i to jest budulec na który warto stawiać. W badaniach widać, że zaufanie internautów do newsów pozyskanych w kanałach social mediowych słabnie. Jednocześnie po raz pierwszy wyraźnie wzrosło do mediów tradycyjnych (zakwalifikujmy do nich również serwisy online). I to wszystko w czasie gdy badania Distributed Content Revenue Benchmark Report 02.2018 pokazują, że przeciętnie jedynie 5 proc. przychodów online u wydawców pochodzi dzięki działalności na FB oraz Google.

Mark Zuckerberg zapowiedział i wdroży w życie zmiany algorytmów. Twitter? Bez konsekwencji  dla siebie podkopuje zaufanie do mediów, gdy redaktorzy tak łatwo dają się oszukiwać. Google - od niego zaczyna się ścieżka pozyskiwania newsa przez większość internautów. Dlatego ta walka o pierwsze miejsce - bo pozycjonowanie SEO. Tu warto przypomnieć jak jeden z serwisów uśmiercił przed czasem Wojciecha Jaruzelskiego - patrz screen. Bo chciał być najwyżej w wynikach wyszukiwania Google.

Media ciągle grają w grę na zasadach jakie dyktują im ogólnoświatowe platformy. Czy Facebook lub Twitter mogą wyeliminować fałszywe profile czy fake newsy? Oczywiście, że mogą tylko, że nie chcą być mediami (choć przez samych użytkowników są tak traktowane), bo to kosztuje. Jakościowe dziennikarstwo kosztuje. Jakościowe dziennikarstwo nie istnieje bez zaufania odbiorców, wiarygodności. Choroba „pierwszeństwa” szkodzi zatem wszystkim mediom.

***

Powyższy felieton nie jest bynajmniej próbą oceniania zachowania polskich mediów. Ale jako, że jestem teraz „obok mediów” a nie „w mediach” to czasem lepiej z tej pozycji widzę objawy słabości.

niedziela, 6 listopada 2016

Koniec żerowania na cudzej pracy?


W Komisji Europejskiej toczą się prace zmierzające do umieszczenia w prawie zapisów dotyczących praw pokrewnych dla wydawców. Ma to im pozwolić na pobieranie opłat za wykorzystywane fragmenty tekstów od agregatorów treści, takich jak Google News, czy platform social mediowych, jak Facebook. Wydawcy uważają, że położy to kres żerowaniu na cudzej pracy. Prawa pokrewne, o jakie spiera się branża wydawnicza ze światowymi graczami online, przez wielu komentatorów są traktowane jak pałka, którą można okładać wydawców. – Chcecie chronić swoje stare modele biznesowe i po prostu wprowadzić podatek od linków – argumentują krytycy.

Być może niektóre regulacje przygotowywane w KE zmierzające do wprowadzenia ograniczeń w używaniu treści wydawców mogą nie znaleźć zrozumienia u osób nieobeznanych z funkcjonowaniem tego rynku. Ale obraz relacji wydawcy – giganci internetu nie jest w tym sporze przedstawiany w pełni obiektywnie. To nie jest kryminalizowanie jakichkolwiek zachowań internautów, a taki argument jest podnoszony przez agregatory treści. To domaganie się przez producentów treści dziennikarskich praw takich, jakie mają nadawcy oraz producenci utworów muzycznych czy filmowych. Czy teksty dziennikarskie zasługują na niższy poziom ochrony?

Budżety odpływają


Internet radykalnie przesunął punkt ciężkości w relacjach reklamodawca – konsument. Przez lata wydawcy prasowi odgrywali tu rolę głównego pośrednika. W czasach „przedinternetowych" w biurach reklamy gazet stały kolejki chętnych do nadania ogłoszeń. Model biznesowy gazet opierał się na ich sprzedaży, a zysk częściowo był pochodną ceny gazety i - w coraz większym stopniu - przychodów z reklamy. W internecie producenci treści (wydawcy) zostali zepchnięci do narożnika i często muszą się zadowolić resztkami z pańskiego stołu.

Zgodnie z danymi eMarketera światowy rynek reklamy internetowej będzie wart w tym roku 186,8 mld dol. Największą tego część zgarnie Google (ponad 53 mld dol.). Gdy dodać do tego zarobki Facebooka i gigantów światowego handlu online, do podziału zostaje dużo mniej. W Polsce internetowy rynek reklamy w I półroczu szacowany jest na 1,71 mld zł (badanie IAB AdEx). U nas też dominują gracze światowi: Google i Facebook. Jaka część z 1,71 mld zł trafia do podmiotów ponoszących koszt wytworzenia treści? Najzręczniej i najskuteczniej pieniądze reklamodawców zdobywają dziś często podmioty, które agregują linki do treści wytworzonej przez wydawców albo są platformami je pokazującymi (wyszukiwarki, social media). Technologia umożliwia zarabianie na reklamach z użyciem treści wydawców, a prawo nadal na to pozwala.

Na pytanie, skąd znasz daną informację, większość użytkowników największego serwisu społecznościowego świata odpowie: „był link na Facebooku". W internecie coraz bardziej skomplikowane narzędzia odcinają wydawców od pieniędzy reklamodawców. Wielu internautów nabiera przekonania, że Google i Facebook są twórcami treści. YouTube należy do Google'a, FB mocno promuje wideo i relacje live użytkowników.

Wydawcy od lat dobrowolnie zasilają codziennie te platformy milionami postów i artykułów. Bo idą za swoim odbiorcą. Wydawca jako twórca treści ponoszący koszt zatrudnienia dziennikarzy i posiadający witrynę konkuruje o uwagę użytkownika z gigantami internetu. Ów konkurent walczy o uwagę internauty z użyciem treści wytworzonej przez wydawcę i jeszcze bije się o te same budżety reklamowe. Co w tym niepokojącego? – zapyta ktoś. – Google News indeksuje tylko teksty producentów, pokazuje tylko zajawki tekstów i w zamian doprowadza ruch do ich serwisów. To wolny rynek, a wydawcy po prostu nie potrafią stworzyć skutecznego modelu biznesowego w sieci – dodają komentatorzy.

Tu chodzi o uczciwe relacje biznesowe. Wolny rynek chroni regulacjami prawnymi dzieła autorskie. Robi tak branża muzyczna, filmowa i nikomu nie przychodzi do głowy to kwestionować. Są i opłaty reprograficzne, czyli wynagrodzenie dla twórców za zgodne z prawem kopiowanie legalnie pozyskanych utworów przez osoby fizyczne. W branży prasowej w Polsce zarówno „Tygodnik Angora", jak i „Forum" płacą za przedruki wydawcom i autorom. Można? Można. Dlaczego nie może ta sama zasada obowiązywać w internecie?

