Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Apple. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Apple. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 listopada 2016

Koniec żerowania na cudzej pracy?


W Komisji Europejskiej toczą się prace zmierzające do umieszczenia w prawie zapisów dotyczących praw pokrewnych dla wydawców. Ma to im pozwolić na pobieranie opłat za wykorzystywane fragmenty tekstów od agregatorów treści, takich jak Google News, czy platform social mediowych, jak Facebook. Wydawcy uważają, że położy to kres żerowaniu na cudzej pracy. Prawa pokrewne, o jakie spiera się branża wydawnicza ze światowymi graczami online, przez wielu komentatorów są traktowane jak pałka, którą można okładać wydawców. – Chcecie chronić swoje stare modele biznesowe i po prostu wprowadzić podatek od linków – argumentują krytycy.

Być może niektóre regulacje przygotowywane w KE zmierzające do wprowadzenia ograniczeń w używaniu treści wydawców mogą nie znaleźć zrozumienia u osób nieobeznanych z funkcjonowaniem tego rynku. Ale obraz relacji wydawcy – giganci internetu nie jest w tym sporze przedstawiany w pełni obiektywnie. To nie jest kryminalizowanie jakichkolwiek zachowań internautów, a taki argument jest podnoszony przez agregatory treści. To domaganie się przez producentów treści dziennikarskich praw takich, jakie mają nadawcy oraz producenci utworów muzycznych czy filmowych. Czy teksty dziennikarskie zasługują na niższy poziom ochrony?

Budżety odpływają


Internet radykalnie przesunął punkt ciężkości w relacjach reklamodawca – konsument. Przez lata wydawcy prasowi odgrywali tu rolę głównego pośrednika. W czasach „przedinternetowych" w biurach reklamy gazet stały kolejki chętnych do nadania ogłoszeń. Model biznesowy gazet opierał się na ich sprzedaży, a zysk częściowo był pochodną ceny gazety i - w coraz większym stopniu - przychodów z reklamy. W internecie producenci treści (wydawcy) zostali zepchnięci do narożnika i często muszą się zadowolić resztkami z pańskiego stołu.

Zgodnie z danymi eMarketera światowy rynek reklamy internetowej będzie wart w tym roku 186,8 mld dol. Największą tego część zgarnie Google (ponad 53 mld dol.). Gdy dodać do tego zarobki Facebooka i gigantów światowego handlu online, do podziału zostaje dużo mniej. W Polsce internetowy rynek reklamy w I półroczu szacowany jest na 1,71 mld zł (badanie IAB AdEx). U nas też dominują gracze światowi: Google i Facebook. Jaka część z 1,71 mld zł trafia do podmiotów ponoszących koszt wytworzenia treści? Najzręczniej i najskuteczniej pieniądze reklamodawców zdobywają dziś często podmioty, które agregują linki do treści wytworzonej przez wydawców albo są platformami je pokazującymi (wyszukiwarki, social media). Technologia umożliwia zarabianie na reklamach z użyciem treści wydawców, a prawo nadal na to pozwala.

Na pytanie, skąd znasz daną informację, większość użytkowników największego serwisu społecznościowego świata odpowie: „był link na Facebooku". W internecie coraz bardziej skomplikowane narzędzia odcinają wydawców od pieniędzy reklamodawców. Wielu internautów nabiera przekonania, że Google i Facebook są twórcami treści. YouTube należy do Google'a, FB mocno promuje wideo i relacje live użytkowników.

Wydawcy od lat dobrowolnie zasilają codziennie te platformy milionami postów i artykułów. Bo idą za swoim odbiorcą. Wydawca jako twórca treści ponoszący koszt zatrudnienia dziennikarzy i posiadający witrynę konkuruje o uwagę użytkownika z gigantami internetu. Ów konkurent walczy o uwagę internauty z użyciem treści wytworzonej przez wydawcę i jeszcze bije się o te same budżety reklamowe. Co w tym niepokojącego? – zapyta ktoś. – Google News indeksuje tylko teksty producentów, pokazuje tylko zajawki tekstów i w zamian doprowadza ruch do ich serwisów. To wolny rynek, a wydawcy po prostu nie potrafią stworzyć skutecznego modelu biznesowego w sieci – dodają komentatorzy.

