Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spidersweb.pl. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spidersweb.pl. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 listopada 2014

Megapanel PBI czy Google Analytics? Dlaczego warto stawiać nie tylko na amerykańskie giganty

Kilka dni temu na Facebooku pojawił się pewien wpis na profilu założyciela Spidersweb.pl – Przemka Pająka. Dotyczył Megapanelu PBI. Autor kwestionował jego wiarygodność jako wiarygodnego narzędzia mierzącego ruch na serwisie, a jednocześnie podkreślał obiektywizm Google. Cyt. - Na pewno Google jest bardziej obiektywny niż Megapanel, bo stosuje tą samą metodologię dla wszystkich - komentował swój wpis Przemysław Pająk.

Zainspirowało mnie to i postanowiłem pogrzebać w pamięci, książkach, by zakwestionować tok myślenia, że amerykański i bezpłatny produkt zawsze - zwłaszcza w długoletniej perspektywie - jest dla nas lepszy. No i niejako przy okazji opisuję historię polskiego internetu, która mógłby, gdyby nie kilka okoliczności, wyglądać inaczej. Także w obszarze wyszukiwarek.

W 1997 roku w internecie nie istniała jeszcze wyszukiwarka Google, ale od 3 lat istniała wyszukiwarka Infoseek (link przekierowuje do stron koncernu Walta Disneya). Google Inc. została założona właściwie w 1998 r. przez dwóch doktorantów Uniwersytetu Standforda Amerykanina Larry’ego Page’a i Rosjanina Siergieja Brina. Opracowali nowatorską wówczas metodę analizy powiązań hipertekstowych - algorytm Backub przemianowany później na Page Rank, którą wykorzystali w prototypie obecnej znanej wyszukiwarki. To w 1997 r., czyli 17 lat temu na serwerach Interdyscyplinarnym Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego uruchomiono polską wersję wyszukiwarki Infoseek. Jeżeli ktoś wtedy chciał coś znaleźć w polskim internecie często wykorzystywał do tego tej wyszukiwarki (inne to www.altavista.pl, www.hotbot.com)

Google przetrwał bańkę internetową, Infoseek - nie

Google przetrwał bańkę internetową na przełomie tysiącleci, niestety wyszukiwarka Infoseek nie. W 2000 r. polska wersja wyszukiwarki Infoseek wraz z bazą została odkupiona od Infoseek Co. przez firmę IVP, by później wejść w skład portalu Arena.pl (kto jeszcze pamięta ten projekt?). Po dość krótkiej działalności Areny zakończonej spektakularnym bankructwem wyszukiwarka zniknęła z naszego rynku. A później i światowego. Do dziś istnieje jednak polska wersja strony, a nawet działa część przekierowań.

Już w sierpniu 2008 r. Google na rynku amerykańskim obejmował ok. 63 % rynku wyszukiwarek, a Yahoo odpowiadał za ok. 20 %. Wydawcy amerykańscy w drugiej połowie pierwszego dziesięciolecia tego wieku uznawali, że ruch w serwisach pochodzący z Google na poziomie 30 - 50 % nie jest niczym zaskakującym i niebezpiecznym. Polskie strony - może tylko z wyjątkiem portali, które zbudowały swój zasięg kilka lat temu - mają dziś wskaźniki nie odbiegające od tych danych. Twierdziłbym nawet, że wiele polskich serwisów jest jeszcze bardziej uzależnionych od ruchu z Google. Tymczasem wielu fachowców uważa, że „zdrowa“ struktura ruchu to 1/3 z wyszukiwarek, 1/3 z odwiedzin bezpośrednich, a 1/3 z referrali, czyli linków w tym z social media. I do tego wszyscy starają się dążyć.

Nie jest tajemnicą, że Google w indeksowaniu treści i odpowiadaniu na zapytania internautów bierze pod uwagę około 200 czynników wpływających na takie a nie inne miejsce w wynikach. Szerzej pisze o tym na blogach wielu specjalistów od SEO.

