Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Facebook. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Facebook. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 stycznia 2014

Orwell pomylił się o 30 lat. Kilka słów o prywatności w sieci


George Orwell w słynnej powieści „1984“ opisał życie jednostki kontrolowane i podporządkowane wszechpotężnej władzy państwa. Informacje dotyczące zakupów dokonywanych przez Google (zakup firmy NestLabs z zarejestrowanymi ponad 100 patentami zajmującej się nowoczesnymi termostatami, a faktycznie grupę osób, które współtworzyły w Apple słynnego iPoda), czy pojawienie się aplikacji NameTag firmy FacialNetwork pokazują, że  rzeczywistość dogoniła przewidywania w powieści Orwella. Autor powieści pomylił się „tylko“ o około 30 lat.

Wydaje ci się, że starannie chronisz swoje dane osobowe na Facebooku, że profil jest prywatny? Albo, że Twój adres e-mail jest Twoją własnością? Facebook nie pozwala zmienić głównego adresu e-mail, ani numeru telefonu używanego do logowania się w swoim serwisie gdy chcemy korzystać z usługi wysyłania kodu dostępu na numer telefonu. Albo gdy masz tylko adres G-mail znajomego a nie wiesz czy ma konto na FB skorzystaj ze strony pozwalającej zresetować hasło - jesteś w stanie odnaleźć jego profil na Facebooku.

Z kolei dzięki najnowszej aplikacji NameTag można zrobić zdjęcie dowolnej osobie na ulicy, a program sam odszuka na podstawie twarzy jej profile w serwisach społecznościowych i pokaże wszystkie „ślady“ jakie ta osoba zostawiła w cyfrowym świecie. Łatwiej Ci będzie zacząć rozmowę bo zobaczsz nawet linki do profili danej osoby w serwisach randkowych. W USA aplikacja sprawdza nawet rejestr skazanych za przestępstwa seksualne. 

W powieści „1984“ wszechobecne teleekrany pełniły funkcję kamer szpiegowskich, wymuszających bezwzględne posłuszeństwo na ludziach. Najdrobniejsze wykroczenie poza normę (np. niezadowolony wyraz twarzy) jest natychmiast wykrywane i kończy się ewaporacją, czyli nie tylko śmiercią fizyczną, ale i całkowitym wymazaniem z historii. Osoba, która została ewaporowana, oficjalnie nigdy nie istniała. 

W ciągu ostatnich 10 – 20 lat nie tylko internetowym korporacjom udało się przekonać  społeczeństwo, że cyfrowa rzeczywistość jest fajna i lepsza niż ta w której żyjemy. Uwierzyliśmy. Zapatrzeni w możliwości technologii, zachwyceni urokiem serwisów social media. I nie tylko ich. Systematycznie oddajemy coraz więcej prywatności w cudze ręce. Bezkrytycznie wypełniamy formularze danych Googla, czy Facebooka. Wrzucamy zdjęcia (pozowane, fotoszopowane, selfie z dziubkiem) i filmy do sieci, tagujemy je, decydujemy się na umieszczanie w świecie digital wielkiej cześci swego życia prywatnego i zawodowego. 

Z ręką na sercu ilu z nas czyta bardzo szczegółowe i długie regulaminy, który serwuje nam serwis obsługujący jedną szóstą część ludzkości - Facebook? Albo Google? Po raz pierwszy po wielu miesiącach zajrzałem do ustawień swego profilu w Google. Ile tam nowych pól, dziwnych powiązań z dziesiątkami usług Google! Nie słychać też o masowych protestach internautów przeciwko najnowszej możliwości wysyłania maili jakie oferuje Gmail dzięki koncie w Google+. Od teraz możesz dostać maila od osób, które są w Twoim kręgu znajomych. Nie muszą znać Twego maila. 

Ponoć to wszystko w naszym dobrze pojętym interesie. Także w imię naszego bezpieczeństwa Microsoft udostępni dane użytkowników Skype’a rosyjskim służbom specjalnym. Koncern będzie przechowywał przez 6 miesięcy nagrania rozmów, pliki i dane. Nie robi już na nikim wrażenia wieść, że amerykańska Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) posiada technologię, która umożliwia połączenie się z komputerami drogą radiową. NSA jest teraz w stanie włamać się do komputera, który nie jest podłączony do internetu.

W relacjach z państwem i z cyfrowymi korporacjami mamy coraz mniej prywatności. Na własne życzenie. Standardy i umowy nie są przestrzegane, a prawa obywateli ustępują interesom rządów. W „1984“ Orwella istniały 3 mocarstwa (Eurazja – zdominowana przez ZSRR, Oceania – zdominowana przez USA, Wschódazja – pod wodzą Chin), które nieustannie prowadzą wojny. Dwa mocarstwa nawiązywały sojusz i atakowały trzecie. Następnie sojusz został zrwany, jeden z sojuszników przechodził na stronę wroga i wspólnie z nim atakował osamotnione państwo. Wojna trwała cały czas, ponieważ żadnemu z przywódców nie zależało na zakończeniu. Dzięki temu rządzącym łatwiej jest wymóc posłuszeństwo...

Czytaj też w serwisie Panoptykon.org co w zakresie prywatności internautów w sieci wydarzyło się w 2013 roku

środa, 1 stycznia 2014

Pytania na 2014 rok. Pora na powrót do dziennikarskich wartości?


- Myślimy cały czas o tych, którzy chcą płacić za nasz serwis, a nie o tych co i tak nie zapłacą - mówił Romanus Otte, z Die Welt Online, Axel Springer, podczas październikowej konferencji INMA.org w Berlinie. W ten sposób odpowiedział na pytanie o ewentualne omijanie przez internautów wprowadzonych zabezpieczeń paywallowych przy dostępie do wersji premium serwisu Welt.de.
 