Jeśli prawa pokrewne dla wydawców pojawią się w prawie autorskim, wydawca będzie mógł występować w swoim imieniu oraz na rzecz autora treści (dziennikarza) z roszczeniami finansowymi o nieuzasadnione jej użycie. Wprowadzenie prawa pokrewnego niczego nie zmienia w sytuacji internautów, a dostęp do treści był, jest i będzie całkowicie otwarty. Tylko że za wykorzystanie cudzej treści konkurent biznesowy powinien zapłacić. Wydawca płaci dziennikarzowi, więc płacić powinien też podmiot, który tę treść wykorzystuje. Wprowadzenie praw pokrewnych zwiększa ochronę dziennikarzy, a protesty niektórych – w imię „wolności internetu" – to działanie wbrew interesom całego środowiska. Czy Facebook, Google lub Twitter płaci dziennikarzom za twórczość dobrowolnie tam umieszczaną? Dlaczego używając tej treści (np. w Google News), nie rozlicza się z wydawcą, któremu dziennikarze oddają prawa licencyjne do tekstów, zdjęć...

W prawie autorskim chroniony jest autor, ale nie wydawca, który finansuje produkcję. Wydawca rzadko utrzymuje produkcję z pobierania opłat za dostęp do treści, więc skazany jest na model biznesowy „reklama przy treści". Błyskawiczny rozwój technologii sprawił, że emitując reklamę, walczy o budżet reklamodawcy z platformą dysponującą olbrzymim zasięgiem. Co więcej, część tych pieniędzy platforma zarabia na stronach samych wydawców, którzy dobrowolnie wpinają kody Google AdSense, by zarobić na ruchu. A to Google doprowadził ten ruch z linków ze zindeksowanych tekstów wydawcy...

 Ekosystemy kontra twórcy treści


Apple, Google i Facebook stworzyły ekosystemy produktów i usług. W nich użytkownik ma zaspokoić wszystkie potrzeby, zwłaszcza informacyjne. Nie jest tajemnicą, że Facebook wyżej pozycjonuje posty marek mediowych, a marki i brandy muszą za ich widoczność słono płacić. Bez treści informacyjnych Facebook skończyłby pewnie jak Nasza Klasa. Bez dziennikarskich materiałów wielu z nas ucieknie z serwisu społecznościowego, jeśli nasza tablica będzie upstrzona tylko zdjęciami kotów i potraw gotowanych przez znajomych.

Facebook i Google mają coś dużo cenniejszego dla reklamodawcy niż treść: wiedzę o internaucie, jego upodobaniach i zachowaniach. Klikach i intencjach zakupowych. Coraz precyzyjniej dopasowują reklamy. A internauci, zostawiając cyfrowe ślady (dane) w różnych produktach, tworzą z tego miejsca atrakcyjne dla reklamodawców. Te dane są też w rękach wydawców, tylko ci korzystają z nich w niewielkim stopniu. Wciąż bardziej emocjonuje wszystkich traffic na stronie niż wiedza o klientach (użytkownikach), którym można coś sprzedać.

Serwisy informacyjne wydawców sprzedają odsłony, a te są coraz tańsze. Technologia i wszystkie nowe narzędzia, platformy technologiczne coraz bardziej oddalają jednak przychody od wydawców. Co będzie za 5–10 lat? Facebook i Google raczej nie staną się redakcjami. Ktoś wyobraża sobie na imprezach sportowych dziennikarzy Google'a, Facebooka, Apple'a? Buduje się cyfrowy świat zdominowany przez wielkie platformy mielące użytkownika i treści z coraz mniejszą rolą tych, którzy ponoszą koszty ich tworzenia.

W Hiszpanii wprowadzono zapisy o prawach pokrewnych. Nie godząc się z tym, Google zamknął tam Google News. Owszem, ruch w hiszpańskich serwisach spadł o ok. 5 proc. (linki prowadzące z produktu Google'a), ale po jakimś czasie powrócił. I to do serwisów producentów treści. Czy to źle? Internauci docierają w Hiszpanii do tekstów w miejscu, gdzie ktoś poniósł koszty ich wytworzenia (a nie do pośrednika) i będzie chciał zarobić na reklamie czy płatnym dostępie. Żaden wydawca obecny w internecie nie obraża się na ruch, jaki pozyskuje z wyszukiwarki, z kanałów social mediowych, ale chce uczciwej relacji biznesowej. Nie tylko wydawcy prasowi zmierzą się z tym problemem, Onet i Wirtualna Polska stawiają teraz na tworzenie unikalnej treści dziennikarskiej, ponosząc koszty jej produkcji. Nawet małe serwisy lokalne zyskają na większej ochronie treści.

Konsumenci na zmianie prawa nie ucierpią, bo wydawcy zdają sobie sprawę ze znaczenia wyszukiwarek i platform społecznościowych. Internauci nie są stroną sporu, a teza o blokowaniu dostępu do treści po wprowadzeniu takiego prawa jest z gruntu nieprawdziwa.

Autor jest ekspertem Izby Wydawców Prasy, był zastępcą redaktora naczelnego „Dziennika Gazety Prawnej"

***

Tekst w tym kształcie ukazał się pierwotnie w dzienniku
Rzeczpospolita, 4.11.2016, numer 258 oraz na stronie www.rp.pl

sobota, 23 maja 2015

Internet, głupku! Dlaczego wybory wygrywa się dziś w sieci


Wybory parlamentarne, prezydenckie czy samorządowe już nigdy nie będą takie same jak 10 czy 20 lat temu. Rosnące znaczenie internetu, a zwłaszcza sieci społecznościowych sprawia, że każdy kto myśli o zdobywaniu lub utrzymywaniu władzy musi nauczyć się wykorzystywać do swoich celów najpowszechniejszy dziś kanał komunikacji jakim jest internet.

65 lat temu John Kennedy wygrał debatę telewizyjną z Nixonem m.in. dlatego, że był przystojniejszy, młodszy od swego kontrkandydata. Po prostu podobał się widzom. Telewizja od tego czasu pozostaje nadal kanałem jednokierunkowej komunikacji (nadawca - odbiorca), a świat i sposób docierania do informacji gwałtownie zmienił się wraz z rozwojem internetu. Chciałem tym wpisem, podczas ciszy wyborczej, zmierzyć z tematem wpływu internetu na wybory. Kilka faktów przemawiających za tezą postawioną w tytule.


Po pierwsze rosnący zasięg w sieci


Dziś w internecie jest już ponad 20 mln Polaków co oznacza, że nawet jak odejmiemy tych, którzy nie mają prawa wyborczego jest nas tu więcej niż zwykle chodzi na wybory. Co ciekawe najszybciej i najwięcej przybywa teraz internautów ze starszych kategorii wiekowych. Przekonanie polityków iż najlepiej docierają do elektoratu (starszego?) nadal używając reklam w tv jest zatem błędem. Nie trzeba też wielkiej analityki, by dostrzec, że aktywność internetowa gwałtownie rośnie i poświęcając na ten kanał coraz więcej czasu jednocześnie mniej uwagi przeznaczamy na inne media. Mimo coraz powszechniejszego multitaskingu, czyli jednoczesnego korzystania z wielu mediów – patrz screeny z raportu IAB Polska - DigitalScope2014 dostępnego tutaj. Nie tylko tradycyjna prasa, ale i TV cierpi na tym trendzie. W młodszych kategoriach wiekowych telewizję zastępują portale typu YouTube, czy kanały social mediowe. Młodzi jasno deklarują, że nie mają telewizora bo dla nich linearna telewizja to przeżytek; wystarczy im ekran laptopa do tego, by oglądać ulubione seriale w aplikacjach, VOD czy serwisach typu Netflix.

