piątek, 16 grudnia 2016

Wolne media = obywatelski obieg demokratycznej informacji

Obrazy i dźwięki z Sejmu nie dotarłby z taką siłą do wyborców, czyli suwerena gdyby nie… nowego typu dziennikarstwo. Dziennikarstwo obywatelskie. Bo takie uprawiają w ostatnich godzinach politycy opozycji używając smartfonów, tabletów i serwisów społecznościowych do informowania o tym co dzieje się w parlamencie.

Zostawmy z boku polityczny spór i powody dla których dzieje się dziś tyle w Polsce. Ważniejsze jest co innego. Oto w Sejmie dziennikarze mieli przestać być świadkami wydarzeń, mieli mieć ograniczone możliwości zadawania trudnych pytań wybrańcom narodu. Ale mogą skutecznie zastąpić ich sami politycy. Kilka lat temu smartfony i Twitter sprawiły, że wybuchła arabska rewolucja. Teraz w Polsce dzięki nowym technologiom okazuje się, że nie da się uprawiać propagandy i zakrzywiać rzeczywistości. Można ograniczyć pole działania zawodowym dziennikarzom, ale zatrzymać przekazu medialnego w internecie na szczęście się nie da.

Kiedyś poseł, a dziś prezes TVP, Jacek Kurski mówił: Ciemny lud to kupi. Owszem może władza, partia rządząca mieć telewizję, radio publiczne, a nawet PAP. Może jedna partia mieć większość w Sejmie, może używać straży marszałkowskiej do demolowania Państwa, a policji do torowania wyjazdu i drogi ideologowi „dobrej zmiany”, który realizuje własną wizję państwa, a raczej prze do dyktatury. Może. Nie może jednak zatrzymać postępu technologicznego.

Tak jak w sporej części PiS i prezydent Duda są tam gdzie są dzięki serwisom social media tak i dzięki nim, i przez nie mogą zostać szybko odsunięci od władzy. Nie ma władzy nad społeczeństwem ten kto sądzi, że da się kontrolować medialny przekaz. Media mogą być narodowe, ale dziś dziennikarze są wszędzie. Nawet jeśli zawodowcom zakaże się wstępu do parlamentu dziennikarzami obywatelskimi mogą być i już są posłanki i posłowie opozycji. Dziennikarze obywatelscy. Wtedy gdy posłanki relacjonują przez telefon w komercyjnej TV co dzieje się w Sejmie, są nimi też obywatele, którzy przybyli przed budynek i filmują smartfonami sceny, gdy policja siłą toruje drogę prezesowi rządzącej partii, która za nic ma zasady państwa demokratycznego.

Ludzie (a kiedyś blogerzy), czyli ów słynny suweren - na którego decyzje przy urnie wyborczej tak ochoczo powołuje się PiS i jego zwolennicy - zmieniają świat. Uzbrojeni w smartfony obalają nawet najbardziej zajadłe reżimy. Co dziś może zrobić przeciętny obywatel? Udostępniać treści, które pokazują prawdziwy obraz wydarzeń z piątkowego wieczoru 16 grudnia i ostatniej nocy.

Jak w zasadach dziennikarstwa obywatelskiego i definicji Web 2.0. 1 tworzy treść, 10 ją komentuje, 89 czyta, ogląda. Udostępniając treść opisującą ostatnie zdarzenia w Sejmie podtrzymujemy wszyscy reguły państwa demokratycznego. A dziennikarze zawodowi i media tylko wzmocnią ten przekaz w swoich portalach, gazetach, stacjach TV i radiowych. Nieprzekonanych nic nie przekona, ale wątpiących obrazy i dźwięki powinny zmusić do myślenia. A o to przecież chodzi w wolnym świecie demokratycznym.