W ogóle w Berlinie padło wiele słów pełnych nadziei kierowanych pod adresem wszelkich rozwiązań i modeli biznesowych zmierzających do tego, by pobierać od internautów opłaty za dostęp do treści. -  Chcemy pieniędzy za naszą pracę - to zdanie, które trzeba odważnie powiedzieć internautom, a wygląda na to, że stanowią klucz do sukcesu w 2014 i latach następnych. Oczywiście trzeba pamiętać, że w świecie online przychody warto budować na różnych polach i realizując różne modele biznesowe. Ci, którzy taką komunikację z internautami rozpoczęli zbierają pierwsze doświadczenia. Mają je za sobą wydawcy na rozwiniętych rynkach starej Europy. Le Monde, Ekstrabladet.dk, Die Welt i wiele innych marek printowych - wszyscy inwestują w różnego typu paywalle i liczą na systematyczny wzrost przychodów.

Z jakimi efektami? Przedstawicielka Le Monde przyznawała, że po wdrożeniu modelu freemium pojawiło się wielu nowych subskrybentów - tym razem cyfrowej wersji. Są młodsi o ok. 12 lat od nabywców gazety w wersji drukowanej, 80% z nich to mężczyźni, aż 70% korzysta z tabletów, no i większość ma wysokie dochody. Czy to naprawdę taka zła wiadomość dla prasy coraz aktywniejszej w świecie cyfrowym? A Die Welt? Niemiecki dziennik pozyskał 47 tys. nowych abonentów w wersji cyfrowej.

Gdy mowa o tzw. tradycyjnych wydawcach powinno używać się nie określenia typu "treść", czy "content", a dziennikarskie informacje, wywiady, reportaże, itd. To twórczość dziennikarska odróżnia te modele od displayowej monetyzacji pełnej billboardów coraz rzadziej klikanych przez internautów. W numerze 6 kwartalnika „Nowe Media“ Alan D. Mutter - amerykański strateg medialny - używa terminu komodytyzacja (rozcieńczanie dziennikarstwa!), czyli utowarowienia informacji w sieci na określenie zjawiska powszechnej nadpodaży treści. Jest natychmiast. Wszędzie. Za darmo. Bezpłatna treść uzależnia odbiorcę. To nic, że treść jest coraz niższej jakości, ale internauta, który sam stał się współproducentem treści - smartfony zabijają branżę fotograficzną - zadowala się samym faktem dostępu do treści, a nie jej jakością.



Klikalność i presja na PV, tak jak i na cytowalność przysłoniła na jakiś czas wydawcom istotę problemu, że najważniejszy jest odbiorca, który świadomie nabywa dany produkt. I nie ma znaczenia, czy jest on drukowany, czy cyfrowy, na smartfona czy na tablet. Ruszyli śladem cyfrowych graczy, którzy do perfekcji opanowali optymalizację kosztów i dlatego oferują darmową treść. Potrafią nią bawić (triumf infotainmentu nad informacją) i przez chwilę wydawało się, że naśladując to zachowanie zasypią przychody utracone przy spadających nakładach wydań printowych. Reguły gry świata online odbiły się na jakości podstawowego produktu wydawców, bo szukając obniżki kosztów, rezygnując z dziennikarzy w ich miejsce zatrudniając media workerów gwałtownie obniżyli wartość i jakość produktu. Zapominając trochę o dotychczasowych klientach. Błąd, który dowodzi, że przybieranie cudzych szat w cyfrowym świecie nie musi oznaczać sukcesu.

Bo pozornie tylko w internecie walka toczy się o słupki PV, czy o ekonomię uwagi. We wspomnianym numerze “Nowych Mediów”, prof. Jeff Jarvis używa tego określenia. W zasadzie jest ona walką wszystkich ze wszystkimi o przyciągnięcie internauty do danej witryny. Tymczasem na dłuższą metę dla wydawcy i reklamodawców ważniejsze, cenniejsze okazuje się angażowanie odbiorcy, poznanie jego potrzeb i odpowiadanie na nie. Stąd gwałtownie rośnie potrzeba poszukiwania dobrych odpowiedzi na trudne pytania.
  
Czy kosztowne w produkcji treści dziennikarskie są “wystarczająco dobre”
do świata zdominowanego przez kliki? 
Czy dziennikarze i wydawcy koniecznie muszą w świecie cyfrowym walczyć
o odsłony czy czas przebywania internauty na stronie? 

Największą wartością jaką dysponują wydawcy są przecież dziennikarze, ich reputacja i renoma oraz zaufanie do samego brandu. W świecie cyfrowym dziennikarze świadczą usługi i tak naprawdę nie zajmują się informowaniem odbiorców o tym co się zdarzyło, ale raczej wyjaśnianiem świata, interpretowaniem zdarzeń. O tym, że coś się zdarzyło internauta może dowiedzieć z tv, radia, dowolnej strony informacyjnej w sieci. Nie minie chwila od zdarzenia a za sprawą Twittera, FB, agregatora treści w internecie będzie o tym wiedział każdy. I w wielu wypadkach powie mu o tym nie dziennikarz. Ale już usystematyzowanie wiedzy o zdarzeniu, komentarz, wyjaśnienie i potwierdzenie faktów z wypowiedziami świadków czy ekspertów – to już zadanie dla dziennikarzy. I nawet nie chcę wspominać tych wpadek, gdy ścigając się  na newsy media ośmieszają się publikując niesprawdzone treści – np. cytując fałszywe konta na Twitterze.