Po drugie social media


Ludzie nie wierzą w to, co im mówicie, rzadko wierzą w to, co im pokazujecie, a często za to wierzą w to, co mówią im znajomi. I zawsze wierzą w to, co sami przekazują innym – twierdził znany bloger Seth Godin.

Kanały social mediowe jak Twitter, Facebook, a także Instagram, czy Snapchat czy WhatApps pełne są kręgów znajomych. Autentyczność wielu profili oczywiście bywa wątpliwa. Pamiętam sytuację z serwisu Wiadomosci24.pl gdzie po długim śledztwie (sprawdzanie IP komputera, etc.) okazało się, że jeden z użytkowników miał 6 (słownie sześć!) tożsamości. Sam ze sobą rozmawiał, komentował, chwalił. Znajomy opowiadał mi też historię związaną z jednym z największych forów w sieci gdzie po długim czasie okazało się, że 6 grup, czy wątków prowadził jeden obywatelski moderator (dwie tożsamości). Sęk w tym, że 3 były poświęcone miastu z którego pochodził, a pozostałe drugiemu miastu, które od lat z nim rywalizuje. Wszystkich zastanawiało wyjątkowo dużo pozytywów w jednym mieście i nagromadzenie afer, negatywnych wątków w drugim…

Czego to dowodzi? Że jeden zaangażowany fan, a tym bardziej fanatyk partii czy pomysłu może mieć wielki wpływ na to co dzieje się w przestrzeni publicznej. 100 ludzi z grupą znajomych od 300 do 500 osób to już zasięg nawet 30 do 50 tys. a szybko rozprzestrzeniający się mem, tweet, wpis na FB, czy nagranie z YouTube’a zrobione kamerą w telefonie to siła, którą trzeba wykorzystywać a nie lekceważyć. Partie i ich czołowi politycy, którzy zatrzymali się na jednokierunkowym przekazie (tv, radio, prasa) mogą szybko zniknąć ze sceny.

Warto zwracać uwagę na to, że wszyscy jesteśmy zalewani informacjami, mnogość kanałów przekazu. Mamy zatem mniej czasu na zarządzanie informacjami jakie do nas płyną. Staramy się minimalizować wysiłek w dotarciu do informacji, a jednym ze sposobów optymalizowania tego procesu wyszukiwania i selekcjonowania jest wykorzystywanie „filtru” jakie tworzą samorzutnie społeczności. Co to oznacza? Czytam i oglądam to czym interesują się, co czytają znajomi na Twitterze czy Facebooku. Ale tym samym częściej wierzę w otrzymywane od znajomych informacje, podzielam ich opinie oraz udzielają mi się ich emocje!

Kanały social media to bomba z opóźnionym zapłonem. Kto nie dostosuje się do reguł gry panujących w internecie, a zwłaszcza nie obłaskawi technik – nazwijmy to po imieniu – wpływania na innych, manipulacji, sterowania przekazem może zapomnieć o poparciu. Serwisy social media gigantycznie skróciły dystans między politykami a wyborcami, dając obywatelom poczucie wpływania na rzeczywistość. Niemal 2 lata temu gdy w Polsce na dobre zaistniał Instagram pisałem na blogu m.in. …w cyberprzestrzeni za sprawą Twittera, Facebooka czy Instagramu możemy poczuć się i bliżej pewnych osób, i równocześnie bardzo daleko. Śledzenie profili VIP–ów jest skracaniem tego dystansu, kliknięcie w “lubię to”, komentarz pozwala mieć złudzenia, że "znamy się z celebrytą, politykiem"...

Po trzecie całkowita demokratyzacja przepływu informacji

 

Świat cyfrowy to świat wielu “centrów” przekazu. To nie TV czy prasa dziś narzuca ton publicznej debacie, ale sytuacje kreowane w kanałach cyfrowych. Wydarzenie “wykreowane” przez udostępniane czy retweetowanie przez internautów stają się przekazem dnia, to o nie pyta się polityków w wywiadach dnia w stacjach Tv.

Politycy zapomnieli chyba, że internet, nawet jeśli nie obejmuje dziś całego elektoratu zwielokrotnił przekaz. Co więcej znacznie ograniczona jest dziś rola dawnych selekcjonerów informacji (komentatorzy, uporządkowane media gdzie ktoś selekcjonuje informacje typu radio, tv, prasa) i występuje błyskawiczne sprzężenie zwrotne. Opinię na temat danej treści politycy, sztabowcy, marketingowcy mają natychmiast, a sami odbiorcy skutecznie wpływają na formę i zawartość przekazu. Konferencja prasowa w Sejmie i przekaz dnia natychmiast schodzi na drugi plan gdy wydarzenia - np. na Twitterze - ktoś umiejętnie skomentuje, przekręci, zamieni w mema.

Warto pamiętać, że internauci zawsze korzystają z informacji kiedy chcą, co więcej mogą korzystać z informacji gdzie chcą (prasa, radio, tv, internet), zwykle korzystają z informacji jak chcą, zawsze korzystają z informacji jakie samodzielnie wybierają, chętnie korzystają z informacji, które mogą współtworzyć! Co to oznacza? Tworzenie memów, linkowanie nowych grup, udostępnianie treści, które zgodne są z emocjami jakie w tej chwili rządzą moim nastrojem…

Po czwarte komórkowa demokracja


Demokratyzacja przyspieszyła jeszcze wraz z mobilno-smartfonową rewolucją. Banałem jest dziś stwierdzenie, że szybciej wrócimy się do domu po zapomniany smartfon niż po portfel z dokumentami. Jak widać z ostatnich dużych badań (przełom kwietnia i maja) prowadzonych przez firmę SW Research na potrzeby konf. Generation Mobile 2015 na prawie 5,5 tys. przebadanych użytkowników internetu, odsetek posiadaczy smartfonów wśród Polaków w młodszych kategoriach wiekowych sięga prawie 90 procent populacji, a nawet wśród starszych przekracza 50 %. Jakie są tego konsekwencje, wystarczy spojrzeć na inne badania prowadzone w 2013 roku przez zespół Kleiner Perkins Caufield Byers.

Przeciętny użytkownik smartfona sięga po niego i spogląda na ekran aż 150 razy w ciągu dnia! Z tego aż kilkanaście razy by użyć serwisu social media, sprawdzić newsy czy ogólnie serfować w sieci. Owa „komórkowa demokracja” jest dziś jeszcze na etapie aktywnego konsumenta, który włączył się w proces decyzyjny. To trochę wciąż wypełnianie definicji Web 2.0 gdzie podział jest dość prosty 1 na 100 tworzy treść, 10 komentuje (udostępnia, lajkuje, itp., itd.), a 89 tylko czyta.

Nic nie stoi na przeszkodzie, oczywiście poza oporem mentalnym i politycznym obecnych partii, by wykorzystać smartfony do zwiększenia frekwencji w wyborach. Skoro można robić selfie, można autoryzować transakcje bankowe, czemu nie głosować w wyborach z użyciem aplikacji? To realne, możliwe i bardzo istotne dla naszej demokracji – włączenie wielu obywateli w proces decyzyjny. Trzeba tylko zmienić kilka przepisów i ustaw. Nagle może się okazać, że frekwencja w wyborach może znacząco wzrosnąć, zwłaszcza w młodszych kategoriach wiekowych.