***

W czerwcu 2006 roku ruszył portal dziennikarstwa obywatelskiego Wiadomosci24.pl. Zainteresowanych szerzej ideą dziennikarstwa obywatelskiego odsyłam do tekstów na ten temat.
http://www.wiadomosci24.pl/artykul/abecadlo_dziennikarza_obywatelskiego_15977.html
http://www.wiadomosci24.pl/artykul/pamietajmy_o_idei_rewolucyjnej_15836.htmlhttp://www.wiadomosci24.pl/artykul/pamietajmy_o_idei_rewolucyjnej_15836.html

niedziela, 6 listopada 2016

Koniec żerowania na cudzej pracy?


W Komisji Europejskiej toczą się prace zmierzające do umieszczenia w prawie zapisów dotyczących praw pokrewnych dla wydawców. Ma to im pozwolić na pobieranie opłat za wykorzystywane fragmenty tekstów od agregatorów treści, takich jak Google News, czy platform social mediowych, jak Facebook. Wydawcy uważają, że położy to kres żerowaniu na cudzej pracy. Prawa pokrewne, o jakie spiera się branża wydawnicza ze światowymi graczami online, przez wielu komentatorów są traktowane jak pałka, którą można okładać wydawców. – Chcecie chronić swoje stare modele biznesowe i po prostu wprowadzić podatek od linków – argumentują krytycy.

Być może niektóre regulacje przygotowywane w KE zmierzające do wprowadzenia ograniczeń w używaniu treści wydawców mogą nie znaleźć zrozumienia u osób nieobeznanych z funkcjonowaniem tego rynku. Ale obraz relacji wydawcy – giganci internetu nie jest w tym sporze przedstawiany w pełni obiektywnie. To nie jest kryminalizowanie jakichkolwiek zachowań internautów, a taki argument jest podnoszony przez agregatory treści. To domaganie się przez producentów treści dziennikarskich praw takich, jakie mają nadawcy oraz producenci utworów muzycznych czy filmowych. Czy teksty dziennikarskie zasługują na niższy poziom ochrony?

Budżety odpływają


Internet radykalnie przesunął punkt ciężkości w relacjach reklamodawca – konsument. Przez lata wydawcy prasowi odgrywali tu rolę głównego pośrednika. W czasach „przedinternetowych" w biurach reklamy gazet stały kolejki chętnych do nadania ogłoszeń. Model biznesowy gazet opierał się na ich sprzedaży, a zysk częściowo był pochodną ceny gazety i - w coraz większym stopniu - przychodów z reklamy. W internecie producenci treści (wydawcy) zostali zepchnięci do narożnika i często muszą się zadowolić resztkami z pańskiego stołu.

Zgodnie z danymi eMarketera światowy rynek reklamy internetowej będzie wart w tym roku 186,8 mld dol. Największą tego część zgarnie Google (ponad 53 mld dol.). Gdy dodać do tego zarobki Facebooka i gigantów światowego handlu online, do podziału zostaje dużo mniej. W Polsce internetowy rynek reklamy w I półroczu szacowany jest na 1,71 mld zł (badanie IAB AdEx). U nas też dominują gracze światowi: Google i Facebook. Jaka część z 1,71 mld zł trafia do podmiotów ponoszących koszt wytworzenia treści? Najzręczniej i najskuteczniej pieniądze reklamodawców zdobywają dziś często podmioty, które agregują linki do treści wytworzonej przez wydawców albo są platformami je pokazującymi (wyszukiwarki, social media). Technologia umożliwia zarabianie na reklamach z użyciem treści wydawców, a prawo nadal na to pozwala.

Na pytanie, skąd znasz daną informację, większość użytkowników największego serwisu społecznościowego świata odpowie: „był link na Facebooku". W internecie coraz bardziej skomplikowane narzędzia odcinają wydawców od pieniędzy reklamodawców. Wielu internautów nabiera przekonania, że Google i Facebook są twórcami treści. YouTube należy do Google'a, FB mocno promuje wideo i relacje live użytkowników.

