środa, 26 marca 2014

Kinomaniak.tv? Kto naprawdę gardzi milionami i czeka na miliardy?


Serwis Dziennik Internautów opisując sprawę śledztwa toczącego się wobec założycieli Kinomaniak.tv postawił słuszne pytanie: czy branża internetowo-filmowa gardzi 3,6 mln zł rocznie pozyskanych od internautów? Pozornie odpowiedź wydaje się prosta: Gardzi! A dlaczego? Bo serwis oferował pirackie kopie internautom, którzy nie znajdując filmów w sieci w legalnych produktach płacili tutaj od 2,46 zł za dostęp jednodniowy, do 369 zł za dostęp "dożywotni". Żaden duży podmiot nie spróbował przejąć Kinomaniaka.tv (przynajmniej nic o tym nie wiadomo oficjalnie) i zbudować na jego bazie ofertę legalną, zgodną z prawem z przystępną ofertą cenową.

Nie każdy jest ekonomistą i nie wszystkich interesują ekonomiczne podstawy działania serwisu. Stąd częste głosy krytyki pod adresem przeciwników Kinomaniaka, czyli obrońców praw autorskich. Krytyka pod hasłem „są jak pies ogrodnika, sami nie zjedzą i innym nie dadzą“. Obrońcy stanowiska właścicieli praw autorskich mają jednak wiele racji twierdząc, że łamanie prawa nie jest dobrą metodą na tworzenie nowych modeli biznesowych. To prawa, że Netflix czy Hulu mocno zatrzęsły filmowym rynkiem pozwalając oglądać filmy za kwoty dużo niższe niż cena biletu do kina, ale amerykański rynek jest diametralnie odmienny od naszego. Siła nabywcza polskich internautów jest niewspółmiernie niższa, a kupno praw do emisji to duża inwestycja dla każdego z podmiotów nie obracającego filmami w innych kanałach. Nikogo nie dziwi internetowa rynkowa oferta Ipli (Redifine), czyli grupa Polsatu, TVN Player, czy VOD.pl oferowanego przez Onet oraz zacieśniające się związki Agory (udziałowiec) ze Stopklatką.tv. A z drugiej strony liczne naśladownictwa modelu pirackiego Kinomaniaka.tv. Kilka rzeczy na pewno jest jednak wspólnych:

1.     O popularności serwisu, a zarazem jego sukcesie decyduje wielkość i różnorodność biblioteki filmów. Nie jest to jedyny warunek, ale konieczny. Bogata oferta to więcej niż połowa sukcesu. Prawo do dystrybucji internetowej filmów trzeba kupić od dystrybutorów filmów. A to może słono kosztować.
2.     Poza technologią udostępniania liczy się łatwość obsługi strony, wyświetlanie w różnych przeglądarkach czy platformach.
3.      Cena? Za obejrzenie jednego filmu w popularnych seriwsach VOD (dostępnych np. w sieciach kablowych) trzeba zaplacić od 5 do nawet 20 zł. I tak jest to dużo taniej niż bilet do kina dla 1 osoby, a przecież emisję filmu z VOD czy w internecie może oglądać więcej osób.

Wracając do wątpliwości di.com.pl. Dlaczego nie znalazła się firma, która chciałaby zagospodarować użytkowników Kinomaniaka.tv? Propozycja dla internautów skłonnych płacić za oglądanie filmów; większość z nas chciałaby przecież robić to legalnie. Czy „zalegalizowanie“ Kinomaniaka.tv znacząco zmieniłoby ceny? Nie sądzę.

Nie docenianym przez komentujących powodem braku takich odważnych decyzji jest czynnik ludzki. Chodzi o nieszablonowe, niestandardowe podejście do biznesu, do modeli rozliczeniowych. Takiego podejścia brakuje często u członkowie zarządów firm po których spodziewalibyśmy się takiego produktu jak Kinomaniak.tv. Są przyzwyczajeni do spokoju, do liniowego wzrostu, a zatem braku ryzyka, „czystych“ wyników finansowych szczególnie ważnych dla inwestorów giełdowych. Branża filmowa, czy duże podmioty internetowe nie gardzą dużymi pieniędzymi, zarabiają na filmach na wiele sposobów: kino, tv kodowana, seriale, DVD, gadżety, komiksy i coraz częściej oferta online.

Zaskakującą puentą tej historii jest informacja, że zamknięty serwis założył oraz kierował nim były oficer olsztyńskiego oddziału CBŚ. Jak słusznie zauważył Presserwis, cyt. …był policjant na emeryturze. 
Policjanci są jednak w stanie dłużej pracować. I to twórczo”.