Tu chodzi o uczciwe relacje biznesowe. Wolny rynek chroni regulacjami prawnymi dzieła autorskie. Robi tak branża muzyczna, filmowa i nikomu nie przychodzi do głowy to kwestionować. Są i opłaty reprograficzne, czyli wynagrodzenie dla twórców za zgodne z prawem kopiowanie legalnie pozyskanych utworów przez osoby fizyczne. W branży prasowej w Polsce zarówno „Tygodnik Angora", jak i „Forum" płacą za przedruki wydawcom i autorom. Można? Można. Dlaczego nie może ta sama zasada obowiązywać w internecie?

Jeśli prawa pokrewne dla wydawców pojawią się w prawie autorskim, wydawca będzie mógł występować w swoim imieniu oraz na rzecz autora treści (dziennikarza) z roszczeniami finansowymi o nieuzasadnione jej użycie. Wprowadzenie prawa pokrewnego niczego nie zmienia w sytuacji internautów, a dostęp do treści był, jest i będzie całkowicie otwarty. Tylko że za wykorzystanie cudzej treści konkurent biznesowy powinien zapłacić. Wydawca płaci dziennikarzowi, więc płacić powinien też podmiot, który tę treść wykorzystuje. Wprowadzenie praw pokrewnych zwiększa ochronę dziennikarzy, a protesty niektórych – w imię „wolności internetu" – to działanie wbrew interesom całego środowiska. Czy Facebook, Google lub Twitter płaci dziennikarzom za twórczość dobrowolnie tam umieszczaną? Dlaczego używając tej treści (np. w Google News), nie rozlicza się z wydawcą, któremu dziennikarze oddają prawa licencyjne do tekstów, zdjęć...

W prawie autorskim chroniony jest autor, ale nie wydawca, który finansuje produkcję. Wydawca rzadko utrzymuje produkcję z pobierania opłat za dostęp do treści, więc skazany jest na model biznesowy „reklama przy treści". Błyskawiczny rozwój technologii sprawił, że emitując reklamę, walczy o budżet reklamodawcy z platformą dysponującą olbrzymim zasięgiem. Co więcej, część tych pieniędzy platforma zarabia na stronach samych wydawców, którzy dobrowolnie wpinają kody Google AdSense, by zarobić na ruchu. A to Google doprowadził ten ruch z linków ze zindeksowanych tekstów wydawcy...

 Ekosystemy kontra twórcy treści


Apple, Google i Facebook stworzyły ekosystemy produktów i usług. W nich użytkownik ma zaspokoić wszystkie potrzeby, zwłaszcza informacyjne. Nie jest tajemnicą, że Facebook wyżej pozycjonuje posty marek mediowych, a marki i brandy muszą za ich widoczność słono płacić. Bez treści informacyjnych Facebook skończyłby pewnie jak Nasza Klasa. Bez dziennikarskich materiałów wielu z nas ucieknie z serwisu społecznościowego, jeśli nasza tablica będzie upstrzona tylko zdjęciami kotów i potraw gotowanych przez znajomych.

Facebook i Google mają coś dużo cenniejszego dla reklamodawcy niż treść: wiedzę o internaucie, jego upodobaniach i zachowaniach. Klikach i intencjach zakupowych. Coraz precyzyjniej dopasowują reklamy. A internauci, zostawiając cyfrowe ślady (dane) w różnych produktach, tworzą z tego miejsca atrakcyjne dla reklamodawców. Te dane są też w rękach wydawców, tylko ci korzystają z nich w niewielkim stopniu. Wciąż bardziej emocjonuje wszystkich traffic na stronie niż wiedza o klientach (użytkownikach), którym można coś sprzedać.