Wydawcy od lat dobrowolnie zasilają codziennie te platformy milionami postów i artykułów. Bo idą za swoim odbiorcą. Wydawca jako twórca treści ponoszący koszt zatrudnienia dziennikarzy i posiadający witrynę konkuruje o uwagę użytkownika z gigantami internetu. Ów konkurent walczy o uwagę internauty z użyciem treści wytworzonej przez wydawcę i jeszcze bije się o te same budżety reklamowe. Co w tym niepokojącego? – zapyta ktoś. – Google News indeksuje tylko teksty producentów, pokazuje tylko zajawki tekstów i w zamian doprowadza ruch do ich serwisów. To wolny rynek, a wydawcy po prostu nie potrafią stworzyć skutecznego modelu biznesowego w sieci – dodają komentatorzy.

Tu chodzi o uczciwe relacje biznesowe. Wolny rynek chroni regulacjami prawnymi dzieła autorskie. Robi tak branża muzyczna, filmowa i nikomu nie przychodzi do głowy to kwestionować. Są i opłaty reprograficzne, czyli wynagrodzenie dla twórców za zgodne z prawem kopiowanie legalnie pozyskanych utworów przez osoby fizyczne. W branży prasowej w Polsce zarówno „Tygodnik Angora", jak i „Forum" płacą za przedruki wydawcom i autorom. Można? Można. Dlaczego nie może ta sama zasada obowiązywać w internecie?

Jeśli prawa pokrewne dla wydawców pojawią się w prawie autorskim, wydawca będzie mógł występować w swoim imieniu oraz na rzecz autora treści (dziennikarza) z roszczeniami finansowymi o nieuzasadnione jej użycie. Wprowadzenie prawa pokrewnego niczego nie zmienia w sytuacji internautów, a dostęp do treści był, jest i będzie całkowicie otwarty. Tylko że za wykorzystanie cudzej treści konkurent biznesowy powinien zapłacić. Wydawca płaci dziennikarzowi, więc płacić powinien też podmiot, który tę treść wykorzystuje. Wprowadzenie praw pokrewnych zwiększa ochronę dziennikarzy, a protesty niektórych – w imię „wolności internetu" – to działanie wbrew interesom całego środowiska. Czy Facebook, Google lub Twitter płaci dziennikarzom za twórczość dobrowolnie tam umieszczaną? Dlaczego używając tej treści (np. w Google News), nie rozlicza się z wydawcą, któremu dziennikarze oddają prawa licencyjne do tekstów, zdjęć...

W prawie autorskim chroniony jest autor, ale nie wydawca, który finansuje produkcję. Wydawca rzadko utrzymuje produkcję z pobierania opłat za dostęp do treści, więc skazany jest na model biznesowy „reklama przy treści". Błyskawiczny rozwój technologii sprawił, że emitując reklamę, walczy o budżet reklamodawcy z platformą dysponującą olbrzymim zasięgiem. Co więcej, część tych pieniędzy platforma zarabia na stronach samych wydawców, którzy dobrowolnie wpinają kody Google AdSense, by zarobić na ruchu. A to Google doprowadził ten ruch z linków ze zindeksowanych tekstów wydawcy...

 Ekosystemy kontra twórcy treści


Apple, Google i Facebook stworzyły ekosystemy produktów i usług. W nich użytkownik ma zaspokoić wszystkie potrzeby, zwłaszcza informacyjne. Nie jest tajemnicą, że Facebook wyżej pozycjonuje posty marek mediowych, a marki i brandy muszą za ich widoczność słono płacić. Bez treści informacyjnych Facebook skończyłby pewnie jak Nasza Klasa. Bez dziennikarskich materiałów wielu z nas ucieknie z serwisu społecznościowego, jeśli nasza tablica będzie upstrzona tylko zdjęciami kotów i potraw gotowanych przez znajomych.

