Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eryk Mistewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eryk Mistewicz. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 stycznia 2014

Pytania na 2014 rok. Pora na powrót do dziennikarskich wartości?


- Myślimy cały czas o tych, którzy chcą płacić za nasz serwis, a nie o tych co i tak nie zapłacą - mówił Romanus Otte, z Die Welt Online, Axel Springer, podczas październikowej konferencji INMA.org w Berlinie. W ten sposób odpowiedział na pytanie o ewentualne omijanie przez internautów wprowadzonych zabezpieczeń paywallowych przy dostępie do wersji premium serwisu Welt.de.
 
W ogóle w Berlinie padło wiele słów pełnych nadziei kierowanych pod adresem wszelkich rozwiązań i modeli biznesowych zmierzających do tego, by pobierać od internautów opłaty za dostęp do treści. -  Chcemy pieniędzy za naszą pracę - to zdanie, które trzeba odważnie powiedzieć internautom, a wygląda na to, że stanowią klucz do sukcesu w 2014 i latach następnych. Oczywiście trzeba pamiętać, że w świecie online przychody warto budować na różnych polach i realizując różne modele biznesowe. Ci, którzy taką komunikację z internautami rozpoczęli zbierają pierwsze doświadczenia. Mają je za sobą wydawcy na rozwiniętych rynkach starej Europy. Le Monde, Ekstrabladet.dk, Die Welt i wiele innych marek printowych - wszyscy inwestują w różnego typu paywalle i liczą na systematyczny wzrost przychodów.

Z jakimi efektami? Przedstawicielka Le Monde przyznawała, że po wdrożeniu modelu freemium pojawiło się wielu nowych subskrybentów - tym razem cyfrowej wersji. Są młodsi o ok. 12 lat od nabywców gazety w wersji drukowanej, 80% z nich to mężczyźni, aż 70% korzysta z tabletów, no i większość ma wysokie dochody. Czy to naprawdę taka zła wiadomość dla prasy coraz aktywniejszej w świecie cyfrowym? A Die Welt? Niemiecki dziennik pozyskał 47 tys. nowych abonentów w wersji cyfrowej.

Gdy mowa o tzw. tradycyjnych wydawcach powinno używać się nie określenia typu "treść", czy "content", a dziennikarskie informacje, wywiady, reportaże, itd. To twórczość dziennikarska odróżnia te modele od displayowej monetyzacji pełnej billboardów coraz rzadziej klikanych przez internautów. W numerze 6 kwartalnika „Nowe Media“ Alan D. Mutter - amerykański strateg medialny - używa terminu komodytyzacja (rozcieńczanie dziennikarstwa!), czyli utowarowienia informacji w sieci na określenie zjawiska powszechnej nadpodaży treści. Jest natychmiast. Wszędzie. Za darmo. Bezpłatna treść uzależnia odbiorcę. To nic, że treść jest coraz niższej jakości, ale internauta, który sam stał się współproducentem treści - smartfony zabijają branżę fotograficzną - zadowala się samym faktem dostępu do treści, a nie jej jakością.



Klikalność i presja na PV, tak jak i na cytowalność przysłoniła na jakiś czas wydawcom istotę problemu, że najważniejszy jest odbiorca, który świadomie nabywa dany produkt. I nie ma znaczenia, czy jest on drukowany, czy cyfrowy, na smartfona czy na tablet. Ruszyli śladem cyfrowych graczy, którzy do perfekcji opanowali optymalizację kosztów i dlatego oferują darmową treść. Potrafią nią bawić (triumf infotainmentu nad informacją) i przez chwilę wydawało się, że naśladując to zachowanie zasypią przychody utracone przy spadających nakładach wydań printowych. Reguły gry świata online odbiły się na jakości podstawowego produktu wydawców, bo szukając obniżki kosztów, rezygnując z dziennikarzy w ich miejsce zatrudniając media workerów gwałtownie obniżyli wartość i jakość produktu. Zapominając trochę o dotychczasowych klientach. Błąd, który dowodzi, że przybieranie cudzych szat w cyfrowym świecie nie musi oznaczać sukcesu.