Tajemnice indeksacji robotów Google

Wielu producentów treści (pozostańmy przy określeniu – wydawcy) nie może przeboleć tego, że Google zarabia na treściach przez nich wytworzonych wyświetlając reklamy. Firma z Monutain View nie dzieli się tymi przychodami. Co ciekawe na YouTube, należącym także do Google, program partnerski pozwala twórcom zarabiać na reklamach. W licznych polemikach na temat tego jak Google działa w obszarze indeksowanych tekstów i zdjęć, czy robi to uczciwie pojawia się i argument, że tylko wydawanie coraz większych kwot na googlowskie AdWords pozwala zachować dobrą widoczność dla jego robotów. Dowodem mają być kłopoty wielu serwisów po każdorazowej aktualizacji mechanizmów Google typu Panda. Tajemnicą poliszynela jest szybkość indeksacji i widoczności zasobów, bo... nie jest wyłącznie zależna o działań SEO, ale właśnie od wydatków na AdWords. Dla właścicieli serwisów to trudne do zaakceptowania, że im więcej wydają na AdWords tym są lepiej „widziani przez Google“. Nie dość, że Google zarabia na treściach to jeszcze każe sobie płacić za to, by być lepiej widocznym. Dla wyszukiwarki perfekcyjny model biznesowy, niestety zabójczy dla podmiotów tworzących treść gdyż to one ponoszą koszty jej wytworzenia, a argumenty o ruchu pozyskiwanym od giganta stają się coraz mniej wiarygodne.

Wydawcy powszechnie próbują uregulować stosunki z amerykańską wyszukiwarką. Z różnym, na razie najczęściej marnym, skutkiem. W Niemczech uregulowaniu stosunków Google’a z wydawcami miały pomóc tzw. pomocnicze prawa autorskie. Przeforsowano projekt ustawy, która dał niemieckim wydawcom prasy "wyłączne prawo do udostępniania w internecie treści w celach komercyjnych". Stowarzyszenie skupiające wydawców (około 200 podmiotów) o nazwie VG Media pozwało giganta z Mountain View i zobowiązało do odprowadzania opłat licencyjnych za wykorzystanie fragmentów tekstów dłuższych niż "pojedyncze słowa lub krótkie fragmenty". W reakcji na to amerykańska firma ogłosiła, że zmniejszy widoczność treści od wydawców i zaprzestała wyświetlania w wynikach fragmentów tekstów takich serwisów jak Bild.de czy Bunte.de. Wynik był z góry przesądzony. Po usunięciu z wyników wyszukiwania linków do wydawców ruch spadł im co najmniej o 40 %. A co za tym idzie i przychody.

To dlatego Ringier Axel Springer chce ponownie współpracować z Google. Mathias Doepfner prezes Ringier Axel Springer jest nawet zdania, że ten przypadek jest tylko dowodem na to, że wyszukiwarka przestała być tylko wyszukiwarką i dyskryminuje wydawców, a także dopuszcza się nadużyć. Wydawcy szukają jeszcze ratunku w strukturach UE. - Google musi płacić autorom z krajów Unii Europejskiej za wykorzystywanie ich własności intelektualnych - uważa Guenther Oettinger, unijny komisarz do spraw gospodarki cyfrowej i społeczeństwa. I zapowiedział ostatnio przeforsowanie zmiany unijnego prawa, która ma to umożliwić.

Ile zarabia Google w Polsce? Czy płaci podatki?

Spójrzmy w dane ADEX - cykliczne badanie służące do mierzenia wydatków na reklamę internetową. Projekt od 7 lat realizuje IAB Polska wspólnie z PwC, a jego wyniki stały się standardem rynkowym. Są też bazą dla analiz dotyczących wydatków reklamowych w polskiej sieci. Ostatni dokument dostępny na stronie IAB Polska obejmuje pierwszą połowę 2014 r. W pierwszym półroczu wartość cyfrowej reklamy w Polsce przekroczyła 1,25 mld zł. Marketing w wyszukiwarkach, czyli SEM to aż 37 % tego tortu, a zatem lekko licząc ponad 460 mln zł, czyli prawdopodobnie rocznie ponad 920 mln zł. Nie trzeba wielkiej filozofii, by wiedzieć, że Google przy zasięgu 92,5% wśród polskich internautów (ponad 20 mln internautów) zgarnie w 2014 r. większość z tej kwoty.