Facebook i Google mają coś dużo cenniejszego dla reklamodawcy niż treść: wiedzę o internaucie, jego upodobaniach i zachowaniach. Klikach i intencjach zakupowych. Coraz precyzyjniej dopasowują reklamy. A internauci, zostawiając cyfrowe ślady (dane) w różnych produktach, tworzą z tego miejsca atrakcyjne dla reklamodawców. Te dane są też w rękach wydawców, tylko ci korzystają z nich w niewielkim stopniu. Wciąż bardziej emocjonuje wszystkich traffic na stronie niż wiedza o klientach (użytkownikach), którym można coś sprzedać.

Serwisy informacyjne wydawców sprzedają odsłony, a te są coraz tańsze. Technologia i wszystkie nowe narzędzia, platformy technologiczne coraz bardziej oddalają jednak przychody od wydawców. Co będzie za 5–10 lat? Facebook i Google raczej nie staną się redakcjami. Ktoś wyobraża sobie na imprezach sportowych dziennikarzy Google'a, Facebooka, Apple'a? Buduje się cyfrowy świat zdominowany przez wielkie platformy mielące użytkownika i treści z coraz mniejszą rolą tych, którzy ponoszą koszty ich tworzenia.

W Hiszpanii wprowadzono zapisy o prawach pokrewnych. Nie godząc się z tym, Google zamknął tam Google News. Owszem, ruch w hiszpańskich serwisach spadł o ok. 5 proc. (linki prowadzące z produktu Google'a), ale po jakimś czasie powrócił. I to do serwisów producentów treści. Czy to źle? Internauci docierają w Hiszpanii do tekstów w miejscu, gdzie ktoś poniósł koszty ich wytworzenia (a nie do pośrednika) i będzie chciał zarobić na reklamie czy płatnym dostępie. Żaden wydawca obecny w internecie nie obraża się na ruch, jaki pozyskuje z wyszukiwarki, z kanałów social mediowych, ale chce uczciwej relacji biznesowej. Nie tylko wydawcy prasowi zmierzą się z tym problemem, Onet i Wirtualna Polska stawiają teraz na tworzenie unikalnej treści dziennikarskiej, ponosząc koszty jej produkcji. Nawet małe serwisy lokalne zyskają na większej ochronie treści.

Konsumenci na zmianie prawa nie ucierpią, bo wydawcy zdają sobie sprawę ze znaczenia wyszukiwarek i platform społecznościowych. Internauci nie są stroną sporu, a teza o blokowaniu dostępu do treści po wprowadzeniu takiego prawa jest z gruntu nieprawdziwa.

Autor jest ekspertem Izby Wydawców Prasy, był zastępcą redaktora naczelnego „Dziennika Gazety Prawnej"

***

Tekst w tym kształcie ukazał się pierwotnie w dzienniku
Rzeczpospolita, 4.11.2016, numer 258 oraz na stronie www.rp.pl

wtorek, 1 listopada 2016

Naiwni jak narodowcy? Na marginesie ostatniego bojkotu Facebooka

Czy wkrótce powstanie Facebook dla narodowców? Nie, to nie jest pytanie absurdalne. Skoro część jego użytkowników nie jest w stanie zaakceptować regulaminu serwisu społecznościowego to może powinni założyć własny?

Facebook wielokrotnie podkreślał, że jest firmą technologiczną i, że nie jest firmą medialną. Aby zarządzać ogromną ilością skarg na treści - ponad milion dziennie - firma stworzyła wielopoziomowy system moderacji. Wszystko zaczyna się od zautomatyzowanego systemu odbioru naruszeń regulaminu i skarg do zespołów mieszczących się w Dublinie, Hyderabad, Austin i Menlo Park.

Protesty i sugestie, że pracownicy polskiego oddziału Facebooka przez swe „polityczne koneksje” wpływają na to co jest usuwane, czy na blokowanie profili świadczą tylko o braku głębszego zrozumienie tego jak działają serwisy społecznościowe. Jak wygląda obieg zgłoszeń dotyczących naruszeń, ale też jak można przeprowadzić zmasowaną „akcję” dotyczącą postu, osoby, itd.