Serwisy informacyjne wydawców sprzedają odsłony, a te są coraz tańsze. Technologia i wszystkie nowe narzędzia, platformy technologiczne coraz bardziej oddalają jednak przychody od wydawców. Co będzie za 5–10 lat? Facebook i Google raczej nie staną się redakcjami. Ktoś wyobraża sobie na imprezach sportowych dziennikarzy Google'a, Facebooka, Apple'a? Buduje się cyfrowy świat zdominowany przez wielkie platformy mielące użytkownika i treści z coraz mniejszą rolą tych, którzy ponoszą koszty ich tworzenia.

W Hiszpanii wprowadzono zapisy o prawach pokrewnych. Nie godząc się z tym, Google zamknął tam Google News. Owszem, ruch w hiszpańskich serwisach spadł o ok. 5 proc. (linki prowadzące z produktu Google'a), ale po jakimś czasie powrócił. I to do serwisów producentów treści. Czy to źle? Internauci docierają w Hiszpanii do tekstów w miejscu, gdzie ktoś poniósł koszty ich wytworzenia (a nie do pośrednika) i będzie chciał zarobić na reklamie czy płatnym dostępie. Żaden wydawca obecny w internecie nie obraża się na ruch, jaki pozyskuje z wyszukiwarki, z kanałów social mediowych, ale chce uczciwej relacji biznesowej. Nie tylko wydawcy prasowi zmierzą się z tym problemem, Onet i Wirtualna Polska stawiają teraz na tworzenie unikalnej treści dziennikarskiej, ponosząc koszty jej produkcji. Nawet małe serwisy lokalne zyskają na większej ochronie treści.

Konsumenci na zmianie prawa nie ucierpią, bo wydawcy zdają sobie sprawę ze znaczenia wyszukiwarek i platform społecznościowych. Internauci nie są stroną sporu, a teza o blokowaniu dostępu do treści po wprowadzeniu takiego prawa jest z gruntu nieprawdziwa.

Autor jest ekspertem Izby Wydawców Prasy, był zastępcą redaktora naczelnego „Dziennika Gazety Prawnej"

***

Tekst w tym kształcie ukazał się pierwotnie w dzienniku
Rzeczpospolita, 4.11.2016, numer 258 oraz na stronie www.rp.pl

niedziela, 12 lipca 2015

Cyfrowa lekcja biznesu nie tylko dla wydawców


Jeszcze 10 czy 15 lat temu nie wyobrażałem sobie wyjazdu na wakacje bez zabrania ze sobą dwóch rzeczy: aparatu fotograficznego (kiedyś analogowego) i kaset a potem płyt CD. Dziś jedno i drugie mam, jak miliony innych internautów, w... smartfonie. I aparat, i subskrypcje muzyczną. Na zdjęciu jakie wykonałem smartfonem we Florencji 2 lata temu grupa japońskich turystów, w charakterystycznej dla siebie sytuacji, przed katedrą Santa Maria del Fiore. Niewiele widać aparatów fotograficznych, za to niemal wszyscy unoszą smartfony... Symptomatyczne.

Rozwój nowych technologii i usług zabija zwykle stare modele biznesowe. To naturalny proces. Sztuka w tym, by uchwycić moment i „załapać się“ na prąd zmian. Niewielu pamięta, że to właśnie Kodak pierwszy posiadał aparat z cyfrową rejestracją zdjęć, ale nie docenił rozwoju tej technologii i kilka lat później został ze swoim kliszowym biznesem na lodzie. Smartfony z coraz lepszymi możliwościami robienia zdjęć zabijają aparaty fotograficzne. Płyta CD wciąż jeszcze żyje, ale po Spotify przyszedł już czas na Apple Music i Google Play Music. Więc jadąc na wakacje nachodzi mnie myśl: po co zabierać ze sobą stos płyt...

Apple, Google i Facebook konkurujące ze sobą tworzą kompletne ekosystemy produktów i usług. To w nich użytkownik ma zaspokoić wszystkie potrzeby. To po jego upodobaniach i zachowaniach oferowane mu będą coraz precyzyjniej dopasowane reklamy. A my zostawiając cyfrowe ślady (dane) w różnych produktach stworzymy tym samym w internecie miejsce (ekosystem) atrakcyjne dla reklamodawców.