Po piąte Partia Internautów


Już w 2007 roku w serwisie Wiadomosci24.pl, który wówczas prowadziłem postanowiliśmy się zabawić (początkowo był to tylko żart) w futurologię. Umieściliśmy w sondzie przed ówczesnymi wyborami nieistniejącą Partia Internautów – okazało się, że zebrała kilkanaście procent głosów. Pomysł na zdemokratyzowane działanie takiej partii był prosty, ale i mocno kontrowersyjny, cyt. Wyobraźmy sobie głosowanie posła partii PI - laptop na kolanach, na ekranie wyniki głosowania internautów w każdej ze spraw, jaką ma zajmować się Sejm. Poseł patrzy na wyniki odpowiedniej sondy zamieszczonej na stronie PI i oddaje głos tak, jak tego sobie życzy większość. Proste, prawda?


***

Ten wpis powstał nie po to, by dotykać bieżących wydarzeń z kampanii prezydenckiej, która dziś zamilkła w ramach ciszy wyborczej. To jeszcze jeden relikt z przeszłości tak wyraźnie kwestionowany samym tylko istnieniem internetu. Jej zniesienie to dla mnie pierwszy krok do włączenia większej części społeczeństwa w demokratyczny proces wyborczy. Gdyby ciszy nie było sieć tętniłaby kampanią i do ostatniej chwili ważyłyby się losy wyniku. A czyż nie o powszechny udział w wyborach nam wszystkim chodzi, o bardziej reprezentatywny wybór?

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Lekcja Łukasza Jakóbiaka, czyli dotarcie przede wszystkim

Łukasz Jakóbiak, autor wywiadów „20m2“ swoim materiałem z prezydentem Bronisławem Komorowskim sprawił, że świat starych mediów kolejny raz mocno zderzył się ze światem videoblogerów. Na chwilę uświadomił wielu dziennikarzom, że poza redakcjami pojawiły się skuteczne (reklamowo) inicjatywy.

Pomijając inne aspekty całej historii (autor formatu na YT proponował wywiady innym kandydatom czy jednak nie proponował?) warto zwrócić uwagę na dwie kwestie. Odniosłem wrażenie, że zaskoczeniem dla wielu obserwatorów było to, że jest ktoś taki jak Łukasz oraz, że jego programy mają tak wysoką oglądalność. Na naszych oczach „stare media“ spotkały się z nowymi mediami. Setki tysięcy odsłon, a niektóre odcinki nawet ponad milion dowodzą, że YouTube jest już kanałem z olbrzymim zasięgiem. Trzeba mieć tylko pomysł i umiejętnie go wykorzystać dla budowy własnego przekazu, do promocji formatu. O tym, że nie jest to takie proste przekonał się m.in. Szymon Majewski, któregoprofil YT śledzi 111 tys. (Jakóbiak – ponad 266 tys.). Dziś, po kilkudziesięciu godzinach od publikacji tylko w sieci odcinek z Bronisławem Komorowskim obejrzało ponad 117 tysięcy internautów!

Po drugie największym wygranym tej historii nie jest bynajmniej sztab Komorowskiego czy on sam, a autor ciekawego formatu video. Doczekaliśmy czasów gdy kampania wyborcza rozgrywa się na blogach, portalach z memami i YouTube. I m.in. dlatego trudno się dziennikarzom tradycyjnych mediów pogodzić z myślą, że media i zasięg nie są już przypisane do telewizji, prasy czy radia. Oburzenie wielu mogą budzić wysokie wynagrodzenia o jakich mowa gdy ktoś pisze o polskich szafiarkach. Tylko czy z równym zapałem przytaczane są zasięgi jakie one osiągają? Np. Jessicę Mercedes Kirschner na Instagramie śledzi 229 tys. internautów! Każda jej stylizacja tak licznie oglądana warta jest wiele, to żywy „słup“ reklamowy z atrakcyjną grupą docelową. Podobnie autor programu 20m2. Jakóbiak umiejętnie  wykorzystuje popularność prowadząc wykłady motywacyjne. Pod koniec kwietnia weźmie udział w dużym mitingu na stadionie w Poznaniu, obok słynnego Nicka Vujicica.

Subskrybenci programu AbstrachujeTV to ponad 1 mln 640 tys. użytkowników YT. Kto z dziennikarzy, może pomijając gwiazdy posiadające własne programy telewizyjne (Lis, Olejnik, Wojewódzki), może pochwalić się takim dotarciem? Krytykowani za rozrywkowe pomysły, "ulotność" treści wszelkiej maści popularni blogerzy, videoblogerzy i gwiazdy Instagramu wiedzą coś o nowych mediach co nadal z trudem przebija się do świadomości wielu dziennikarzy.

Nowe media są trzeba tylko z nich korzystać i systematycznie budować własny zasięg. Taki ma już Jarosław Kuźniar, czyli ponad 222 tys. followersów na Twitter. Dziś kluczowe słowo w mediach to bowiem DOTARCIE. A, że ktoś nie znał do tej pory Łukasz Jakóbiaka lub innych gwiazd nowych mediów – to nie wstyd. Lepiej jednak, by dalej było to spotkanie dwóch światów niż zacięta wojna, zwalczanie. Bo „oni“ mają za sobą publikę, niemal namacalnie policzalną. Może warto się od nich czegoś nauczyć?

sobota, 4 kwietnia 2015

Skuteczna internetowa ofensywa wydawców prasy

Ostatnie wyniki PBI/Megapanelu ze stycznia 2015 stały się inspiracją do wpisu mającego zaprzeczyć powszechnej jeszcze ciągle opinii, że wydawcy nie radzą sobie w internecie. Nadal można usłyszeć opinie fachowców (i pseudofachowców), że prasa skazana jest na powolną śmierć, a postępowanie wydawców w świecie cyfrowym - łagodnie mówiąc - jest bojaźliwe, mało skuteczne a decyzje nie przystają do potrzeb internautów.

Te krytyczne głosy coraz bardziej mnie drażnią bo są oderwane od faktów. Przyjrzałem się zestawieniu 20. największych podmiotów w polskim internecie ze stycznia 2015 r. Aż 5 podmiotów to gracze światowi: Google, Facebook, YouTube, MSN i Wikipedia. Ale aż 7 to spółki należące do wydawców prasowych, część z nich doszła do tego miejsca rozwijając się generycznie przez ostatnich kilka lat, inne po prostu kupując internetowe podmioty. A zatem na miejscu 5. Onet to dziś własność spółki Ringier Axel Springer Polska, 7. Interia od kilku lat należy do Bauera, 8. Agora, czyli Gazeta.pl, 10. Polska Presse Group, czyli połączone zasięgi dawnej Polskapresse i Mediów Regionalnych, 12. To ZPR Media czyli Murator i Se.pl, 17. Edipresse a 18. Grupa Gazetaprawna.pl, czyli połączony zasięg Infor Biznesu i Infor.pl.