Terminu delinearyzacja, który znalazłem w książce francuskiego dziennikarza Bernarda Pouleta „Śmierć gazet, przyszłość informacji“ (wyd. Czarne, 2007 r.) używam na spotkaniach z dziennikarzami i w swoich prezentacjach. To zjawisko gdy internauta wybiera treści, które chce konsumować samodzielnie (znajduje ją korzystając z wyszukiwarki Google), albo z pomocą znajomych (linki znajomych Facebook, Twitter). Globalni gracze zza oceanu to obecnie największe bramki przez jakie internauci trafiają do sieci, a jednocześnie dostarczyciele ruchu na strony wydawców. Delinearyzacja, czyli brak pierwszej strony dla milionów internautów, od której zaczynają kosnumpcję treści to zła wiadomość dla producentów jakościowej, wartościowych materiałów. W tak ustawionej grze każdy arykuł w sieci żyje własnym życiem dzięki własnym zaletom (SEO), a jego wartość polega na zdolności pozyskania internautów, a zatem i reklamodawców. Pytanie tylko czy najlepsze artykuły to te, które przyciągają najwięcej czytelników/internautów, czy może jednak te, których temat przyciągnie najdroższe reklamy?

Dziennikarze obecni w social mediach pracują dziś nie tylko na rzecz marki/brandu, który ich zatrudnia. Budują zaufanie do niej, a jednocześnie sami stają się - jak nazwał to kiedyś Eryk Mistewicz - informacyjnymi siri. Są wartością, którą wydawcy muszą pielęgnować i rozwijać. Im większa wiarygodność informacyjnego siri tym wartościowszy internauta na stronie. Tym ich więcej, tym marka szybciej zbuduje swoją cyfrową pozycję?

Skoro mowa o marce i jakościowym contencie? Czy polskim internautom przyjdzie do głowy, by wierzyć we wszystko co czytają na stronach Onet, Wp, Interia? Portale od lat uczą odbiorców, że są agregatorami treści wytworzonej przez innych i najlepiej uprawiają komodytyzację. “Produkują” content najtaniej jak się da dostosowując koszty produkcji do kosztów pozyskiwania ruchu. 

Czy internauci mogą być gotowi płacić za dostęp do takich treści? Raczej nie, tymczasem w 2012 roku mniejsze, dużo mniejsze niż się wszyscy spodziewali, protesty internautów wzbudziło wdrożenie paywalla przez Piano Media na ponad 40 serwisach internetowych należących do 6 dużych grup medialnych. System pobierania opłat za dostęp do części materiałów zaoferowały marki, które są nadal - przynajmniej dla niektórych - synonimem wartości, jakości, wiarygodnych brandów. Czy dlatego, że oferowały materiały dziennikarskie a nie kiepskiej jakości, powszechnie dostępny content?

Rok 2014, a pewnie i kolejne lata zapowiadają się jako czas jeszcze intensywniejszego powrotu do źródeł, czyli do dziennikarstwa, które w oceanie bezpłatnej treści w sieci jest wyróżnikiem wydawców zatrudniających dziennikarzy. Pytań na które brak dobrych odpowiedzi tylko przybywa.

Zobaczymy…

niedziela, 17 listopada 2013

Internauto, jesteś tylko danymi osobowymi, czyli walutą jaką obracają internetowe giganty z USA

Zewsząd otaczają nas kamery, a systemy monitoringu wrosły w nasz krajobraz podobnie jak w świadomość internautów, że absolutną koniecznością jest posiadanie konta na Facebooku, Twitterze czy Google +. Do obu zjawisk podchodzimy z nieufnością, tylko że monitoring służy bezpieczeństwu (raczej post factum) a internet chronieniu społeczeństw przed zjawiskiem terroryzmu (tak mówią rządy) i jednocześnie robieniu pieniędzy.

5 listopada przypadała rocznica nieudanego zamachu na budynek brytyjskiego parlamentu przeprowadzona przez Guya Fawkesa. Angielski katolik, który w 1605 roku wystąpił w białej masce stał się idolem hackerów, a potem protestujących w 2012 na całym świecie przeciwko porozumieniu ACTA. W styczniu ubiegłego 2012 roku w dziesiątkach miast Polski młodzież wyszła na ulicę na zawołanie hackerów. Pod hasłami sprzeciwu wobec cenzurowaniu sieci przez blokowanie pirackich stron, domagania się danych osobowych piratów (ACTA) pokazała władzy co myśli o takich pomysłach.

Tymczasem 5 listopada, gdy miano się sprzeciwić prowadzeniu masowych podsłuchów głównie przez amerykański program NSA, niesprawiedliwości, szpiegowaniu społeczeństw, wprowadzaniu żywności modyfikowanej genetycznie w polskich miastach protestujących było często mniej niż ...zebranych dziennikarzy. Sprzeciw wobec ACTA, czyli AntiCounterfeiting Trade Agreement tj. międzynarodowej umowie utrzymywanej długo w tajemnicy - której zapisy przewidywały oddanie w ręce posiadaczy praw autorskich zbyt wielkiej władzy - zebrał na ulicach ok. 200 tys. Polaków.

Katarzyna Szymielewicz, prezes fundacji Panoptykon, która sprzeciwia się rosnącemu nadzorowi nad społeczeństwem, działa na rzecz ochrony praw człowieka i monitorowania zagrożeń związanych z nadmiernym nadzorem obywatela przez państwo w wypowiedzi dla Gazeta.pl w styczniu 2013 r. tak mówiła o powodach sprzeciwu m.in.: „Mogła być najróżniejsza, nie tylko wynikająca z potrzeby obrony szeroko pojętej wolności w internecie czy dostępu do kultury. Ludzi mógł oburzyć sam pomysł poddania ściślejszej regulacji sieci, która w powszechnym rozumieniu jest "Dzikim Zachodem" dzisiejszego świata. Mogli także dawać upust swojemu wkurzeniu na rządzących, występując w roli polskiej wersji ruchu Occupy".