Warto już dziś szukać odpowiedzi na pytanie: gdzie w tym będzie za 5 czy 10 lat miejsce dla wydawców, dla podmiotów tworzących treść? Facebook oferuje Facebook Instant, a Google systematycznie zdobywa kolejne przyczółki na polu tworzenia contentu, np. w YouTube, czyli treści tworzone przez samych użytkowników. Nie cieszy mnie obietnica Facebooka, że uczciwie podzieli się zyskami z reklam, raczej martwi, że wchodząc w taki program wydawca uczy użytkownika serwisu społecznościowego, że nie musi zaglądać na stronę danego brandu. Wkrótce może w ogóle przestać trafiać do stron podmiotów tworzących treść (może to jest mniej ryzykowne jest dla dużych marek typu NYT, Guardian czy CNN) i ruch na stronie zmniejszy się. A nowe pokolenie internautów nie będzie mieć potrzeby docierania np. do strony jakiejś gazety, portalu...

Użytkownik takiego ekosystemu nie będzie się zastanawiał się, wychodził, szukał. Treść poda mu Facebook. Czyż wielu internautów będzie się zastanawiać gdzie ona powstała, kto jest jej właścicielem, czy istnieje jakaś redakcja? Może to Facebook czy Google jest redakcją? Jestem w stanie sobie wyobrazić cyfrowy świat zdominowany przez wielkie systemy mielące użytkownika i treści, obojętne własne czy cudze. Ze znikomą, coraz mniejszą rolą tych, którzy ponoszą koszty tworzenia treści – wydawców. A może wkrótce na konferencja prasowych, eventach sportowych, w miejscach wielkich wydarzeń zobaczymy dziennikarzy z logo Google, Facebooka, czy nawet Apple?

Wydawcy, rozumiani nie li tylko jako wydawcy prasowi, są zdeterminowani, by zarabiać więcej na aktywności cyfrowej. Problemem dla nich nawet nie jest to, że spadają nakłady gazet, a raczej to, że budżety reklamowe przesuwają się coraz szybciej do internetu. A tam model biznesowy oparty jest bardziej na monetyzacji zasięgu niż sprzedaży dostępu do treści. Prasa i pewnie też telewizja (rozumiana tutaj jako nadawca linearnie nadawanych programów) zmierzą się z nowym sposobem konsumpcji treści. I rolą oraz miejscem jakie oferuje im ten kto posiada ów zasięg. I dyktuje warunki.

Podczas ostatniej konferencji INMA w Helsinkach przedstawiciel fińskiego wydawnictwa Sanoma mówił, że ich prawdziwym przeciwnikiem są "duże misie" – big boy (Facebook i Netflix). Pozostawiając z boku wielkie słowa o misji, o dziennikarskich powinnościach warto chwilę zastanowić się jak sprawić, by wydawców nie czekał los aparatów fotograficznych i płyty CD. One nadal są na rynku, może i nawet uznawane za produkty oraz usługi jakościowe. Zaspokajają potrzeby użytkownika, ale masowy odbiorca ich unikalnej kiedyś wartości (robienie zdjęć, słuchanie muzyki) jest gdzie indziej bo w smartfonie. W systemie usług i konsumpcji treści u dużego gracza.

Za progiem czyha już podmiot, który potrzebę użytkownika bycia poinformowanym potrafi zaspokoić. Może dziś jest to treść cudza, może nawet nie jest jakościowa, może podmioty te nie potrafią wytwarzać jeszcze wiarygodnej własnej treści. Może... Jednak ogólnoświatowi gracze ze swoimi zasięgami, jednocześnie systematycznie uzależniając wydawców od swych ekosystemów (wydawcy chcą mieć ruch płacą za Adwords, czy kampanie na Facebooku) potrafią dać reklamodawcy najwyższą wartość: dotarcie do usera.

***
PS Nie znam odpowiedzi na stawiane w felietonie pytania. Ale któż nie chciał by ich znać :)