Postęp jaki jest udziałem wydawców najlepiej widać gdy porównamy pierwszą 20. z tego roku i sięgniemy do statystyk sprzed 10 lat. W styczniu 2005 roku pierwsza 20. wyglądała zupełnie inaczej – patrz screen. Wśród największych podmiotów na 9. miejscu był jedyny wydawca Agora, czyli grupa Gazeta.pl z zasięgiem 32,7 % (teraz 53,6 %). Interię Bauer kupił dopiero 1,5 roku później, czyli pod koniec 2007 r. Za to znajdujemy w pierwszej 20. zestawieniu Gadu Gadu, Wapster.pl, Idg.pl i Gery.pl. Obserwując kolejne lata łatwo zauważyć, że po wielu spółkach internetowych i ich mocarstwowych zamiarach pozostało jedynie wspomnienie. Gdzie dziś jest Pino.pl w 01.2007 r. zajmujące 12 miejsce i mające zasięg 25,2 %, a w 01.2008 miejsce 16. i zasięg 20,34 %? Gdzie jest dziś z Fotka.pl – 01.2009 zasięg 22,04 %, albo z PF.pl i Pkt.pl odpowiednio 14. – 20,64 % i 15. – 20,50 % w styczniu 2009 roku.

Oddzielnie warto oceniać pozycję i miejsce trzech najstarszych i największych portali. Gdzie byłyby gdyby nie proces fuzji i przejęć w ostatnich miesiącach. Niegdyś byli inni duzi gracze notowani w pierwszej dwudziestce, jak Money.pl jest dziś częścią Wp.pl a ta wcześniej połączyła się swój zasięg z o2.pl, z kolei słabnąca NK „rozpłynęła się“ przecież w grupie Onet-RASP. Onet-RASP bez serwisów i ich zasięgów jakie zbudował przez kilka lat wydawca prasy (Fakt, Newsweek, Przegląd Sportowy) też nie byłby dziś graczem z ponad 70 % zasięgiem. Porównajmy także zasięg samych portali (bez zaagregowanych innych domen) i największego dziś serwisu gazety w Polsce, czyli Fakt.pl. Otóż Onet i Wp mają tylko ok. 28 - 29 % zasięgu, Fakt.pl już 19,44 % – dane za grudzień 2014 roku. Co będzie za rok albo dwa?

Jeszcze ciekawiej rzecz wygląda, gdy przyjrzeć się tylko kategorii Informacje i Publicystyka - screen. Jest ona dziś całkowicie zdominowana przez podmioty posiadające dużo treści. Wystarczyło kilka lat, by na czele były grupy i serwisy z zapleczem wydawniczym, telewizyjnym czy radiowym; nie dziwi także pozycja Natemat.pl – obojętnie jak oceniać serwis to przecież także twórca treści. Owszem ciągle wysoko są Wp, Interia, ale wiadomo, że Onet-RASP nie byłby liderem bez serwisów gazetowych. Wspomniany Fakt.pl jeszcze kilka lat temu w zasadzie nie istniał w sieci. Podobnie jak SE.pl – należący do ZPR Media. Na 2. miejscu jest dziś Polska Presse Group z zasięgiem 36,2 %, która jeszcze grudniu 2006 roku była reprezentowana w tej kategorii oddzielnie przez Naszemiasto.pl – 7,68 % i Wiadomosci24.pl – 2,91 % (miałem przyjemność zakładać i prowadzić ten ostatni serwis i dość szybko udało się mu zająć nawet 11 miejsce w tej kategorii z zasięgiem prawie 5 %). W owym czasie praktycznie nie istniały serwisy dzienników regionalnych Polskapresse, jak i Mediów Regionalnych, czyli dzisiejszych liderów zasięgu internetowego w niemal wszystkich województwach. Jako wieloletni pracownik Polskapresse i jego pionu internetowego mam prawo nawet twierdzić, że ogólnopolski projekt gazety Polska The Times opóźnił tylko szybką ekspansję w sieci wydawcy o jakieś dwa lata. Ale zostawmy to na ine dywagacje – dziś pierwsza 20. tej kategorii to przede wszystkim serwisy i grupy bazujące na własnym a nie agregowanym contencie.

Model prezentowany niegdyś przez Onet, Wp i Interię bowiem powoli staje się mało skuteczny. Aż chce się postawić tezę, że czas typowych portali agregujących treść kończy się. A dziś i Onet, i Wp wyraźnie podkreślają, że tworzą dużo własnej treści. Dowodzić tego ma projekt Autorzy w Onecie, czy silny nacisk na produkcję wideo w Wp. Nie dziwi, że ta grupa aktywnie pracuje nad przekonaniem rynku, że wchodząc na giełdę nie będzie wydmuszką oferującą tylko agregowane zewsząd treści (dobry ruch z Money.pl).

Zostawmy z boku same liczby. One tylko miały pokazać, że opinie o zapóźnieniu wydawców prasowych w internecie trzeba koniecznie i całkowicie zweryfikować. Wrażenie i opinie fachowców od „pure internetu“ pewnie się szybko nie zmienią bo wydawcy mają złą wiadomość dla internautów – kończy się epoka darmowej treści. Jeszcze trwa wzajemne przyglądanie się sobie, jeszcze panuje złudzenie, że wszystko będzie w sieci za damo, a paywalle zmniejszą oglądalność i internauci wybiorą darmowe zamienniki. Podtrzymuje to złudzenie także rosnąca rola Facebooka i Twittera, które dla wielu internautów stały się nową bramką do sieci. Już nie tylko Google, a kanały social mediowe są codzienną prasówką internautów. Wydawcy muszą być tam gdzie ich potencjalni odbiorcy stąd i ich aktywność tutaj, zobaczymy zresztą jak skończy się ta koegzystencja.

Pamiętajmy: tworzenie dobrej treści kosztuje. A model odsłonowy, czyli darmowa, agregowana treść to przede wszystkim wymuszanie kolejnych klików/odsłon. Powierzchni dla reklamodawców przybywa i będzie ona coraz tańsza. Ktoś kto szuka zasięgu kupuje odsłony bez kłopotu, wydając coraz mniej, a sam proces przeprowadzając coraz bardziej automatycznie.

Czy to będą paywalle, czy inne systemy nie wiem, ale jestem przekonany, że tak jak wydawcy nauczyli się już budować zasięg, tworzyć treść bezpłatną, dostępną tu i teraz będą coraz odważniej sięgać do kieszeni internautów. Agregujące treść portale są i będą za darmo, bo bezpłatna treść uzależnia internautów jak narkotyk. Stąd zasięgi nie będą jeszcze długo spadać, pytanie tylko - ważne dla reklamodawców - jaka jest jakość tego ruchu i samych internautów? Bo dość jasne jest, że kto będzie chciał informacji sprawdzonej, dobrej analizy, wywiadu, czy reportażu, opakowanej atrakcyjnie wizualnie infografiki musi się liczyć się z tym, że coraz częściej będzie musiał za nią płacić. Albo będzie skazany na medialną papkę niskiej jakości. To właściwie dość symboliczna gra słów. To pochodna od skrótu PAP - Polskiej Agencji Prasowej dostarczającej newsy do niemal każdego liczącego się gracza internetowego na rynku oraz od słowa oznaczającego przetrawioną, zaagregowaną papkę prostej, banalnej treści, która łatwo wchodzi do tępych głów.