A przede wszystkim, że zawsze to właściciel ustala zasady serwisu tworząc jego regulamin, a użytkownik logując się w serwisie akceptuje zasady i zachowuje się zgodnie z nimi lub musi to miejsce opuścić. Oczywiście protesty i głośne akcje pewnie jakoś tam wpływają na dalszy los platformy takiej, jak Facebook, ale nie sądzę by cokolwiek istotnego zmieniły.

Pod tym adresem jest wszystko co powinieneś wiedzieć o zasadach moderacji. A usuwanie postów lub blokowanie profili to tylko efekt tych zapisów. Wszędzie są ludzie i to oni interpretują np. punkt brzmiący: Niedozwolone jest publikowanie treści, które: promują nienawiść, zawierają groźby lub pornografię, nawołują do przemocy lub zawierają nagość, a także drastyczną i nieuzasadnioną przemoc.

Burza jaka ostatnio wybuchła, demonstracyjne usuwanie profili przypomniało mi historię sprzed 8 lat. Istniejący wówczas zaledwie 2 lata serwis www.wiadomosci24.pl (działa do dziś w ramach firmy Polska Press Grupa) przeżył największy kryzys w historii zwany „rewolucją goździków” - określenie od zdjęć umieszczanych w profilach protestujących. Całkiem spora grupa użytkowników tego serwisu dziennikarstwa obywatelskiego zakwestionowała interpretację części zapisów regulaminu dotyczącą umieszczania zdjęć w profilu. Pomijając inne aspekty tego sporu właściciel serwisu nie uległ presji, regulamin nieco zmieniono, ale tak, by wypełniał założoną dla marki strategię. Spór skończył się odejściem, usunięciem profili przez kontestujących zmiany użytkowników i założeniem „konkurencyjnego” portalu. Owszem funkcjonował jakiś czas, ale dość szybko po nim pozostało tylko wspomnienie, a Wiadomosci24.pl działały i nadal działają.

Zasady gry zawsze ustala właściciel portalu, a nie jego użytkownicy. Facebook bez profili polskich narodowców na pewno przeżyje, a czy swoje cele polityczne narodowcy osiągną - hipotetycznie? - zakładając swój serwis społecznościowy? Siłą amerykańskiego portalu społecznościowego jest jego zasięg, w Polsce około 19/20 mln z 25 mln internautów ma swoje profile, odwiedza serwis. Jeśli narodowcy kwestionują „cenzurę” (i wszelkie zasady działania moderacji na Facebooku) warto, by spróbowali stworzyć konkurencję. I stworzyli serwis, oczywiście jego regulamin. Tylko powinni pamiętać, że nieobecni racji (także tej politycznej) nie mają…

Więcej jak działają mechanizmy moderacji treści na FB, z jakimi problemami mierzy się serwis Marka Zuckerberga, można przeczytać w tym artykule Reuters.

czwartek, 20 października 2016

Prywatyzacja polskiej prasy nie tylko z Niemcami w tle

Sporym zaskoczeniem był dla wielu tekst Gazety Wyborczej Wojciecha Czuchnowskiego o poważnie ponoć rozważanym scenariuszu sprzedaży przez właściciela Polska Presse Grupa udziałów w spółce złożonej przez PKO BP. Tak miałaby się dokonać tzw. częściowa renacjonalizacja mediów. „Wredny Niemiec" przestanie „wpływać” na polską rzeczywistość a rządzące Prawo i Sprawiedliwość dostanie narzędzie manipulacji opinią publiczną na prowincji - komentowano. Dziś Polska Press Grupa jako właściciel 20 tytułów dzienników regionalnych, ponad 100 tygodników i dziesiątek serwisów informacyjnych (nie tylko serwisy dzienników, ale też i portal Naszemiasto.pl) to łakomy kąsek zwłaszcza przed wyborami samorządowymi.