Ile z tych z grubsza licząc 900 mln dolarów zostaje w Polsce i wpływa na rozwój naszej gospodarki? Oficjalne dane do jakich można dotrzeć (KRS spółki Google Polska – dostępny m.in. na stronie www.przeswietl.pl) pokazują, że Google Polska w 2012 r. zapłacił nieco ponad 1 mln zł podatków przy sprzedaży na poziomie 155 mln zł. Firma Google zatrudnia w Polsce sporo osób. I pewnie płaci im nieźle – w końcu wybiera zwykle najlepszych z najlepszych. Jednak sama, podobnie jak wiele innych koncernów, korzysta z optymalizacji podatkowej i płaci podatki od dochodów w innych krajach, np. w Irlandii. Część dochodów z AdWords, AdSense i innych produktów Google’a księgowana jest bowiem w Google Ireland Limited (Barrow Street, Dublin).

Gemius, czyli dlaczego Megapanel PBI

Gemius to firma, która wypączkowała z założonej w Polsce 1999 roku firmy Global eMarketing. Już w 2002 roku wdrożyła badanie Prawdziwy Profil, który stał się pierwowzorem obecnego dziś badania Megapanel należącego do spółki PBI. Gemius obecny jest dziś na co najmniej kilkudziesięciu rynkach.

Badanie Prawdziwy Profil, które stało się standardem na naszym rynku i znane jest dziś jako Megapanel PBI (z udziałem panelistów) tym różni się od badań typu Google Analytics, że daje dość przybliżony wizerunek internautów, a nie faktycznie urządzeń z jakich ktoś odwiedził stronę. Badanie powstało na wzór badań telewizyjnych - stąd grupa panelistów. To przecież nie urządzenia klikają w reklamę i podejmują decyzje zakupowe, a ludzie, którzy ich używają. Badania panelowe nie są idealne, ale bazując na iluś tam gospodarstwach domowych są w stanie oddać, po analizie, jakościowo lepszą bazę. W największym skrócie wszyscy bazują na tzw. cookies, czyli wskaźnikach Unique Users (UU) do pokazywania liczby użytkowników na witrynach internetowych. Ta statystyka jest jednak obarczona dużym błędem i generalnie zawyża liczbę użytkowników na stronach – używamy przecież coraz więcej urządzeń. Owszem Real Users (RU) daje zdecydowanie niższe wyniki ilościowe, ale pokazuje lepsze jakościowe dane dotyczące użytkowników.

Badania są pewnego rodzaju wspólną walutą jako używają do rozliczania się między sobą wydawcy serwisów i reklamodawcy. Ci drudzy chce wydać pieniądze na reklamę i muszą dokładnie wiedzieć na co je wydać i co w ramach budżetu otrzymują. Z kolei właściciel witryny usiłuje przekonać reklamodawcę, że ma tych internautów zainteresowanych usługą czy produktem bardzo dużo. Czy systemy pokazujące tylko liczbę wizyt, czy cookies są lepsze od tych, które przybliżają reklamodawcy grupę prawdziwych internautów? Konkretnych osób podejmujących takie a nie inne decyzje zakupowe. Czy narzędzie proponowane przez amerykańskiego giganta przez to, że pokazuje więcej Unikalnych Użytkowników, ma zastąpić produkt rodzimej firmy? Dlatego, że jest stosowane powszechnie, bo jest bezpłatne?

Czy mogła powstać polska konkurencja dla Google'a?

Model biznesowy właściciela Analytics to przede wszystkim pieniądze pozyskane od właścicieli serwisów chcących być widocznymi w wynikach wyszukiwania. Wiele narzędzi Google wciąż pozostaje bezpłatnych, w tym i te analityczne. Gdy jednak chcemy pozyskać wiarygodną, bardziej szczegółową wiedzę musimy sięgać po produkty Premium.

Miałem przyjemność redagować książkę „E-wangeliści. Ucz się od najlepszych twówców polskiego internetu“. W zamieszczonych w niej wypowiedziach Jacka Kawalca, jednego z założycieli Wirtualnej Polski i Zbigniewa Sykulskiego założyciela Merlin.pl, pojawiają się ciekawe wątki dotyczące powstania polskiej wyszukiwarki. Chodzi o okres 1997 – 2003 gdy istniała całkiem realna perspektywa stworzenia wyszukiwarki na bazie Netsprint.pl. Marcin Pery jeden z twórców sukcesu Gemiusa namawiał nawet kiedyś portale do wspólnego kupienie Netsprinta i zbudowania wyszukiwarki zdolnej przeciwstawić się amerykańskim rozwiązaniom.