W kilka lat wydawcy prasy z chłopca do bicia zmienili się w graczy dyktujących warunki w sieci. Ostatnio wydawca Puls Biznesu kupił Bankiera, czyli gracza internetowego. Nie odwrotnie. A to pewnie nie koniec tego typu posunięć wydawców...


***

W tekście używam danych m.in. ze strony http://panel.pbi.org.pl/megapanel.php wyrażonych w procentowym zasięgu a nie bezwzględnym - liczbowym. Internautów stale przybywa i rozsądnym kryterium porównawczym na przestrzeni 10 lat są dane zasięgowe. 

niedziela, 22 lutego 2015

Obama grozi palcem UE, a Google chce płacić Twitterowi


6 dni temu amerykański prezydent Barack Obama klarownie stwierdził: - Światowa sieć www należy do nas. To nasze firmy go stworzyły, rozwinęły i udoskonaliły. Mówił o tym w wywiadzie dla serwisu technologicznego Re/code. Skrytykował tym samym legislatorów z Komisji Europejskiej za tworzenie prawa, które ma powstrzymać ekspansję Google.

Słowa Baracka Obamy oczywiście spotkały się z reakcją europejskich polityków. – Być może prezydent Obama o tym zapomniał lub nie jest świadomy faktu, że autorami skarg w antymonopolowej sprawie Google są również firmy amerykańskie. Niektóre z nich, tak jak Yelp, mówią o tym otwarcie. Inne obawiają się zemsty – podkreślił europoseł Ramon Tremosa w wywiadzie dla Financial Times.

Wojna między amerykańskim gigantem Google, któremu urzędnicy KE zarzucają monopilizowanie rynku wyszukiwarek, przeniosła się już na polityczne salony. Koncern z Mountain View nie może pogodzić się z wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie tzw. prawa do bycia zapomnianym w internecie.

Ta polityczna gra toczy się gdzieś w tle negocjacji między USA i Europą nad umową TIIP, czyli Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji. Protesty przeciwko umowie ACTA były dość proste do zrozumienia – szczególnie ostro wybuchły w Polsce, gdzie internauci zgodnie uznali, że jej ewentualne wdrożenie odbierze im dostęp do bezpłatnej treści. TIIP to oficjalnie umowa handlowa budowana z myślą o małych i średnich firmach po obu stronach Atlantyku. Ma ona znieść bariery regulacyjne a obniżenie ceł ma otworzyć przed nimi nowe rynki zbytu.

- TTIP jest faktycznie poważnym zagrożeniem dla demokracji. Wynika to po pierwsze z planowane harmonizacji norm i standardów obowiązujących w UE i USA, a w praktyce równania ich do niższego poziomu, czyli do poziomu amerykańskiego. Oznacza to podporządkowanie procesowi deregulacji i prywatyzacji niemal wszystkich ważnych obszarów życia społecznego. Po drugie, planowane objęcie umową TTIP także mechanizmu rozstrzygania sporów między państwami a inwestorami (ISDS) może prowadzić do niemal całkowitego ubezwłasnowolnienia demokratycznych instytucji, w tym rządów i parlamentów – przestrzegała prof. Leokadia Oręziak w wywiadzie z Lidią Raś dla Gazetyprawnej.pl.

Wspomniany przez prof. Oręziak mechanizm ISDS może pomóc bronić swych interesów koncernom takim jak Facebook czy Google w sporach z poszczególnymi państwami. Firmy te, z politycznym wsparciem prezydenta USA, mają wielką szansę przeforsować swoje cele biznesowe wobec pojedyńczych krajów a nawet wielkiej UE.

Także ciekawie brzmią ostatnie zapowiedzi Google w sprawie współpracy z Twitterem. I one, przynajmniej na razie, nie wzbudziły zbyt wielkiego zainteresowania. A koncern z Mountain View zapowiedział, że za kilka miesięcy będzie indeksował w czasie rzeczywistym twetty w swoich wynikach wyszukiwania. Co więcej będzie Twitterowi za to płacił. Najprawdopodobniej zawarta zostanie umowa licencyjna, na mocy której Google zapłaci za dostęp do tych danych. Jakoś za to samo wydawcom na całym świecie Google płacić na razie nie chce. Jeśli dojdzie do takich rozliczeń wydawcy będą mogli tylko biernie przygladać się jak Twitter otrzyma pieniądze od Google m.in. za umieszczone tam twetty z linkami kierującymi do ich stron internetowych.

Na zdjęciu komunikat jaki wyświetla się internautom w Hiszpanii. Po wprowadzeniu prawa pozwalającego wydawcom pobieranie opłat za indeksowanie odnośników do ich stron Google oświadczył, że nie opłaca mu się utrzymywanie tej wersji językowej i - przynajmniej na razie - usługę wyłączył.
Ciekaw jestem teraz opinii internetowych "mądrali", którzy kilkanaście miesięcy temu dziwili się czemu Google ma płacić wydawcom za indeksowanie linków w Google News. Może ruch z Twitterem to dlatego, że Google nadal chce kupić Twittera. Oferował za niego na początku 2010 r. 2,5 mld, a pod koniec tego samego roku już 4 mld dolarów. Do transakcji nie doszło. Może bliższy związek obu firm coś oznacza?

niedziela, 18 maja 2014

Jak Google staje się wrogiem publicznym numer jeden w Europie


Dość niespodziewanie nadszedł czas gdy firma Google znalazła się pod silnym ostrzałem decydentów i mediów. Wreszcie zaczęto na poważnie dostrzegać zagrożenie jakie amerykański koncern z Mountain View niesie nie tylko dla wolności dyskusji (paradoksalnie sam stawia się w roli obrońcy tego prawa), ale dla równych warunków działania, dla konkurencyjności światowej gospodarki. UWAGA. Tekst jest pełen linków do źródeł.


Przypomnieć też warto, że jeszcze w lutym Google zdecydował się zmienić część zasad pokazywania wyników wyszukiwania. Od lat różne firmy oskarżały bowiem wyszukiwarkę, że ma uprzywilejowaną pozycję i m.in. manipuluje wynikami wyszukiwania oraz faworyzuje własne usługi, oczywiście kosztem konkurencji. Do sojuszu podmiotów krytykujących praktyki amerykańskiej firmy przyłączyło się ostatnio m.in. Allegro.

W tej walce na straconej pozycji eksperci stawiają wydawców prasowych skazując ich na powolne wyginięcie. Niestety, poza radami, że media tradycyjne mają się zmienić mało jest konkretów, porad, podpowiedzi jak prowadzić onlinowy biznes. Spór nabiera coraz intensywniejszych barw. Dla przypomnienia kilka ważnych wydarzeń z ostatnich kilku lat. 

Cykl życia firmy Google już kilka lat temu przekroczył pułap krytyczny. Gracze rynkowi (nie tylko wydawcy) nie protestowali dopóki Google był jedynie li tylko wyszukiwarką. Gdy w ostatnich 5 – 8 latach powstało wiele nowych produktów, które mogą konkurować z obecnymi dotąd na rynku graczami zaczęto na poważnie widzieć zagrożenie. MONOPOLU - nie bójmy się tego słowa. 