Zostawmy z boku potencjalne scenariusze i realność takiego ruchu (osobiście uważam za całkiem prawdopodobny :), ale ważniejsze, że pojawiło się w sieci wiele błędnych komentarzy i informacji o Polska Press Grupa. Masę przeinaczeń, przykładów braku weryfikacji faktów o procesie prywatyzacji prasy w Polsce. Oczywiście, że nie opisuję tu wszystkich procesów, ale jako były już pracownik tej firmy od 1990 r. pamiętam jak naprawdę było. Dlatego ten wpis. By m.in. naświetlić historię i pozycję Polska Press Grupa we właściwych proporcjach. Unikam szczegółów niektórych posunięć biznesowych, np. tego, że firma mogłaby być w dużo lepszej kondycji gdyby od 2007 roku nie realizowała projektu prasowego Polska The Times, a zainwestowała raczej w rozwój w internecie.

RSW? Jak prywatyzowano prasę

Przypomnijmy, że do 1989 Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza (RSW "Prasa-Książka-Ruch”) była największym koncernem prasowym w Europie Środkowo-Wschodniej. Założona 1.01.1973 przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą (siedziba partii stała się siedzibą Giełdy Papierów Wartościowych) RSW "Prasa-Książka-Ruch" była obok pośrednich dotacji budżetowych i składek członkowskich jednym z głównych źródeł bieżących dochodów PZPR (dywidendy). RSW, która faktycznie finansowała działalność partii komunistycznej, wydawała większość wysokonakładowych gazet, na czele z Trybuną Ludu. RSW miała własną, monopolistyczną niemal sieć kolportażu - to bardzo ważny wątek dla przyszłości prasy w Polsce po 1989 r. i losów jej prywatyzacji.

Prasa partyjna miała szczególną pozycję w Polsce. Obok tej całkowicie kontrolowanej przez cenzurę były cenione tygodniki typu „Polityka”, „Przekrój”, czy „Tygodnik Powszechny” cieszące się względną niezależnością (oczywiście też cenzurowane). W 1990 Sejm podjął uchwałę o likwidacji spółdzielni RSW, ustalił zasady podziału koncernu, powołał pełnomocników ds. likwidacji majątku. To oni szukali nabywców na prawa do tytułów prasowych. Na początku lat 1990 na polskim rynku pojawiło się wielu wydawców z Zachodu, w zasadzie większość z największych dziś wydawców w Polsce (dopiero w 1994 roku pojawił się Axel Springer dziś Ringier Axel Springer Polska).

Likwidacja to sprzedaż praw do tytułów różnym podmiotom: spółdzielniom dziennikarskim, spółkom polskim, medialnym koncernom zagranicznym. Dużo decyzji było bardzo politycznych - to był faktycznie podział łupów po komunie. To wtedy 8 tytułów prasowych - dzienników regionalnych trafiło w ręce francuskiego koncernu Hersant (kupił także 51 proc. udziałów w Rzeczpospolitej – największym wtedy obok Gazety Wyborczej polskim dzienniku). Część tytułów trafiła w ręce spółdzielni dziennikarskich, niewiele z nich sobie poradziło na wolnym rynku - np. w  Łodzi Express Ilustrowany 20 % udziałów było w rękach spółdzielni dziennikarskiej, ale ostatecznie odsprzedała je Polskapresse (dawna nazwa koncernu przed połączeniem ze spółką Media Regionalne). Partyjny Głos Robotniczy przekształcony w Głos Poranny nie miał tego szczęścia. Biznesmeni, w tym polski biznes prywatny oraz ludzie związani z partią PSL, tytułu na rynku nie utrzymali.

Orkla? Hersant? Fundacja Prasowa „Solidarność” Jarosława Kaczyńskiego?