Bo pozornie tylko w internecie walka toczy się o słupki PV, czy o ekonomię uwagi. We wspomnianym numerze “Nowych Mediów”, prof. Jeff Jarvis używa tego określenia. W zasadzie jest ona walką wszystkich ze wszystkimi o przyciągnięcie internauty do danej witryny. Tymczasem na dłuższą metę dla wydawcy i reklamodawców ważniejsze, cenniejsze okazuje się angażowanie odbiorcy, poznanie jego potrzeb i odpowiadanie na nie. Stąd gwałtownie rośnie potrzeba poszukiwania dobrych odpowiedzi na trudne pytania.
  
Czy kosztowne w produkcji treści dziennikarskie są “wystarczająco dobre”
do świata zdominowanego przez kliki? 
Czy dziennikarze i wydawcy koniecznie muszą w świecie cyfrowym walczyć
o odsłony czy czas przebywania internauty na stronie? 

Największą wartością jaką dysponują wydawcy są przecież dziennikarze, ich reputacja i renoma oraz zaufanie do samego brandu. W świecie cyfrowym dziennikarze świadczą usługi i tak naprawdę nie zajmują się informowaniem odbiorców o tym co się zdarzyło, ale raczej wyjaśnianiem świata, interpretowaniem zdarzeń. O tym, że coś się zdarzyło internauta może dowiedzieć z tv, radia, dowolnej strony informacyjnej w sieci. Nie minie chwila od zdarzenia a za sprawą Twittera, FB, agregatora treści w internecie będzie o tym wiedział każdy. I w wielu wypadkach powie mu o tym nie dziennikarz. Ale już usystematyzowanie wiedzy o zdarzeniu, komentarz, wyjaśnienie i potwierdzenie faktów z wypowiedziami świadków czy ekspertów – to już zadanie dla dziennikarzy. I nawet nie chcę wspominać tych wpadek, gdy ścigając się  na newsy media ośmieszają się publikując niesprawdzone treści – np. cytując fałszywe konta na Twitterze.

Terminu delinearyzacja, który znalazłem w książce francuskiego dziennikarza Bernarda Pouleta „Śmierć gazet, przyszłość informacji“ (wyd. Czarne, 2007 r.) używam na spotkaniach z dziennikarzami i w swoich prezentacjach. To zjawisko gdy internauta wybiera treści, które chce konsumować samodzielnie (znajduje ją korzystając z wyszukiwarki Google), albo z pomocą znajomych (linki znajomych Facebook, Twitter). Globalni gracze zza oceanu to obecnie największe bramki przez jakie internauci trafiają do sieci, a jednocześnie dostarczyciele ruchu na strony wydawców. Delinearyzacja, czyli brak pierwszej strony dla milionów internautów, od której zaczynają kosnumpcję treści to zła wiadomość dla producentów jakościowej, wartościowych materiałów. W tak ustawionej grze każdy arykuł w sieci żyje własnym życiem dzięki własnym zaletom (SEO), a jego wartość polega na zdolności pozyskania internautów, a zatem i reklamodawców. Pytanie tylko czy najlepsze artykuły to te, które przyciągają najwięcej czytelników/internautów, czy może jednak te, których temat przyciągnie najdroższe reklamy?

Dziennikarze obecni w social mediach pracują dziś nie tylko na rzecz marki/brandu, który ich zatrudnia. Budują zaufanie do niej, a jednocześnie sami stają się - jak nazwał to kiedyś Eryk Mistewicz - informacyjnymi siri. Są wartością, którą wydawcy muszą pielęgnować i rozwijać. Im większa wiarygodność informacyjnego siri tym wartościowszy internauta na stronie. Tym ich więcej, tym marka szybciej zbuduje swoją cyfrową pozycję?

Skoro mowa o marce i jakościowym contencie? Czy polskim internautom przyjdzie do głowy, by wierzyć we wszystko co czytają na stronach Onet, Wp, Interia? Portale od lat uczą odbiorców, że są agregatorami treści wytworzonej przez innych i najlepiej uprawiają komodytyzację. “Produkują” content najtaniej jak się da dostosowując koszty produkcji do kosztów pozyskiwania ruchu. 