Gdy mowa o międzynarodowych koncernach wykorzystujących oddawane przez nas dobrowolnie dane osobowe publicznych protestów jest mniej, a społeczne przyzwolenie jakby jest większe. Ostatnio wprowadzenie możliwości komentowania n YouTube tylko z użyciem profilu na Google + oburzyło wielu młodszych internautów, głównie tzw. gimbazę. Anonimowe komentowanie było wartością samą w sobie, no i dzięki temu internetowy hejt miał niezłą pożywkę. Pozornie tylko wygląda na to, że Google chodzi o to, by jeszcze bardziej zwiększyć zasięg. Pojedynczy użytkownik, a nawet grupa nie stanowi dla właściciela takiej usługi wielkiej wartości. Wartością są dane niezwiązane z naszą tożsamością a nasze upodobania czy dane dotyczące statusu społecznego. W internecie po prostu światowe koncerny walczą o wielkie pieniądze. Dokładne określenie do jakiej grupy konsumentów należymy sprawia, że Facebook, czy Google mogą handlować jeszcze dokładniejszymi danymi. Dopasowanie oferty reklamowej do grupy użytkowników staje się prostsze i – przede wszystkim – skuteczniejsze. A co za tym idzie droższe.

Kilkanaście dni temu brytyjskie Tesco poinformowało o wprowadzeniu technologii skanowania twarzy o nazwie OptimEyes. Pozwala ona odczytywać płeć klientów w kolejce do kasy i podzielić ich na 3 grupy wiekowe tak, by trafić z właściwą ofertą reklamową i wyświetlić ją na monitorze. Największa wypożyczalnia internetowa - Netflix zbiera różnego typu dane o swych użytkownikach by z prawie 75 % skutecznością zaproponować obejrzenie kolejnego filmu. Amazon - największy sklep internetowy na świecie wie już nie tylko, ilu widzów i jak oceniło dany film, ale potrafi łączyć te dane z profilem demograficznym, historią zakupów oraz ocenami innych filmów.

To nie science fiction. Rzeczywistość 2013 roku to gigantyczne zbiory danych przetwarzanych przez wielkie serwery. Najlepsza, najcenniejsza waluta o ludziach, którzy kupują dany model samochodu, latają samolotami na wakacje do konkretnych miejsc, klikają w linki w konkretnych porada tygodnia, czy dnia, to dane zbierane o naszym przemieszczaniu się z pomocą systemu GPS i Google Maps, itd.

Mizerny protest przeciwko NSA (Marsz Miliona Masek) kiepsko rokuje nam jako internautom. Nie interesujemy się tym zbytnio, a rządy i koncerny robią swoje. Konsumenci są z jednej strony coraz bardziej wrażliwi na wyłudzanie danych osobowych a jednocześnie miliony Polaków, zresztą jak setki milionów innych internautów, oddają mniej lub bardziej świadomie te dane gigantom online. Czy po aferze PRISM nasz rząd robi wszystko, by ograniczyć na naszym terenie działania tych koncernów? Czy polscy politycy bardziej skupieni są na wykorzystywaniu kanałów social mediowych na komunikowaniu się ze społeczeństwem niż na dbaniu o interes wyborców? Nadzwyczaj silna pozycja amerykańskich gigantów nie tylko na polskim rynku idzie w parze z zapewnieniami amerykańskiego rządu, że to dla naszego bezpieczeństwa stworzono tajny program inwigilacji elektronicznej PRISM. Dość zastanawiające jest, że do programu gromadzenia danych dobrowolnie przystąpiły wszystkie wielkie firmy nowych technologii, oprócz wspomnianych wcześniej także Microsoft, AOL, Apple, Yahoo, Skype...

O istnieniu programu Safe Harbor wie chyba niewielu internautów. Od 2000 roku istnieje porozumienie na mocy którego Unia Europejska uznaje, że amerykańskie firmy, które przystąpią do programu Safe Harbor są traktowane jako zapewniające odpowiedni poziom ochrony danych osobowych i mogą je przesyłać z Europy do USA. Po aferze z PRISM uznano, że dane nie są jednak bezpieczne i dlatego w Komisji Europejskiej toczą się prace wzmacniające gwarancję naszej prywatności, nowe prawo miałoby zmuszać koncerny do informowania użytkowników, że jesteśmy profilowani, czy w jakim celu i komu przekazywane są nasze dane osobowe.

Może ta KE i UE czasem się na coś przydają...

Fot. Vincent Diamante

niedziela, 3 listopada 2013

Internet "dwóch mądrości". Jak wychowujemy sobie bierne pokolenie cyfrowe...

Dlaczegoś biedny? Boś głupi. Dlaczegoś głupi? Boś biedny... - mawiają mądrzy ludzie. Czy tak będzie wyglądał świat za jakiś czas, świat gdzie umiejętność czytania ze zrozumieniem będzie wyróżnikiem ludzi inteligentnych? Świat czytania ze zrozumieniem treści niosących jakąś wartość poznawczą?
Napisano wiele na temat choroby zwanej portalozą, czyli takiej metody sprzedawania treści w której cały czas prowadzi się grę z odbiorcą. Pokażemy ci coś takiego, że wezmą u Ciebie górę emocje i musisz kliknąć w link. A jak klikniesz to my uzyskamy to co pomoże nam dalej funkcjonować – odsłonę i emisję reklamy. Portaloza to choroba obciążająca odbiorcę, a jednocześnie pokazujące słabość contentową internetu. Nie przypadkiem w Polsce tak trudno przebija się do świadomości internautów teza, że za dostęp do treści trzeba zapłacić. Że tworzenie treści kosztuje, a model finansowania jej z odsłon jest coraz mniej skuteczny. Nadprodukcja inventorów reklamowych (powstające miliony stron www, używanie przez odbiorców programu typu AdBlock) w parze z rosnącym znaczeniem kultury obrazkowej na przyszłość dobrze nie rokuje.

