niedziela, 15 czerwca 2014

Afera Gozdyry: social media to nadal pole minowe, którego dziennikarze nie rozbroili

Dziennikarze myślący o swojej przyszłości (nie tylko w internecie) nie mogli nie zauważyć ostatniej afery z Twittera. Mowa o sytuacji gdy dziennikarka Polsatu - Agnieszka Gozdyra zamieściła w tweecie bardzo obszerny fragment artykułu z Wprost, a w konsekwencji pyskówki z Michałem Majewskim, z tego tygodnika, została zawieszona przez szefostwo stacji.

Nie chcę zajmować się dyskusją między Gozdyrą a Majewskim, wolę spojrzeć na powód zdarzenia, czyli opublikowanie scanu artykułu, a także na tłumaczenie jakiego użyła dziennikarka Polsatu. Jeszcze bardziej interesuje mnie podejście niektórych dziennikarzy do praw autorskich, zachowanie branży w serwisach społecznościowych, a zwłaszcza brak umiejętności rozróżniania co robimy prywatnie a co służbowo.



Martwi mnie brak świadomości wielu dziennikarzy, że czasem podcinają gałąź na której siedzą. Gozdyra tłumaczyła się pisząc „Przecież się na was powołuję...“. Trzeba jednak odróżnić skuteczne „powołanie się“, oczywiście z linkiem, od użycia treści w sposób nie wymagający zapoznania się ze źródłem określonej przez Majewskiego słowami: To kradzież.

Media utrzymują się z dwóch źródeł z pieniędzy odbiorców (cena egzemplarzowa, subskrypcja, abonament, prenumerata) i/lub reklamodawców. Jakby nie patrzeć na nasze prawo a zwłaszcza jego stosowanie jest opisane wystarczająco dokładnie. Nie jestem prawnikiem jednak nigdzie nie widziałem przekonującej interpretacji, że całkowicie legalne jest republikowanie całości lub większości materiału (bez stosownej opłaty za taką treść; patrz przykład fotograf Daniel Morel kontra agencja AFP).

Taką tezę lansują „otwartyści“ napędzani ideą, że dla rozwoju społeczeństwa ważny jest jak najszerszy dostęp w internecie do osiągnięć nauki i kultury. Trzeba przyznać, że „otwartyści” chcą regulacji prawnych, które pomogą zabezpieczać dobro tych, którzy tworzą udostępniane treści. Tyle tylko, że trochę innymi kategoriami rządzi się treść ulotna, często wypracowana dużym nakładem sił i środków a posiadająca wartość naprawdę bardzo krótko.

Retweetowanie tekstu z tygodnika nie jest, li tylko, przeoczeniem czy błędem. Coraz wyraźniej widać związek między dostępnością treści (bezpłatnie kolportowanej często przez samych dziennikarzy; także na Twitterze), a spadkami przychodów wydawnictw. Gdy główny materiał dziennika, tygodnika, serwisu, czy stacji telewizyjnej jest kolportowany przez innych jako link, omówienie (niestety, w serwisach www często bez linku) to znakomicie. Napędzamy w ten sposób wszyscy wzajemnie swoją oglądalność, słuchalność – po prostu sprzedaż danego produktu. Co wtedy, gdy rzesza potencjalnych klientów zapozna się bezpłatnie z wartościową treścią? Branża dziennikarska dziwi się często, że kondycja wydawnictw jest coraz gorsza. Szanuj prawa autorskie innych, jeżeli chcesz by szanowali Twoje, a w konsekwencji szanuj przychody cudze, by inni dali Ci zarabiać na Twoim produkcie. Twój pracodawca będzie miał z czego zapłacić Ci pensję czy wierszówkę.

Inne cele niż dziennikarz w kanałach social media ma bloger, marketingowiec, czy polityk. Szeroko o tym pisze Eryk Mistewicz namawiając wszystkich do marketingu narracyjnego i opowiadania historii. Czy skutecznie to już temat na inny wpis. A, że sami internauci udostępniają pełne treści nie dziwi - lata przyzwyczajeń. Jerzy Baczyński, red. naczelny Polityki w wywiadzie w TokFM podkreśla: "...media tradycyjne są dziś mocno obecne w tym nowym internetowym świecie. O ile jednak jest on atrakcyjny z punktu widzenia zasięgu, dotarcia do publiczności, to okazał się kompletnie niedochodowy. W ogóle jednym z wielkich wyzwań współczesności jest komercjalizacja internetu. Wiele osób poświęca dziennie całe godziny na aktywność w sieci, ktoś z tego korzysta, czasem na dużą skalę, ale to nie wywołuje obiegu pieniądza, nie tworzy PKB, muszą zarabiać w tradycyjnej gospodarce."