Czy internauci mogą być gotowi płacić za dostęp do takich treści? Raczej nie, tymczasem w 2012 roku mniejsze, dużo mniejsze niż się wszyscy spodziewali, protesty internautów wzbudziło wdrożenie paywalla przez Piano Media na ponad 40 serwisach internetowych należących do 6 dużych grup medialnych. System pobierania opłat za dostęp do części materiałów zaoferowały marki, które są nadal - przynajmniej dla niektórych - synonimem wartości, jakości, wiarygodnych brandów. Czy dlatego, że oferowały materiały dziennikarskie a nie kiepskiej jakości, powszechnie dostępny content?

Rok 2014, a pewnie i kolejne lata zapowiadają się jako czas jeszcze intensywniejszego powrotu do źródeł, czyli do dziennikarstwa, które w oceanie bezpłatnej treści w sieci jest wyróżnikiem wydawców zatrudniających dziennikarzy. Pytań na które brak dobrych odpowiedzi tylko przybywa.

Zobaczymy…

sobota, 5 października 2013

Dlaczego w internecie dziennikarze nie wierzą w swoje umiejętności? Na marginesie „afery z Lisem“

Dziennikarze i publicyści grillują Tomasza Lisa i Tomasza Machałę. Po części słusznie. Po słynnych parówkach i jeansach przyszedł czas na utyskiwanie nad kolejną reklamą natywną o napoju i hotelach. Ten felieton to próba opowieści nie o reklamie natywnej czy nadszarpywaniu niezależności dziennikarskiej, rozregulowania standardów moralnych a o pewnym braku wiary w to co samemu się robi. Dziennikarze chyba wciąż nie wierzą, że to co wytwarzają ma jakąś wartość. No i nie pomagają im w tym sami wydawcy...



Gdy kilkanaście miesięcy temu startował portal Natemat.pl po cichu - myślę, że nie ja jeden – liczyłem, że portal będzie oferował dostęp do tekstów dopiero po rejestracji i za opłatą. Że model biznesowy tego przedwsięwzięcie będzie przeczył temu co obowiązywało w sieci – monetyzacji użytkownika poprzez wyświetlanie reklam display. Zmiana jakościowa nie nastąpiła bo Tomasz Lis i jego zespół zwątpił w to co chciał oferować: wartość dodaną jaką jest dobra robota dziennikarska. Usiadł okrakiem na barykadzie i usiłuje przekonać, że dla dobra swojego biznesu warto naruszać zasady moralne i sprzedawać siebie, czyli...
eksperymentować z reklamą natywną.

Ten banał wszyscy znamy: wiele lat temu wydawcy popełnili błąd i nie docenili internetu. Łatwo zgodzili się na to, by ich treści pojawiały się za darmo. Nauczyli odbiorców (pozwalając rosnąć portalom horyzontalnym), że treść jest dostępna zawsze, na wyciągnięcie ręki i nie trzeba za nią płacić. A jeśli już to mają płacić swoją uwagą, klikaniem w przeszkadzające banery reklamowe. Światowe giganty z USA są zainteresowane podtrzymywaniem tezy, że internet powinien być przestrzenią wolnej informacji, darmowej informacji. Producenci treści ponoszą koszty jej wytworzenia, ale nie otrzymują wystarczającej stopy zwrotu z dostarczania treści do sieci. Google, Facebook czy Twitter zagospodarowują sporą część czasu i uwagi potencjalnych klientów. Pora wspólnie walczyć np. z Google, który dziś jest nie tylko wyszukiwarką, a swoimi produktami potrafi ściągać z polskiego rynku połowę pieniędzy wydawanych w sieci w Polsce. Zastanowić się z pożytków płynących z Facebooka. Spadają zasięgi fan pagów? Facebook ci je przywróci. Za pieniądze...