W telewizji coraz większe znaczenie ma obraz. Internet często oferuje konsumpcję treści w sposób bierny – wielu odbiorców wycofuje się z czytania zadowalając się oglądaniem: zdjęć, memów, filmów. Skanowanie tytułów, chęć oglądania wydarzeń bez zbytniego angażowania się w zrozumienie przekazu. I niech nie raduje nikogo wieść, że internetowi konsumenci książek, gazet, magazynów czytają jeszcze więcej niż przed erą globalnej sieci www. Bo tylko część z nas „wgryza“ się w sens przekazu, mniejszość konsumuje treści wymagające.

Żyjemy coraz szybciej, kanałów dostarczających nam przekaz są setki. Siedzę na fotelu dentystycznym a nad głową wisi ekran z reklamami, dołem przewija się pasek z newsami. Raczej powinienem napisać urywkami zdań, sygnalizatorami newsów. Na przystanku komunikacji miejskiej, w autobusie czy metrze – wszędzie towarzyszy nam komunikat. No i jeszcze smartfon i tablet sprawiające, że news żyje z nami cały czas. Bombardowani treścią? Może i tak, ale nie wszyscy reagujemy tak samo, nie wszyscy sięgają po treści trudne, wymagające kojarzenia, rozumienia faktów.

Scenka rodzajowa z komunikacji miejskiej. Ludzie w różnym wieku siedzą i czytają: gazetę, magazyn, na tablecie, ale i w iPhonie. Łapią kilkanaście minut wolnego poświęcając na odbiór rzeczy ważnych, ulotnych, czy nawet służbowych. Obok para nastolatków (wiek gimnazjalny) używa iPada. Gra. Kilka w migające punkty na dotykowym ekranie. To dzisiejsza lub przyszła klientela portalozy – treści będącej sensacyjną papką z domieszką emocji. Nie przypadkiem w polskim internecie tak dobrze przyjęły się memy. Trafiły na podatny grunt, stały się popularne w pokoleniu gimbazy, są namiastką kontaktowania się ze światem, który wymaga interpretowania faktów. Pokolenie, które dorastało z laptopem na kolanach, dla którego rodzice kupowali kilka lat temu Neostradę (bo „dziecko chodzi do szkoły i musi mieć dostęp do internetu“) nie jest jednorodne. Ale świat od nich wymaga coraz mniej, a i urządzenia są coraz mniej wymagające...

Zachwycamy się uroczymi scenami gdy berbeć płynnie używa tablet iPada i to zanim jeszcze nauczy się sprawnie składać słowa, czytać. Obsługa smartfona, tabletu to proste kliknięcie czy stuknięcie palcem z ikonkę. To, że potrafią to dwu- czy trzyletnie dzieci, trudno traktować jako przejaw wielkich umiejętności. Czy nie wracamy w ten sposób do epoki obrazkowej? Czy nie grozi nam wtórny analfabetyzm?

Że nie jest dobrze z tym, ponoć cyfrowym, pokoleniem świadczą wyniki badań kompetencji młodych Polaków (14–18 lat) przeprowadzone przez Fundację Orange. Jak pisze o tym badaniu Sylwia Czubkowska w artykule w Dzienniku Gazecie Prawnej „Cyfrowi tubylcy w przedszkolu: jak technologie wpłyną na nowe pokolenie“... Tylko 2 proc. badanych korzystało z operatorów logicznych podczas wyszukiwania za pomocą wyszukiwarki, czyli nie wpisywało jak popadnie ciągu słów, tylko zawężało go cudzysłowami czy zwrotami „and”, „not”. Zdecydowana mniejszość też jest twórcami i aktywnie przygotowuje materiały do publikacji w sieci, takie jak muzyka, fotografie, rysunki, teksty czy wideo – i to pomimo że zdecydowana większość nastolatków już jest na Facebooku, który stał się głównym narzędziem koordynacji codziennych działań. Choć więc nastolatki są w sieci, niewiele z nich jest naprawdę aktywnych, ma większą wiedzę i umiejętności.

Cyfrowe kompetencje wyższego rzędu - tak je nazwijmy - niezbędne są do mądrej konsumpcji treści. Jeśli jej odbiorcy nie posiadają nie będzie na taką treść popytu. We wspomnianym artykule wizja przyszłości nie jest optymistyczna bo zaczynające szkołę obecne nastolatki mają w swej większości tylko podstawowe umiejętności. Potrafią klikać, biernie konsumować, najchętniej robią to oglądając obrazki: Kwejk, Demotywatory, filmiki ściągnięte z sieci, Facebook – czynności nie angażujące, a korzystanie z nich najczęściej nie wymaga wielkiego wysiłku umysłowego.

Specjaliści z branży kreślili kilkanaście dni temu scenariusze dla Wp i o2.pl. Czy i co zostanie z obu portali za kilkanaście miesięcy? Nie zamierzam o tym pisać, interesuje mnie bardziej czy, a jeśli tak to kiedy, specjaliści od portalozy poza zarabianiem na masowym, coraz niżej wykształconym, odbiorcy skierują swe kroki do internautów czytających ze zrozumieniem? Dojrzewa pokolenie, które nic nie potrafi robić poza graniem i korzystaniem z portali społecznościowych. Tylko pozornie to dobra wiadomość z punktu widzenia globalnych marek bowiem odbiorca masowych, nieskomplikowanych produktów jest też dużo gorszym pracownikiem.