O tym, że w tamtych latach Google nie wszędzie zmonopolizował rynek wiemy np. z historii rynku południowych sąsiadów. W Czechach wyszukiwarka Seznam.cz ma wciąż 43 % (dane za 2013 r.) udziałów w rynku choć jeszcze w 2011 roku było to 60 %. Nie wspomnę o Rosji gdzie Yandex ma około 60 %, udział w rynku czy Chinach, gdzie tamtejszej wyszukiwarki Baidu używa 64 % internautów.

Co ciekawe instytucje UE, która bardzo chce wspierać europejski e-biznes i często o tym mówi sama korzysta z rozwiązań analitycznych ...Google. W tym roku europejscy dostawcy tego typu narzędzi stworzyli koalicję Web Analytics Alliance. Chcą wspólnymi siłami zachęcić instytucje unijne do korzystania z rozwiązań analitycznych europejskich firm.

***

Dla mnie ani Google Analytics nie jest idealny, ani Megapanel/PBI, ale starałem się spojrzeć na pewne procesy z szerszej i dłuższej perspektywy. Google jest świetną, dopracowaną wyszukiwarką. Niestety, coraz silniejsza monopolistyczna pozycja amerykańskiej firmy, już nie tylko jako wyszukiwarki, zagraża istnieniu tysiącom firm na całym świecie. Nie kwestionuje pozytywnego wpływu Google na światową gospodarkę, nie tylko internetową, bo taki po prostu też jest. Tylko, że pieniądze jakie zarabia amerykański koncern w Polsce mogłyby być – gdyby inaczej potoczyła się historia np. rynku wyszukiwarek – spożytkowane lepiej. Zwłaszcza dla rodzimych przedsiębiorstw, a co za tym idzie i dla nas jako pracowników i podatników. Jak? To już dowolna interpretacja każdego z tych, którzy dotarli do końca tekstu. Próbowałem tylko pokazać fakty związane z wyszukiwarką i powstałą w Polsce dużą firmą badawczą, obecną na wielu rynkach Europy.

sobota, 5 października 2013

Dlaczego w internecie dziennikarze nie wierzą w swoje umiejętności? Na marginesie „afery z Lisem“

Dziennikarze i publicyści grillują Tomasza Lisa i Tomasza Machałę. Po części słusznie. Po słynnych parówkach i jeansach przyszedł czas na utyskiwanie nad kolejną reklamą natywną o napoju i hotelach. Ten felieton to próba opowieści nie o reklamie natywnej czy nadszarpywaniu niezależności dziennikarskiej, rozregulowania standardów moralnych a o pewnym braku wiary w to co samemu się robi. Dziennikarze chyba wciąż nie wierzą, że to co wytwarzają ma jakąś wartość. No i nie pomagają im w tym sami wydawcy...



Gdy kilkanaście miesięcy temu startował portal Natemat.pl po cichu - myślę, że nie ja jeden – liczyłem, że portal będzie oferował dostęp do tekstów dopiero po rejestracji i za opłatą. Że model biznesowy tego przedwsięwzięcie będzie przeczył temu co obowiązywało w sieci – monetyzacji użytkownika poprzez wyświetlanie reklam display. Zmiana jakościowa nie nastąpiła bo Tomasz Lis i jego zespół zwątpił w to co chciał oferować: wartość dodaną jaką jest dobra robota dziennikarska. Usiadł okrakiem na barykadzie i usiłuje przekonać, że dla dobra swojego biznesu warto naruszać zasady moralne i sprzedawać siebie, czyli...
eksperymentować z reklamą natywną.

Ten banał wszyscy znamy: wiele lat temu wydawcy popełnili błąd i nie docenili internetu. Łatwo zgodzili się na to, by ich treści pojawiały się za darmo. Nauczyli odbiorców (pozwalając rosnąć portalom horyzontalnym), że treść jest dostępna zawsze, na wyciągnięcie ręki i nie trzeba za nią płacić. A jeśli już to mają płacić swoją uwagą, klikaniem w przeszkadzające banery reklamowe. Światowe giganty z USA są zainteresowane podtrzymywaniem tezy, że internet powinien być przestrzenią wolnej informacji, darmowej informacji. Producenci treści ponoszą koszty jej wytworzenia, ale nie otrzymują wystarczającej stopy zwrotu z dostarczania treści do sieci. Google, Facebook czy Twitter zagospodarowują sporą część czasu i uwagi potencjalnych klientów. Pora wspólnie walczyć np. z Google, który dziś jest nie tylko wyszukiwarką, a swoimi produktami potrafi ściągać z polskiego rynku połowę pieniędzy wydawanych w sieci w Polsce. Zastanowić się z pożytków płynących z Facebooka. Spadają zasięgi fan pagów? Facebook ci je przywróci. Za pieniądze...