Kilka dzienników regionalnych nabyła norweska spółka Orkla. Na polskim rynku najbardziej agresywnie grał chyba właśnie ten norweski koncern. Np. jedna z spółek-córek, Orkla Media zawiera w 1990 umowę z dolnośląskim zarządem regionu Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. Utworzono Norpol-Press, której zadaniem było wydawanie  gazety. Od września 1990 r. „Dziennik Dolnośląski”, który rok później został zawieszony. Orkla sprowadziła maszynę drukarską a „Solidarność” sfinansowała budowę drukarni i redakcji. Od 1991 r. Orkla systematycznie skupowała udziały w tytułach regionalnych: „Słowo Polskie”, „Gazeta Wrocławia”, „Gazeta Lubuska”, „Gazeta Pomorska”, „Nowa Trybuna Opolska” a na końcu „Rzeczpospolita” – udziały odkupione od Hersant. Orkla budowała drukarnie, często wyposażając je w używane maszyny sprowadzane  z Norwegii. Inwestycje prowadziła w ramach różnych spółek (Orkla Media, Orkla Media Newspapers, Orkla Media Poland, Orkla Press Polska itp.). Wielokrotnie zmieniała taktykę przejmowania udziałów. Najgłośniejszą inwestycją stało się wykupienie 51% udziałów spółki Presspublica wydającej „Rzeczpospolita”. Niektóre procesy odbywały się na granicy prawa, a nawet z naruszeniem niektórych zasad i przepisów, stąd było kilka sporów sądowych.

W kwietniu 1990 roku grupa 98. pracowników zespołu redakcyjnego „Express Wieczorny” (warszawska popołudniówka z bardzo dobrą pozycją na rynku) zakłada spółdzielnię dziennikarską, by uzyskać pierwszeństwo w ubieganiu się o przejęcie tytułu od RSW. W październiku spółdzielnia rozpoczyna wydawanie porannej wersji dziennika, noszącej tytuł „Express”. Fundacja Prasowa „Solidarność” – to z kolei fundacja założona 15 marca 1990 przez ówczesnego senatora i redaktora naczelnego "Tygodnika Solidarność” Jarosława Kaczyńskiego. Wśród założycieli fundacji są też m.in. Sławomir Siwek i Krzysztof Czabański.

Warto pamiętać, że już w maju 1991 na żądanie Jarosława Kaczyńskiego (wtedy minister stanu i szef kancelarii prezydenta Wałęsy) Fundacja nabyła od Skarbu Państwa "Expres Wieczorny" oraz prawo wieczystego użytkowania kilku działek wraz z czterema nieruchomościami w centrum Warszawy m.in. przy ul. Nowogrodzkiej 84/86 (ówczesna siedzibie zakładów graficznych, a dziś siedzibie PiS), po likwidowanym koncernie RSW Prasa-Książka-Ruch z czasów PRL (likwidatorem koncernu był też kilka lat później Krzysztof Czabański). W lipcu 1993 fundacja „Solidarność” odsprzedaje tytuł "Express Wieczorny" szwajcarskiej spółce Marquard (zlikwidowano tytuł w 1999 r.). Prywatyzacja „Expressu Wieczornego” zasługuje na oddzielny wpis, zainteresowanych odsyłam do Wikipedii.

Hersant, Verlagsgruppe Passau, Passauer Neue Presse, Polska Press Grupa

W 1994 r. francuski Hersant odsprzedaje tytuły prasowe niemieckiemu wydawcy Verlagsgruppe Passau – dziś Polska Press Grupa. Wróćmy do czasów przejęcia gazet od Hersanta. To było kilka tytułów w największych miastach Polski poza Warszawą: Gdańsk, Poznań, Wrocław, Katowice, Kraków, Łódź. Mocne gazety regionalne głównie tzw. postczytelnikowskie, czyli spółdzielni Czytelnik (posiadały m.in. własne zaplecze techniczne i organizacyjne - system kolportażu, drukarnie). O te tytuły toczył się w prywatyzacji największy bój, i Skarb Państwa zainkasował najwięcej. Życie Warszawy - przejął Nicola Grauso, a Hersant m.in. Dziennik Zachodni, Dziennik Bałtycki, Dziennik Łódzki. One w czasach komunistycznych nie należały do RSW Prasa-Książka-Ruch, były - oczywiście teoretycznie, np. case Gazety Krakowskiej za czasów red. Macieja Szumowskiego - pod mniejszym wpływem cenzury. To w nich za komuny mogły pojawić się nekrologi ze znaczkiem ŚP, czyli Świętej Pamięci. Były w dobrej kondycji finansowej - miały zasięg i bardzo dużo reklam.