Czy większość nadchodzącego pokolenia cyfrowych tubylców wymagającej treści potrzebuje? Wątpię. No chyba, że zdarzy się coś co jest powinnością nadawcy, który nie chce być tylko biznesem, ale ma też zapisaną w swoim działaniu jakąś misję. Czy za jakiś czas Wp/o2.pl mógłby pójść pod rękę z tradycyjnymi wydawcami, właścicielami mediów? Media jako takie wciąż mają wielką siłę we współczesnym świecie i realiach „społeczeństwa obywatelskiego”. Dostarczają ludziom informacji, ale mogą i powinny edukować odbiorcę, a jednocześnie nadzorować poczynania władz. Nadal mogą oferować rozrywkę, ale też kreować światopoglądy, tropić nadużycia urzędników oraz śledzić mankamenty obowiązującego systemu prawnego.

Michał Brański, jeden z trzech założycieli/właścicieli o2.pl, w jednym z wpisów na Facebooku dał do zrozumienia, że po transakcji z Wp.pl przyjdzie pora zasilić zespoły fachowcami od tworzenia contentu. Tfu... fachowcami od dobrych, jakościowych treści. Tfu... czas zatrudnić profesjonalnych dziennikarzy? 

Zdjęcia pochodzą z http://pixabay.com na licencji CC

sobota, 5 października 2013

Dlaczego w internecie dziennikarze nie wierzą w swoje umiejętności? Na marginesie „afery z Lisem“

Dziennikarze i publicyści grillują Tomasza Lisa i Tomasza Machałę. Po części słusznie. Po słynnych parówkach i jeansach przyszedł czas na utyskiwanie nad kolejną reklamą natywną o napoju i hotelach. Ten felieton to próba opowieści nie o reklamie natywnej czy nadszarpywaniu niezależności dziennikarskiej, rozregulowania standardów moralnych a o pewnym braku wiary w to co samemu się robi. Dziennikarze chyba wciąż nie wierzą, że to co wytwarzają ma jakąś wartość. No i nie pomagają im w tym sami wydawcy...



Gdy kilkanaście miesięcy temu startował portal Natemat.pl po cichu - myślę, że nie ja jeden – liczyłem, że portal będzie oferował dostęp do tekstów dopiero po rejestracji i za opłatą. Że model biznesowy tego przedwsięwzięcie będzie przeczył temu co obowiązywało w sieci – monetyzacji użytkownika poprzez wyświetlanie reklam display. Zmiana jakościowa nie nastąpiła bo Tomasz Lis i jego zespół zwątpił w to co chciał oferować: wartość dodaną jaką jest dobra robota dziennikarska. Usiadł okrakiem na barykadzie i usiłuje przekonać, że dla dobra swojego biznesu warto naruszać zasady moralne i sprzedawać siebie, czyli...
eksperymentować z reklamą natywną.

Ten banał wszyscy znamy: wiele lat temu wydawcy popełnili błąd i nie docenili internetu. Łatwo zgodzili się na to, by ich treści pojawiały się za darmo. Nauczyli odbiorców (pozwalając rosnąć portalom horyzontalnym), że treść jest dostępna zawsze, na wyciągnięcie ręki i nie trzeba za nią płacić. A jeśli już to mają płacić swoją uwagą, klikaniem w przeszkadzające banery reklamowe. Światowe giganty z USA są zainteresowane podtrzymywaniem tezy, że internet powinien być przestrzenią wolnej informacji, darmowej informacji. Producenci treści ponoszą koszty jej wytworzenia, ale nie otrzymują wystarczającej stopy zwrotu z dostarczania treści do sieci. Google, Facebook czy Twitter zagospodarowują sporą część czasu i uwagi potencjalnych klientów. Pora wspólnie walczyć np. z Google, który dziś jest nie tylko wyszukiwarką, a swoimi produktami potrafi ściągać z polskiego rynku połowę pieniędzy wydawanych w sieci w Polsce. Zastanowić się z pożytków płynących z Facebooka. Spadają zasięgi fan pagów? Facebook ci je przywróci. Za pieniądze...

Trzeba przyklasnąć Tomaszowi Lisowi i Tomkowi Machale, że odważnie mierzą się z problemem monetyzacji w sieci. Tylko czy to jest dobra droga? Jak w uciesznej wersji „natywnej informacji“ Marek Magierowski przedstawiał na Twitterze, mieszanie roli dziennikarza i sprzedawcy reklamy nie jest, napiszę enigamtycznie, rozsądne. Moim zdaniem Natemat.pl i wielu innych wydawców odważnie musi powiedzieć swoim odbiorcom: nasza treść kosztuje, jej wytworzenie nie jest tanie. Internauto płać!
Pewnie będzie źle, bardzo źle na początku jeśli chodzi o przychody. Piano Media – o ile wolno mi cokolwiek ujawniać – nie powala skalą przychodów, ale cały czas liczba kupujących dostępy wyraźnie rośnie. Co przyciąga ludzi? Jakościowa, czy raczej unikalna i wartościowa treść. Nie lubię słowa jakościowa – dla każdego co innego jest bowiem wyznacznikiem jakości. Tego dnia gdy Mariusz Szczygieł opublikował słynny reportaż o nauczycielce Agora, a zarazem i Piano zanotowała rekordowe wzrosty. Po kilku miesiącach bardzo wielu z tych incydentalnie zainteresowanych reportażem nadal jest subskrybentami Piano.

Wracając do sytuacji, która mogłaby (tryb przypuszczający :) powstać po gremialnym zamknięciu dostępów do serwisów wydawców... Swego rodzaju pustkę wypełniłyby portale (ile jest tam treści z PAP, a ile pochodzi z gazet), czy blogerzy. Jeśli – jako dziennikarze – tego się boimy to nie wierzymy, iż znajdą się ludzie gotowi płacić za naszą pracę. Przy okazji zastanawiam się dlaczego słynny Kominek nie chce pobierać opłat za dostęp do swojej treści? Ma wiernych, wierzących w jego markę czytelników. Albo specjalistyczne portale Antyweb.pl czy Spidersweb.pl już powinny eksperymentować z modelem dobra treść=opłata.