Trzeba przyklasnąć Tomaszowi Lisowi i Tomkowi Machale, że odważnie mierzą się z problemem monetyzacji w sieci. Tylko czy to jest dobra droga? Jak w uciesznej wersji „natywnej informacji“ Marek Magierowski przedstawiał na Twitterze, mieszanie roli dziennikarza i sprzedawcy reklamy nie jest, napiszę enigamtycznie, rozsądne. Moim zdaniem Natemat.pl i wielu innych wydawców odważnie musi powiedzieć swoim odbiorcom: nasza treść kosztuje, jej wytworzenie nie jest tanie. Internauto płać!
Pewnie będzie źle, bardzo źle na początku jeśli chodzi o przychody. Piano Media – o ile wolno mi cokolwiek ujawniać – nie powala skalą przychodów, ale cały czas liczba kupujących dostępy wyraźnie rośnie. Co przyciąga ludzi? Jakościowa, czy raczej unikalna i wartościowa treść. Nie lubię słowa jakościowa – dla każdego co innego jest bowiem wyznacznikiem jakości. Tego dnia gdy Mariusz Szczygieł opublikował słynny reportaż o nauczycielce Agora, a zarazem i Piano zanotowała rekordowe wzrosty. Po kilku miesiącach bardzo wielu z tych incydentalnie zainteresowanych reportażem nadal jest subskrybentami Piano.

Wracając do sytuacji, która mogłaby (tryb przypuszczający :) powstać po gremialnym zamknięciu dostępów do serwisów wydawców... Swego rodzaju pustkę wypełniłyby portale (ile jest tam treści z PAP, a ile pochodzi z gazet), czy blogerzy. Jeśli – jako dziennikarze – tego się boimy to nie wierzymy, iż znajdą się ludzie gotowi płacić za naszą pracę. Przy okazji zastanawiam się dlaczego słynny Kominek nie chce pobierać opłat za dostęp do swojej treści? Ma wiernych, wierzących w jego markę czytelników. Albo specjalistyczne portale Antyweb.pl czy Spidersweb.pl już powinny eksperymentować z modelem dobra treść=opłata.

Za co internauta ma płacić? Za treść masową: wypadki, wydarzenia polityczne, czy sportowe, pożary, plotki o celebrytach, itd.? Słowem newsy będące wszędzie w sieci, w tv mielącej 24 godz. na dobę kilka tematów, w radiu, w gazetach? Tymczasem prawdziwe zadanie dziennikarskie to pomaganie odbiorcy w znalezieniu odpowiedzi na pytanie nie co?, gdzie? i kiedy się zdarzyło, ale ...dlaczego. Kształtowanie opinii publicznej, kreowanie świata wartości. Oczywiście część internautów może zechce świadomie wybierać bezpłatny zamiennik, nawet słabej jakości. A jeśli damy mu wartość dodatkową?

Dziennikarze nie mogą zapominać, że zawsze będzie zapotrzebowanie na dobrą usługę. Na wyjaśnianie tego co dzieje się wokół nas. Odbiorca jest gotów zapłacić za coś co stanowi dla niego jakąś wartość. Może chce oszczędzać swój czas i dlatego sięgnie po wyselekcjonowane, przygotowane informacje? Może potrzebuje, by dobrze wyjaśnił mu to ten a nie inny dziennikarz czy redaktor? Zbyt często jednak do świata digital dziennikarze przykładają schematy znane z gazety, radia, czy tv. To nie jest monolog, to jest dialog! A wielu dziennikarzy prasowych, czy telewizyjnych nadal wie lepiej czego potrzebuje ich odbiorca. Nawet gdy korzystają z social media bardziej zajmują się przemawianiem... Wcale lub bardzo rzadko próbują się dowiedzieć co interesuje odbiorców-klientów.