Google nie zawsze wygrywa. Często odnosi połowiczny sukces. Firma skapitulowała (a raczej zatrzymała swoją ekspansję) gdy przyszło jej walczyć o projekt Book Search. Pomysł Google opierał się na skanowaniu książek do cyfrowej bazy danych bez uzyskania wcześniejszej zgody właścicieli praw autorskich. Działania zwróciły uwagę wielu podmiotów prawa autorskiego i wydawców książek. Pozwali oni firmę z Mountain View o naruszenie praw autorskich, a Google zgodził się na polubowne załatwienie sprawy i wypłatę 125 mln dolarów odszkodowania. Produkt Book Search istnieje wciąż w sieci, ale nie jest jakoś aktywnie promowany przez Google, choćby z racji ubogiej oferty.

Google potrafi zrobić krok w tył, gdy natrafia na zdecydowany sprzeciw. Tak stało się w kilku krajach gdzie wydawcy (a dokładniej wydawcy tradycyjni, czyli prasowi) sprzeciwili się darmowej prezentacji swoich treści w automatycznie działającej wyszukiwarce/agergatorze Google News. W wielu krajach od lat toczy się walka o to, by firma Google płaciła producentom treści za nagłówki wykorzystane w Google News albo za fragmenty newsów prezentowane w wyszukiwarkach. Ostre spory na tym tle do tej pory wybuchały w Belgii, Francji, Niemczech oraz Brazylii.

Belgia. Firma Google porozumiała się z wydawcami. Umowa obejmowała m.in. różne umowy na usługi reklamy, w tym na reklamowanie usług Google w gazetach. Amerykańska firma w zamian obiecała zwiększenie widoczności treści wydawców m.in. przez współpracę przy dystrybucji treści na platformach mobilnych. Porozumienie warte było ponoć 6 mln dolarów. Amerykańska wyszukiwarka miała płacić za artykuł, do którego użytkownik dotrze za ich pośrednictwem lub za pomocą agregatora wiadomości (jak Google News). Marki takie jak "Le Soir", czy "La Libre Belgique" zniknęły z wyników wyszukiwania Google'a. Po tym jak drastycznie zmniejszył się ruch na stronach i przychody z reklam18 lipca 2011 roku, po miesiącu obowiązywania nowych zasad, belgijska Copiepresse się poddała. Uznała, że nie będzie egzekwować tego prawa.

Brazylia. Brazylijskie Narodowe Stowarzyszenie Prasy zakazało Google linkowania oraz umieszczania część leadu do publikowanych newsów wytworzonych przez firmy należące do stowarzyszenia. Według Stowarzyszenia internauci zamiast odwiedzać strony skanują tylko nagłówki i wstępy w Google News, a wydawcy tracą na takim zachowaniu.

Niemcy. Tu uregulowaniu stosunków Google=wydawcy całkiem niedawno pomogły tzw. pomocnicze prawa autorskie. Przeforsowano projekt ustawy, która daje niemieckim wydawcom prasy "wyłączne prawo do udostępniania w internecie treści w celach komercyjnych". Niemieckie gazety nie chcą bynajmniej zniknąć z internetu. Wydawcom - zresztą nie tylko u naszych zachodnich sąsiadów - nie przeszkadza, że firma z Mountain View w wynikach wyszukiwania oprócz tytułu publikuje fragmenty tekstów, ale sprzeciw budzi to, że nie płaci za to ani centa. A przecież Google zarabia na reklamach wyświetlanych przy wynikach wyszukiwania. Co ciekawe Google rozpętał w Niemczech silną akcję antylobbingową. W internecie firma z Mountain View dowodziła m.in., że ustawa miała oznaczać "wyższe koszty, mniej informacji i ogólną niepewność prawną".  Doszło do tego, że powstała strona z listą witryn, zawierających informacje na temat lokalnych członków parlamentu. To wszystko po to, by niemieccy internauci interweniowali bezpośrednio u nich, oczywiście zgodnie z interesem Google.
Gra na polu internetowym toczy się według reguł, które nadają takie firmy jak Google, Facebook, czy Twitter. Wydawcy ciągle gonią, próbują się dostosować, szukają skutecznych modeli biznesowych. Efekty są tego bardzo różne. Ostatnio z New York Times wyciekł interesujący wewnętrzny raport redakcyjny. Ich "innovation team" przez pół roku zbierał informacje by przeanalizować cyfrową strategię, zresztą nie tylko samej NYT.

Gdy mowa o NYT i jego próbach dostosowania się do cyfrowej rzeczywistości zawsze przypomina mi się film „prognoza przyszlości“ w postaci filmu science fiction o losach Google i NYT. 8-minutowy film stworzony przez fikcyjne Muzuem Historii Mediów przedstawiał „plan rozwoju“ Google. Film do obejrzenia tutaj http://idorosen.com/mirrors/robinsloan.com/epic/


W tym filmie, kilka lat temu, przewidywano, że w 2014 NYT ma przestać ukazywać się w princie. Patrząc na wyniki finansowe najważniejszej chyba gazety na świecie raczej nic tego nie zapowiada. Z problemami, ale wydawca ciągle rozwija cyfrową działalność, czerpiąc już z niej więcej przychodów niż z tradycyjnej. Można odwrócić bieg historii?

* Jeśli czytasz ten tekst i widzisz błąd lub informacje, które mogą ją uzupełnić proszę o sygnał - mail. Chętnie uzupełnię tekst o kolejne przykłady oraz linki do interesujących wpisów.

środa, 1 stycznia 2014

Pytania na 2014 rok. Pora na powrót do dziennikarskich wartości?


- Myślimy cały czas o tych, którzy chcą płacić za nasz serwis, a nie o tych co i tak nie zapłacą - mówił Romanus Otte, z Die Welt Online, Axel Springer, podczas październikowej konferencji INMA.org w Berlinie. W ten sposób odpowiedział na pytanie o ewentualne omijanie przez internautów wprowadzonych zabezpieczeń paywallowych przy dostępie do wersji premium serwisu Welt.de.
 
W ogóle w Berlinie padło wiele słów pełnych nadziei kierowanych pod adresem wszelkich rozwiązań i modeli biznesowych zmierzających do tego, by pobierać od internautów opłaty za dostęp do treści. -  Chcemy pieniędzy za naszą pracę - to zdanie, które trzeba odważnie powiedzieć internautom, a wygląda na to, że stanowią klucz do sukcesu w 2014 i latach następnych. Oczywiście trzeba pamiętać, że w świecie online przychody warto budować na różnych polach i realizując różne modele biznesowe. Ci, którzy taką komunikację z internautami rozpoczęli zbierają pierwsze doświadczenia. Mają je za sobą wydawcy na rozwiniętych rynkach starej Europy. Le Monde, Ekstrabladet.dk, Die Welt i wiele innych marek printowych - wszyscy inwestują w różnego typu paywalle i liczą na systematyczny wzrost przychodów.

Z jakimi efektami? Przedstawicielka Le Monde przyznawała, że po wdrożeniu modelu freemium pojawiło się wielu nowych subskrybentów - tym razem cyfrowej wersji. Są młodsi o ok. 12 lat od nabywców gazety w wersji drukowanej, 80% z nich to mężczyźni, aż 70% korzysta z tabletów, no i większość ma wysokie dochody. Czy to naprawdę taka zła wiadomość dla prasy coraz aktywniejszej w świecie cyfrowym? A Die Welt? Niemiecki dziennik pozyskał 47 tys. nowych abonentów w wersji cyfrowej.