Za co internauta ma płacić? Za treść masową: wypadki, wydarzenia polityczne, czy sportowe, pożary, plotki o celebrytach, itd.? Słowem newsy będące wszędzie w sieci, w tv mielącej 24 godz. na dobę kilka tematów, w radiu, w gazetach? Tymczasem prawdziwe zadanie dziennikarskie to pomaganie odbiorcy w znalezieniu odpowiedzi na pytanie nie co?, gdzie? i kiedy się zdarzyło, ale ...dlaczego. Kształtowanie opinii publicznej, kreowanie świata wartości. Oczywiście część internautów może zechce świadomie wybierać bezpłatny zamiennik, nawet słabej jakości. A jeśli damy mu wartość dodatkową?

Dziennikarze nie mogą zapominać, że zawsze będzie zapotrzebowanie na dobrą usługę. Na wyjaśnianie tego co dzieje się wokół nas. Odbiorca jest gotów zapłacić za coś co stanowi dla niego jakąś wartość. Może chce oszczędzać swój czas i dlatego sięgnie po wyselekcjonowane, przygotowane informacje? Może potrzebuje, by dobrze wyjaśnił mu to ten a nie inny dziennikarz czy redaktor? Zbyt często jednak do świata digital dziennikarze przykładają schematy znane z gazety, radia, czy tv. To nie jest monolog, to jest dialog! A wielu dziennikarzy prasowych, czy telewizyjnych nadal wie lepiej czego potrzebuje ich odbiorca. Nawet gdy korzystają z social media bardziej zajmują się przemawianiem... Wcale lub bardzo rzadko próbują się dowiedzieć co interesuje odbiorców-klientów.

Reklama natywna? Odbieram ten pomysł jako próbę zburzenia ściany jaką dziennikarze i redaktorzy zawsze odgradzali się od reklamy, marketingu. Oczywistą próbę myślenia biznesowego, bo Lis i Machała gdy zostali wydawcami musieli zacząć myśleć nie tylko newsem, opinią, ale i Exelem. Nie rozgrzeszam akcji i reklamy natywnej i nie pochwalam firmowania swoim nazwiskiem produktów. Prawda leży gdzieś pośrodku. Zwłaszcza, że podejścia biznesowego w redakcjach nigdy za wiele nie było. Reklama to coś czym prawdziwy dziennikarz się brzydzi, a redaktorzy naczelni - słusznie - stawiają granice, których nie wolno przekraczać. Przychody reklamowe to zawsze było coś gorszego, czym dziennikarz się nie interesował. Podniecenie w redakcjach wywoływały nie przychody reklamowe a cytowania. Ale nimi nie płaci się wierszówki. Owszem są ważne, w jakiejś części budują wartość brandu ułatwiając zadanie reklamie. Chwała Lisowi i Machale, że próbują myśleć biznesowo, ale ten sposób do końca mi się nie podoba. Exel wymusza eksperymentowanie, ale efekty i szczegóły pewnie lepiej przedstawi wkrótce Arnold Buzdygan http://arnoldbuzdygan.com/, który 30 sierpnia zapowiedział, że dobierze się do wyników finansowych Natemat.pl

Dopóki dziennikarze sami nie uwierzą, że treści, które przygotowują mają wartość, dopóty chętnych do płacenia nie będzie. Udawanie, że jesteśmy niezależni, że nie tracimy niezależności idąc na skróty „firmując“ parówki, jeansy czy napoje izotoniczne nie rozwiąże problemu. Ci, którzy przynoszą pieniądze chcą jednego – dotarcia do swoich klientów. Chcą procesu transakcyjnego w offline, czy online. Firmy nauczyły się już, że nie potrzebują do tego pośredników w postaci mediów. Potrafią docierać do odbiorców kupując AdWordsy w Google czy kampanie na FB. Coraz częściej sygnalizują w reklamach „znajdziesz nas na Facebooku“ co oznacza, że pieniędzy w mediach może być coraz mniej.


Reklamodawca ma swój cel i w świecie digital zadaniem wydawcy a zatem i dziennikarza jest mu to ułatwić. Wiarygodność jednak nie jest na sprzedaż. Zamiast dorabiać ideologię do potrzeby zarabiania, by utrzymać biznes jako dziennikarze powinniśmy szeroko otworzyć się na odbiorców, a tym samym ułatwić zadanie ludziom od reklamy. Nadal cenną wartością dla marek będzie występowanie obok wartościowej treści, obok marek jaką samą w sobie są i powinni być w przyszłości dziennikarze w sieci. Lis i Machała będą mieć większą wartość dla reklamodawcy, gdy będą uprawiać dziennikarstwo, a nie mrugać okiem, że jeden napój jest lepszy niż inne. Mylę się?

Jako środowisko dziennikarskie wyjątkowo uważnie patrzymy sobie na ręce zamiast uważnie przyjrzeć się najważniejszym graczom na rynku. Opowiadać częściej np. o tym, że Google nie płaci w Polsce wystarczająco wysokich podatków albo, że wiele NGO-sów walczących o wolność w sieci finansowanych jest zawoalowany sposób przez giganta z USA (ostre oskarżenie - wiem) zainteresowanego tym, by sieć www była „wolna i otwarta“. Kto z polskich dziennikarzy prowadził śledztwo i interesował się tym, że jednym z udziałowców Google na amerykańskiej giełdzie jest George Soros. Wśród wspierających fundację http://panoptykon.org, jest http://www.opensocietyfoundations.org/, której założycielem jest George Soros... Czy coś zarzucam Panoptykon.org? Nie. Wolałbym jednak wiedzieć dlaczego Google ma taki problem z uczciwym rozliczeniem się z producentami treści.