Reklama natywna? Odbieram ten pomysł jako próbę zburzenia ściany jaką dziennikarze i redaktorzy zawsze odgradzali się od reklamy, marketingu. Oczywistą próbę myślenia biznesowego, bo Lis i Machała gdy zostali wydawcami musieli zacząć myśleć nie tylko newsem, opinią, ale i Exelem. Nie rozgrzeszam akcji i reklamy natywnej i nie pochwalam firmowania swoim nazwiskiem produktów. Prawda leży gdzieś pośrodku. Zwłaszcza, że podejścia biznesowego w redakcjach nigdy za wiele nie było. Reklama to coś czym prawdziwy dziennikarz się brzydzi, a redaktorzy naczelni - słusznie - stawiają granice, których nie wolno przekraczać. Przychody reklamowe to zawsze było coś gorszego, czym dziennikarz się nie interesował. Podniecenie w redakcjach wywoływały nie przychody reklamowe a cytowania. Ale nimi nie płaci się wierszówki. Owszem są ważne, w jakiejś części budują wartość brandu ułatwiając zadanie reklamie. Chwała Lisowi i Machale, że próbują myśleć biznesowo, ale ten sposób do końca mi się nie podoba. Exel wymusza eksperymentowanie, ale efekty i szczegóły pewnie lepiej przedstawi wkrótce Arnold Buzdygan http://arnoldbuzdygan.com/, który 30 sierpnia zapowiedział, że dobierze się do wyników finansowych Natemat.pl

Dopóki dziennikarze sami nie uwierzą, że treści, które przygotowują mają wartość, dopóty chętnych do płacenia nie będzie. Udawanie, że jesteśmy niezależni, że nie tracimy niezależności idąc na skróty „firmując“ parówki, jeansy czy napoje izotoniczne nie rozwiąże problemu. Ci, którzy przynoszą pieniądze chcą jednego – dotarcia do swoich klientów. Chcą procesu transakcyjnego w offline, czy online. Firmy nauczyły się już, że nie potrzebują do tego pośredników w postaci mediów. Potrafią docierać do odbiorców kupując AdWordsy w Google czy kampanie na FB. Coraz częściej sygnalizują w reklamach „znajdziesz nas na Facebooku“ co oznacza, że pieniędzy w mediach może być coraz mniej.


Reklamodawca ma swój cel i w świecie digital zadaniem wydawcy a zatem i dziennikarza jest mu to ułatwić. Wiarygodność jednak nie jest na sprzedaż. Zamiast dorabiać ideologię do potrzeby zarabiania, by utrzymać biznes jako dziennikarze powinniśmy szeroko otworzyć się na odbiorców, a tym samym ułatwić zadanie ludziom od reklamy. Nadal cenną wartością dla marek będzie występowanie obok wartościowej treści, obok marek jaką samą w sobie są i powinni być w przyszłości dziennikarze w sieci. Lis i Machała będą mieć większą wartość dla reklamodawcy, gdy będą uprawiać dziennikarstwo, a nie mrugać okiem, że jeden napój jest lepszy niż inne. Mylę się?

Jako środowisko dziennikarskie wyjątkowo uważnie patrzymy sobie na ręce zamiast uważnie przyjrzeć się najważniejszym graczom na rynku. Opowiadać częściej np. o tym, że Google nie płaci w Polsce wystarczająco wysokich podatków albo, że wiele NGO-sów walczących o wolność w sieci finansowanych jest zawoalowany sposób przez giganta z USA (ostre oskarżenie - wiem) zainteresowanego tym, by sieć www była „wolna i otwarta“. Kto z polskich dziennikarzy prowadził śledztwo i interesował się tym, że jednym z udziałowców Google na amerykańskiej giełdzie jest George Soros. Wśród wspierających fundację http://panoptykon.org, jest http://www.opensocietyfoundations.org/, której założycielem jest George Soros... Czy coś zarzucam Panoptykon.org? Nie. Wolałbym jednak wiedzieć dlaczego Google ma taki problem z uczciwym rozliczeniem się z producentami treści.


Chciałem tylko opisać sytuację nie moralizować. Świat nie jest czarno-biały. Prawdziwym problemem nie są ani płatności, ani platformy, tablety, czy smartfony... Internauci wydają pieniądze w sieci, kupują gry, muzykę. Będą płacić za dostęp do treści dziennikarskiej. Zrobią to dopiero wtedy, gdy uwierzą w nią sami dziennikarze. 

.......................................................................................................................

PS Z Google źle, bez niego jeszcze gorzej. Paradoks polega na tym, że krytykując m.in. Google używam jednocześnie jego platformy blogowej. Zaznaczam, że czynię to świadomie.