Gdy mowa o tzw. tradycyjnych wydawcach powinno używać się nie określenia typu "treść", czy "content", a dziennikarskie informacje, wywiady, reportaże, itd. To twórczość dziennikarska odróżnia te modele od displayowej monetyzacji pełnej billboardów coraz rzadziej klikanych przez internautów. W numerze 6 kwartalnika „Nowe Media“ Alan D. Mutter - amerykański strateg medialny - używa terminu komodytyzacja (rozcieńczanie dziennikarstwa!), czyli utowarowienia informacji w sieci na określenie zjawiska powszechnej nadpodaży treści. Jest natychmiast. Wszędzie. Za darmo. Bezpłatna treść uzależnia odbiorcę. To nic, że treść jest coraz niższej jakości, ale internauta, który sam stał się współproducentem treści - smartfony zabijają branżę fotograficzną - zadowala się samym faktem dostępu do treści, a nie jej jakością.



Klikalność i presja na PV, tak jak i na cytowalność przysłoniła na jakiś czas wydawcom istotę problemu, że najważniejszy jest odbiorca, który świadomie nabywa dany produkt. I nie ma znaczenia, czy jest on drukowany, czy cyfrowy, na smartfona czy na tablet. Ruszyli śladem cyfrowych graczy, którzy do perfekcji opanowali optymalizację kosztów i dlatego oferują darmową treść. Potrafią nią bawić (triumf infotainmentu nad informacją) i przez chwilę wydawało się, że naśladując to zachowanie zasypią przychody utracone przy spadających nakładach wydań printowych. Reguły gry świata online odbiły się na jakości podstawowego produktu wydawców, bo szukając obniżki kosztów, rezygnując z dziennikarzy w ich miejsce zatrudniając media workerów gwałtownie obniżyli wartość i jakość produktu. Zapominając trochę o dotychczasowych klientach. Błąd, który dowodzi, że przybieranie cudzych szat w cyfrowym świecie nie musi oznaczać sukcesu.

Bo pozornie tylko w internecie walka toczy się o słupki PV, czy o ekonomię uwagi. We wspomnianym numerze “Nowych Mediów”, prof. Jeff Jarvis używa tego określenia. W zasadzie jest ona walką wszystkich ze wszystkimi o przyciągnięcie internauty do danej witryny. Tymczasem na dłuższą metę dla wydawcy i reklamodawców ważniejsze, cenniejsze okazuje się angażowanie odbiorcy, poznanie jego potrzeb i odpowiadanie na nie. Stąd gwałtownie rośnie potrzeba poszukiwania dobrych odpowiedzi na trudne pytania.
  
Czy kosztowne w produkcji treści dziennikarskie są “wystarczająco dobre”
do świata zdominowanego przez kliki? 
Czy dziennikarze i wydawcy koniecznie muszą w świecie cyfrowym walczyć
o odsłony czy czas przebywania internauty na stronie? 

Największą wartością jaką dysponują wydawcy są przecież dziennikarze, ich reputacja i renoma oraz zaufanie do samego brandu. W świecie cyfrowym dziennikarze świadczą usługi i tak naprawdę nie zajmują się informowaniem odbiorców o tym co się zdarzyło, ale raczej wyjaśnianiem świata, interpretowaniem zdarzeń. O tym, że coś się zdarzyło internauta może dowiedzieć z tv, radia, dowolnej strony informacyjnej w sieci. Nie minie chwila od zdarzenia a za sprawą Twittera, FB, agregatora treści w internecie będzie o tym wiedział każdy. I w wielu wypadkach powie mu o tym nie dziennikarz. Ale już usystematyzowanie wiedzy o zdarzeniu, komentarz, wyjaśnienie i potwierdzenie faktów z wypowiedziami świadków czy ekspertów – to już zadanie dla dziennikarzy. I nawet nie chcę wspominać tych wpadek, gdy ścigając się  na newsy media ośmieszają się publikując niesprawdzone treści – np. cytując fałszywe konta na Twitterze.

Terminu delinearyzacja, który znalazłem w książce francuskiego dziennikarza Bernarda Pouleta „Śmierć gazet, przyszłość informacji“ (wyd. Czarne, 2007 r.) używam na spotkaniach z dziennikarzami i w swoich prezentacjach. To zjawisko gdy internauta wybiera treści, które chce konsumować samodzielnie (znajduje ją korzystając z wyszukiwarki Google), albo z pomocą znajomych (linki znajomych Facebook, Twitter). Globalni gracze zza oceanu to obecnie największe bramki przez jakie internauci trafiają do sieci, a jednocześnie dostarczyciele ruchu na strony wydawców. Delinearyzacja, czyli brak pierwszej strony dla milionów internautów, od której zaczynają kosnumpcję treści to zła wiadomość dla producentów jakościowej, wartościowych materiałów. W tak ustawionej grze każdy arykuł w sieci żyje własnym życiem dzięki własnym zaletom (SEO), a jego wartość polega na zdolności pozyskania internautów, a zatem i reklamodawców. Pytanie tylko czy najlepsze artykuły to te, które przyciągają najwięcej czytelników/internautów, czy może jednak te, których temat przyciągnie najdroższe reklamy?

Dziennikarze obecni w social mediach pracują dziś nie tylko na rzecz marki/brandu, który ich zatrudnia. Budują zaufanie do niej, a jednocześnie sami stają się - jak nazwał to kiedyś Eryk Mistewicz - informacyjnymi siri. Są wartością, którą wydawcy muszą pielęgnować i rozwijać. Im większa wiarygodność informacyjnego siri tym wartościowszy internauta na stronie. Tym ich więcej, tym marka szybciej zbuduje swoją cyfrową pozycję?

Skoro mowa o marce i jakościowym contencie? Czy polskim internautom przyjdzie do głowy, by wierzyć we wszystko co czytają na stronach Onet, Wp, Interia? Portale od lat uczą odbiorców, że są agregatorami treści wytworzonej przez innych i najlepiej uprawiają komodytyzację. “Produkują” content najtaniej jak się da dostosowując koszty produkcji do kosztów pozyskiwania ruchu. 

Czy internauci mogą być gotowi płacić za dostęp do takich treści? Raczej nie, tymczasem w 2012 roku mniejsze, dużo mniejsze niż się wszyscy spodziewali, protesty internautów wzbudziło wdrożenie paywalla przez Piano Media na ponad 40 serwisach internetowych należących do 6 dużych grup medialnych. System pobierania opłat za dostęp do części materiałów zaoferowały marki, które są nadal - przynajmniej dla niektórych - synonimem wartości, jakości, wiarygodnych brandów. Czy dlatego, że oferowały materiały dziennikarskie a nie kiepskiej jakości, powszechnie dostępny content?

Rok 2014, a pewnie i kolejne lata zapowiadają się jako czas jeszcze intensywniejszego powrotu do źródeł, czyli do dziennikarstwa, które w oceanie bezpłatnej treści w sieci jest wyróżnikiem wydawców zatrudniających dziennikarzy. Pytań na które brak dobrych odpowiedzi tylko przybywa.

Zobaczymy…