Trzeba przyklasnąć Tomaszowi Lisowi i Tomkowi Machale, że odważnie mierzą się z problemem monetyzacji w sieci. Tylko czy to jest dobra droga? Jak w uciesznej wersji „natywnej informacji“ Marek Magierowski przedstawiał na Twitterze, mieszanie roli dziennikarza i sprzedawcy reklamy nie jest, napiszę enigamtycznie, rozsądne. Moim zdaniem Natemat.pl i wielu innych wydawców odważnie musi powiedzieć swoim odbiorcom: nasza treść kosztuje, jej wytworzenie nie jest tanie. Internauto płać!
Pewnie będzie źle, bardzo źle na początku jeśli chodzi o przychody. Piano Media – o ile wolno mi cokolwiek ujawniać – nie powala skalą przychodów, ale cały czas liczba kupujących dostępy wyraźnie rośnie. Co przyciąga ludzi? Jakościowa, czy raczej unikalna i wartościowa treść. Nie lubię słowa jakościowa – dla każdego co innego jest bowiem wyznacznikiem jakości. Tego dnia gdy Mariusz Szczygieł opublikował słynny reportaż o nauczycielce Agora, a zarazem i Piano zanotowała rekordowe wzrosty. Po kilku miesiącach bardzo wielu z tych incydentalnie zainteresowanych reportażem nadal jest subskrybentami Piano.

Wracając do sytuacji, która mogłaby (tryb przypuszczający :) powstać po gremialnym zamknięciu dostępów do serwisów wydawców... Swego rodzaju pustkę wypełniłyby portale (ile jest tam treści z PAP, a ile pochodzi z gazet), czy blogerzy. Jeśli – jako dziennikarze – tego się boimy to nie wierzymy, iż znajdą się ludzie gotowi płacić za naszą pracę. Przy okazji zastanawiam się dlaczego słynny Kominek nie chce pobierać opłat za dostęp do swojej treści? Ma wiernych, wierzących w jego markę czytelników. Albo specjalistyczne portale Antyweb.pl czy Spidersweb.pl już powinny eksperymentować z modelem dobra treść=opłata.

Za co internauta ma płacić? Za treść masową: wypadki, wydarzenia polityczne, czy sportowe, pożary, plotki o celebrytach, itd.? Słowem newsy będące wszędzie w sieci, w tv mielącej 24 godz. na dobę kilka tematów, w radiu, w gazetach? Tymczasem prawdziwe zadanie dziennikarskie to pomaganie odbiorcy w znalezieniu odpowiedzi na pytanie nie co?, gdzie? i kiedy się zdarzyło, ale ...dlaczego. Kształtowanie opinii publicznej, kreowanie świata wartości. Oczywiście część internautów może zechce świadomie wybierać bezpłatny zamiennik, nawet słabej jakości. A jeśli damy mu wartość dodatkową?

Dziennikarze nie mogą zapominać, że zawsze będzie zapotrzebowanie na dobrą usługę. Na wyjaśnianie tego co dzieje się wokół nas. Odbiorca jest gotów zapłacić za coś co stanowi dla niego jakąś wartość. Może chce oszczędzać swój czas i dlatego sięgnie po wyselekcjonowane, przygotowane informacje? Może potrzebuje, by dobrze wyjaśnił mu to ten a nie inny dziennikarz czy redaktor? Zbyt często jednak do świata digital dziennikarze przykładają schematy znane z gazety, radia, czy tv. To nie jest monolog, to jest dialog! A wielu dziennikarzy prasowych, czy telewizyjnych nadal wie lepiej czego potrzebuje ich odbiorca. Nawet gdy korzystają z social media bardziej zajmują się przemawianiem... Wcale lub bardzo rzadko próbują się dowiedzieć co interesuje odbiorców-klientów.