Gdy Hersant odsprzedawał tytuły Passauer Neue Presse to była mała spółka z Passawy w Bawarii. Nikt w zasadzie nie znał tego wydawcy, ani właścicieli - rodziny Diekmannów.
Koniec lat 90. i pierwsze lata tego stulecia to intensywny rozwój koncernu. To kupowanie udziałów w tygodnikach lokalnych i szybkie „wcielanie ich” pod skrzydła produktu-matki, czyli dziennika regionalnego. Tak było np. w woj. łódzkim z tygodnikami „Nad Wartą” - Sieradz i „ITS” ze Skierniewic. Poszerzanie zasięgu przez fuzję, np. w Łodzi gdzie niezależne Wiadomości Dnia połączyły się z Dziennikiem Łódzkim należącym do Polskapresse.  To także okres początków inwestycji w internet. W latach 2000/2001 powstają dwie internetowe marki, które dziś odpowiadają za bardzo dużą część przychodów spółki - portal ogłoszeniowy Gratka.pl oraz lokalny, informacyjny portal Naszemiasto.pl.

Wspomniany na początku projekt ogólnopolskiej gazety Polska The Times to rok 2007, po jego porażce (notabene nigdy oficjalnie nie zamknięto tego projektu) ponownie powrócono do ekspansji w internecie. Brałem w tym bardzo aktywny udział więc napiszę tylko, że mocne podstawy dzisiejszej pozycji koncernu w internecie (9/10 miejsce w top 20. w Polsce) zbudowana zostały w okresie 2009 - 2012. W 2012 roku na dobre rozpoczęły się przygotowania do fuzji z Mediami Regionalnymi, a raczej zakupu przez PP koncernu obejmującego swoim zasięgiem pozostałą część kraju (bez woj. warmińsko-mazurskiego).

Dla przypomnienia Media Regionalne należały od 2006 r. do inwestora finansowego z wysp brytyjskich - Mecom, który przejął tytuły od Orkli. Tak kupując kolejnych kilka tytułów regionalnych prawa do portali, serwisów Polska Press Grupa stały się wielkim koncernem, łakomym kąskiem dla polityków.

Dziś Polska Press Grupa swym zasięgiem obejmuje niemal całą Polskę. Firma z informacją i reklamą jest bardzo głęboko, naprawdę lokalnie, nawet w bardzo małych miastach. W wielu miastach powiatowych są oddziały, tam powstają tygodniki lokalne i choć zatrudniają niewielu dziennikarzy to jednak są bardzo ważnym ogniwem lokalnego rynku informacji. Z Warszawy to nie zawsze tak wygląda, ale realnie to często monopolista na rynku regionalnej, lokalnej i cyfrowej informacji. I reklamy. Są wprawdzie mutacje tytułów ogólnopolskich, ale często - jak z Gazetą Wyborczą - czytane tylko w stolicach województw. Są i konkurencyjne, niezależne tygodniki lokalne w powiatach czy duże portale internetowe (np. Trojmiasto,pl), ale pierwsza pozycja koncernu na rynku regionalnej i lokalnej informacji wydaje się niezagrożona. Pomysł zakupu tych tytułów w ramach „dobrej zmiany” wygląda zatem na bardzo sensowny. Czy realny? To czas pokaże, czy zapewnienia władz spółki są bliższe prawdy (PKO BP też się odciął), czy raczej materiał z Gazety Wyborczej za kilkanaście miesięcy okaże się przedwczesną zapowiedzią wielkich przetasowań na rynku prasy. 

*** 
Jeśli znalazłeś błąd, nieścisłość, przeoczenie w tym artykule daj mi znać przez formularz na stronie.