Warto w tym miejscu rozróżnić działania zmierzające do budowanie zasięgu danej marki, rozpoznawalności brandu od szerokiego kolportowania treści bezpłatnie w, złudnej oczywiście, nadziei, że to zgodne z prawem. Także mityczne, przynajmniej dla mnie, rankingi cytowalności nie przekładają się bezpośrednio na wierszówki, pensje i miejsca pracy w mediach. Redaktorzy naczelni nie płacą przecież dziennikarzom „cytowalnością“, a jeśli komukolwiek jest ona dziś potrzebna to głównie działom sprzedaży. A i to nie zawsze bo reklamodawca szuka skutecznego dotarcia do klienta na swój produkt, czy usługę, a dziś – coraz częściej niestety – uzyskuje ją bez pośrednictwa mediów.

Dziś dziennikarze powinni zapamiętać termin – delinearyzacja (autorstwa Bernard Poulet w książce „Śmierć gazet i przyszłość informacji). Dla internauty dziś często nie istnieje „pierwsza strona” rozumiana, tak jak w gazecie. Dociera do tekstów czy zdjęć z linków w Google, czy w social media. Często nie wie nawet w jakim jest serwisie. W internecie każdy artykuł żyje swoim życiem, ma unikalne, własne zalety. A dziennikarz w sieci „warty” jest tyle ile zarabiają jego treści. Ale nie tylko w internecie w postaci dyktatu odsłon. Internet to tylko jeden z kanałów dystrybucji treści. Zresztą najlepsze materiały w sieci to już nie tylko te, które przyciągają najwięcej internautów (PV), ale takie przy których emitowane są najdroższe reklamy!

Co ważne w gazecie dziennikarz kryje się za brandem. Czy ktoś w kiosku poprosi o gazetę z tekstem Jana Kowalskiego? W sieci odbiorca „kupuje” dziennikarza, a nie tylko jego pracodawcę! Internet to współczesna weryfikacja umiejętności oraz budowanie pozycji zawodowo-rynkowej, zresztą nie tylko dziennikarzy. A prawdziwym problemem w epoce nadpodaży treści już nie jest samo jej wytworzenie, a dotarcie do odbiorcy. Dlatego świadomi dziennikarze coraz częściej angażują się na Twitterze czy Facebooku. Współczesny dziennikarz nie tylko pisze, czy fotografuje, ale coraz aktywniej poszukuje odbiorcy na swój produkt. Kilkanaście lat temu kolega w redakcji regionalnego dziennika żartował, że dojdzie do tego, że dziennikarze będą sami rozwozić gazety do kiosków. Niewiele się pomylił, tyle tylko, że w internecie popularyzujemy treść, by zwiększać przychody. Obojętnie czy w sieci czy offline.

Media amerykańskie wdrożyły już własne kodeksy zachowań dziennikarzy w serwisach społecznościowych. W Polsce wciąż nie rozstrzygnięto problemu kiedy mój profil na Twitterze, Facebooku czy Instagramie jest profilem całkowicie służbowym, a kiedy jest prywatny? Czy zachowania i wpisy jakich dokonuję w profilu prywatnym na Facebooku/Twitterze nie pozostają bez wpływu na moją wiarygodność i wizerunek jako dziennikarza, redaktora, komentatora?

I jeszcze słowo po co to wszystko robimy. Jarosław Kuźniar z TVN24 podczas jednej z konferencji wspominał w swoim wystąpieniu, że w USA transfery dziennikarskie między stacjami telewizyjnymi obejmują już opłatę za liczbę followersów na Twitterze (1 dolar = 1 followers?). Dziennikarska gwiazda zabiera przecież swoich fanów ze sobą, a gdy jest ich kilka milionów jest co wyceniać (@jarekkuzniar gdy piszę te słowa ma ponad 83 tys. śledzących profil).

PS Podsumowanie czasu poświęconego na stworzenie tego wpisu, proporcje w procentach:
  • przemyślenie konstrukcji tekstu – 5 %
  • pisanie tekstu – 50 %
  • opytmalizacja, SEO redakcyjne w tym wyszukanie fraz w Google Trends – 5 %
  • linkowanie do źródeł – 5 %
  • redagowanie, korekta – 5 %
  • promocja wpisu w kanałach social media – 30 %