Reklama natywna? Odbieram ten pomysł jako próbę zburzenia ściany jaką dziennikarze i redaktorzy zawsze odgradzali się od reklamy, marketingu. Oczywistą próbę myślenia biznesowego, bo Lis i Machała gdy zostali wydawcami musieli zacząć myśleć nie tylko newsem, opinią, ale i Exelem. Nie rozgrzeszam akcji i reklamy natywnej i nie pochwalam firmowania swoim nazwiskiem produktów. Prawda leży gdzieś pośrodku. Zwłaszcza, że podejścia biznesowego w redakcjach nigdy za wiele nie było. Reklama to coś czym prawdziwy dziennikarz się brzydzi, a redaktorzy naczelni - słusznie - stawiają granice, których nie wolno przekraczać. Przychody reklamowe to zawsze było coś gorszego, czym dziennikarz się nie interesował. Podniecenie w redakcjach wywoływały nie przychody reklamowe a cytowania. Ale nimi nie płaci się wierszówki. Owszem są ważne, w jakiejś części budują wartość brandu ułatwiając zadanie reklamie. Chwała Lisowi i Machale, że próbują myśleć biznesowo, ale ten sposób do końca mi się nie podoba. Exel wymusza eksperymentowanie, ale efekty i szczegóły pewnie lepiej przedstawi wkrótce Arnold Buzdygan http://arnoldbuzdygan.com/, który 30 sierpnia zapowiedział, że dobierze się do wyników finansowych Natemat.pl

Dopóki dziennikarze sami nie uwierzą, że treści, które przygotowują mają wartość, dopóty chętnych do płacenia nie będzie. Udawanie, że jesteśmy niezależni, że nie tracimy niezależności idąc na skróty „firmując“ parówki, jeansy czy napoje izotoniczne nie rozwiąże problemu. Ci, którzy przynoszą pieniądze chcą jednego – dotarcia do swoich klientów. Chcą procesu transakcyjnego w offline, czy online. Firmy nauczyły się już, że nie potrzebują do tego pośredników w postaci mediów. Potrafią docierać do odbiorców kupując AdWordsy w Google czy kampanie na FB. Coraz częściej sygnalizują w reklamach „znajdziesz nas na Facebooku“ co oznacza, że pieniędzy w mediach może być coraz mniej.


Reklamodawca ma swój cel i w świecie digital zadaniem wydawcy a zatem i dziennikarza jest mu to ułatwić. Wiarygodność jednak nie jest na sprzedaż. Zamiast dorabiać ideologię do potrzeby zarabiania, by utrzymać biznes jako dziennikarze powinniśmy szeroko otworzyć się na odbiorców, a tym samym ułatwić zadanie ludziom od reklamy. Nadal cenną wartością dla marek będzie występowanie obok wartościowej treści, obok marek jaką samą w sobie są i powinni być w przyszłości dziennikarze w sieci. Lis i Machała będą mieć większą wartość dla reklamodawcy, gdy będą uprawiać dziennikarstwo, a nie mrugać okiem, że jeden napój jest lepszy niż inne. Mylę się?

Jako środowisko dziennikarskie wyjątkowo uważnie patrzymy sobie na ręce zamiast uważnie przyjrzeć się najważniejszym graczom na rynku. Opowiadać częściej np. o tym, że Google nie płaci w Polsce wystarczająco wysokich podatków albo, że wiele NGO-sów walczących o wolność w sieci finansowanych jest zawoalowany sposób przez giganta z USA (ostre oskarżenie - wiem) zainteresowanego tym, by sieć www była „wolna i otwarta“. Kto z polskich dziennikarzy prowadził śledztwo i interesował się tym, że jednym z udziałowców Google na amerykańskiej giełdzie jest George Soros. Wśród wspierających fundację http://panoptykon.org, jest http://www.opensocietyfoundations.org/, której założycielem jest George Soros... Czy coś zarzucam Panoptykon.org? Nie. Wolałbym jednak wiedzieć dlaczego Google ma taki problem z uczciwym rozliczeniem się z producentami treści.


Chciałem tylko opisać sytuację nie moralizować. Świat nie jest czarno-biały. Prawdziwym problemem nie są ani płatności, ani platformy, tablety, czy smartfony... Internauci wydają pieniądze w sieci, kupują gry, muzykę. Będą płacić za dostęp do treści dziennikarskiej. Zrobią to dopiero wtedy, gdy uwierzą w nią sami dziennikarze. 

.......................................................................................................................

PS Z Google źle, bez niego jeszcze gorzej. Paradoks polega na tym, że krytykując m.in. Google używam jednocześnie jego platformy blogowej. Zaznaczam, że czynię to świadomie.