Chciałem tylko opisać sytuację nie moralizować. Świat nie jest czarno-biały. Prawdziwym problemem nie są ani płatności, ani platformy, tablety, czy smartfony... Internauci wydają pieniądze w sieci, kupują gry, muzykę. Będą płacić za dostęp do treści dziennikarskiej. Zrobią to dopiero wtedy, gdy uwierzą w nią sami dziennikarze. 

.......................................................................................................................

PS Z Google źle, bez niego jeszcze gorzej. Paradoks polega na tym, że krytykując m.in. Google używam jednocześnie jego platformy blogowej. Zaznaczam, że czynię to świadomie.

sobota, 24 sierpnia 2013

Instagram. Podglądanie celebryty, czyli szósty stopień oddalenia

To niesprawiedliwie. Dopiero co serwisy o celebrytach przeżywały swój rozkwit, dopiero co wszyscy zachwycili się tego typu treścią a już ma nadejść ich zmierzch? Serwisy tabloidowe mogą okazać się niepotrzebne? Instagramowi błyskawicznie przybywa i samych celebrytów – prawdziwych i „znanych z tego, że są znani“ – jak i użytkowników, przeciętnych internautów. Ci pierwsi kierują obiektywy swych smartfonów na siebie, ci drudzy z pomocą tego samego urządzenia i serwisu Instagram mają okazję ich podglądać. I złudne poczucie bycia ich znajomymi.

Pamiętacie określenie "że każdy na tej planecie oddzielony jest od każdego innnego tylko o sześć osób"? Taka mniej więcej kwestia pojawiła się w sztuce scenicznej Johna Guare'a "Szósty stopień oddalenia" z 1990 r. Co ważne w cyberprzestrzeni za sprawą Twittera, Facebooka czy Instagramu możemy poczuć się i bliżej pewnych osób, i równocześnie bardzo daleko. Śledzenie profili VIP–ów jest skracaniem tego dystansu, kliknięcie w “lubię to”, komentarz pozwala mieć złudzenia, że "znamy się z celebrytą, politykiem"... Czy Facebook stał się już passe? Twitter pozostaje środowiskiem dziennikarzy, polityków i marketingowców? Ulotność kontaktu na Twitterze i nachlana reklama na Fejsie... Tymczasem Instagram jeszcze bardziej skraca dystans. Nic dziwnego, że tak wielu śledzących mają profile celebrytów, modelek, modowych blogerek, czy sportowców.

Serwisy tabloidowe obficie czerpią ze zdjęć i 15-sekundowych filmów zamieszczanych przez słynnych ludzi na Instagramie: Doda na imprezie, Anna Przybylska po operacji ma się świetnie, a blogerka modowa w nowej stylizacji – proszę bardzo. Tylko czy potrzeba dziś pośredników w postaci tablidowych serwisów? Skoro widzę to samo co na Plotku, czy Pudelku po co mam „przepłacać“ spędzonym tam czasem? Kiedyś Pudelka wyróżniała swoista unikalność contentu - jedno wydarzenie, kilka kadrów, często tego samego ujęcia, ostry komentarz i był news, który przyciągał internautów żądnych plotek. Na początku ów news był przepisywany śladem innych mediów, głównie papierowych, później coraz częściej papparazi dostarczali unikalne zdjęcia.

Mark Zuckerberg wykonał w 2012 roku świetny ruch kupując Instagrama za 1 mld dolarów. Dalszy jego rozwój może okazać się dla części rynku (tabloidy printowe i onlinowe) tym czym okazała się rosnąca potęga Google dla wydawców prasy. Wujek Google w ciągu 15 lat swego istnienia nauczył miliardy internautów, że pierwsze kroki trzeba kierować do niego, a nie do brandów utożsamianych z informacją, opinią, jakością. Google pokazuje nam gdzie są owe newsy, nie rangując ich zbytnio jeśli chodzi o jakość, podpowiada gdzie mamy czegoś poszukać. Instagram natomiast zagospodarowuje ludzką potrzebę – podglądanie życia innych. Dzięki temu wydaje nam się, że o ulubionych gwiazdach wiemy jeszcze więcej.

Kiedyś dziennikarze byli potrzebni politykom – teraz Ci, jak minister Radek Sikorski – używają Twittera, by zakomunikować coś do czego kilkanaście lat temu potrzebowali zwołania konferencji prasowej. Kiedyś tabloidy wysyłały paparazzi, by czatowali z aparatami na jedno ujęcie z pijanym aktorem, a reporterzy grzebali w śmieciach, by poznać tajemnice życia prywatnego VIP–ów. Kiedyś telewizje śniadaniowe zapraszały celebrytki, by dzieliły się swoimi przeżyciami z wakacji, a teraz modelki, aktorki, sportowcy pokazują w swoich profilach na Instagramie prawdziwe cuda. Chętnie kierują smartfona na siebie, wybierając tylko czas, miejsce i okoliczności. Wystarczy śledzić zamieszczane przez nich zdjęcia, polubić je, skomentować. Odkrywamy wtedy ze zdumieniem, że jesteśmy sobie tak "bliscy" - np. o Doda ma taki sam kostium kąpielowy jak ja!

Smartfon i Instagram zaspokajają pierwotną potrzebę – podglądanie innych. Komórka jest ciągle z nami, ale czy dzięki temu nie czujemy się jeszcze bardziej samotni we wszechświecie, w cyfrowym świecie gdzie każdy VIP jest o jeden klik od nas a jednocześnie posiadanie tak wielu “dobrych, cyfrowych znajomych” może być przekleństwem?

A film poniżej? Niech będzie ciekawą puentą :)