Były oficer CBŚ dobrym kandydatem do zarządu? Tylko jakiej firmy :)

poniedziałek, 10 marca 2014

Powstanie internet "dozwolony" dla osób po 35. roku życia

Wielu fachowców od internetu utożsamia go często z grupą docelową mieszczącą się w grupie wiekowej 15 – 35 lat, czyli użytkownikami dla których cyfrowa rzeczywistość była „od zawsze“. Oni nie pamiętają świata gazet codziennych, nigdy ich nie potrzebowali używać, szukać ich informacji, próbować dzięki nim zrozumieć świat. Od biedy kojarzą tygodniki, a cyfrowym bogiem jest dla nich wujek Google, social media - najpierw MySpace, potem Facebook, a teraz Snaptchat. Kilka lat temu używano nawet określenia „pokolenie Neostrady“ (cóż to właściwie jest?). Tylko, że użytkownicy cyfrowej sieci w Polsce są coraz starsi.

Wiadomo, że cyfrowe wykluczenie starszych osób istnieje i istnieć będzie. Jest sporo osób, które już nigdy nie staną się internautami i nie pomogą najlepsze programy zapobiegające takiemu wykluczeniu. Ale jednocześnie widać mocny trend – cyfrową rzeczywistość obłaskawiają szybko dzisiejsze 40-, i 50-latki. W ostatnim numerze miesięcznika „Press“ zwróciłem uwagę na małą rubrykę ze 112 str. Polskie Badanie Internetu na zlecenie branżowego miesięcznika pokazały m.in. profil internautów. Najbardziej zaciekawiły mnie kategorie wiekowe. W ciągu 11 miesięcy we wszystkich kategoriach wiekowych obejmujących internautów w wieku ponad 35 lat przybyło niemal 1 mln 300 tys. użytkowników, tymczasem w zsumowanej grupie 15 – 34 lata tylko 473 tys.

W niedawno opublikowanym badaniu Izby Wydawców Prasy „Diagnoza społecznych zachowań czytelniczych w obrębie prasy drukowanej i cyfrowej. Nowe platformydostępu do treści. Transformacja prasy” widać jakie tak silny przyrost użytkowników sieci w tych kategoriach wiekowych może mieć konsekwencje. Przynajmniej w najbliższych kilku latach. Autorzy badania, by obalić zarzuty o jego niereprezentatywność (choćby z racji tożsamości zleceniodawcy, czyli IWP zrzeszającej tradycyjnych wydawców) przeprowadzili wywiady na żywo z ponad 1000 osobami. Uwzględniono inne przyzwyczajenie i tradycje z korzystania mediów poprzez 250-osobową, nadreprezentatywną grupę respondentów tzw. czytelników prasy cyfrowej.



Badanie przyniosło ważną odpowiedź na pytanie: jaka czeka przyszłość printową prasę. Oddzielnie szukano odpowiedzi dla gazet, tygodników i magazynów. Wielu respondentów w odpowiedzi na pytanie czy prasa zniknie wskazywało na to, że nie zniknie, albo, że zastąpiona zostanie przez prasę w wersji cyfrowej. Niby nic w tym dziwnego gdy pyta się o to ludzi pamiętających świat sprzed epoki internetu, ale zaskakuje gdy są to opinie internautów przypisujących prasie papierowej istotnie wyższe wartości (jakość, opiniotwórczość, specjalizacja) niż typowym portalom internetowym. Co ważne niemal wszyscy respondenci dostrzegają różnicę - serwisy internetowe gazet doceniają (choć nie aż tak jak printową prasę) a typowym portalom internetowym przypisując niższą jakość.

By nie powtarzać listy błędów jakie popełnili wydawcy kilkanaście lat temu (główna – przekonanie, że treści trzeba przełożyć do internetu i publikować za darmo) warto analizować ogólnoświatową sieć www pamiętając o tym, że pozostaje kanałem dotarcia. Cywilizowanie relacji w sieci między producentem i nadawcą treści a odbiorcą (wprowadzanie płatności za dostęp do niej) odbywa się na żywym organizmie.



Wielu wydawców prasy dostało poważny argument do ręki, że czytelnik albo już jest, albo będzie w sieci, ale jednocześnie oczekuje ich produktów, przypisuje im opiniotwórczą rolę i uznaje za potrzebne. To argument za tym, by prasę w sieci kierować przede wszystkim do znających markę i posiadających doświadczenie z korzystania z tradycyjnej prasy. A zatem budować internet dozwolony dla internautów od 35 roku życia. Dla młodszych pozostaje to co bezpłatne? Czy także gorszej jakości? Wystarczy prześledzić jakie cechy przypisywali badani prasie, a jakie serwisom internetowym (patrz screen), by wyciągnąć ciekawe wnioski,

Na koniec wróćmy do zestawienia PBI z Press. Prawie 1 mln. 170 tys. przybyło internautów deklarujących miejsce zamieszkania - wieś. Pamiętając o problemach z prasą drukowaną warto zauważyć gdzie tkwi największy potencjał rozwojowy polskiego internetu prawie w połowie tego dziesięciolecia. No jeszcze urządzenia (smartfony, tablety), ale to bajka na oddzielny wpis.

* Badanie Izby Wydawców Prasy „Diagnoza społecznych zachowań czytelniczych w obrębie prasy drukowanej i cyfrowej. Nowe platformydostępu do treści. Transformacja prasy”