czwartek, 16 stycznia 2014

Orwell pomylił się o 30 lat. Kilka słów o prywatności w sieci


George Orwell w słynnej powieści „1984“ opisał życie jednostki kontrolowane i podporządkowane wszechpotężnej władzy państwa. Informacje dotyczące zakupów dokonywanych przez Google (zakup firmy NestLabs z zarejestrowanymi ponad 100 patentami zajmującej się nowoczesnymi termostatami, a faktycznie grupę osób, które współtworzyły w Apple słynnego iPoda), czy pojawienie się aplikacji NameTag firmy FacialNetwork pokazują, że  rzeczywistość dogoniła przewidywania w powieści Orwella. Autor powieści pomylił się „tylko“ o około 30 lat.

Wydaje ci się, że starannie chronisz swoje dane osobowe na Facebooku, że profil jest prywatny? Albo, że Twój adres e-mail jest Twoją własnością? Facebook nie pozwala zmienić głównego adresu e-mail, ani numeru telefonu używanego do logowania się w swoim serwisie gdy chcemy korzystać z usługi wysyłania kodu dostępu na numer telefonu. Albo gdy masz tylko adres G-mail znajomego a nie wiesz czy ma konto na FB skorzystaj ze strony pozwalającej zresetować hasło - jesteś w stanie odnaleźć jego profil na Facebooku.

Z kolei dzięki najnowszej aplikacji NameTag można zrobić zdjęcie dowolnej osobie na ulicy, a program sam odszuka na podstawie twarzy jej profile w serwisach społecznościowych i pokaże wszystkie „ślady“ jakie ta osoba zostawiła w cyfrowym świecie. Łatwiej Ci będzie zacząć rozmowę bo zobaczsz nawet linki do profili danej osoby w serwisach randkowych. W USA aplikacja sprawdza nawet rejestr skazanych za przestępstwa seksualne. 

W powieści „1984“ wszechobecne teleekrany pełniły funkcję kamer szpiegowskich, wymuszających bezwzględne posłuszeństwo na ludziach. Najdrobniejsze wykroczenie poza normę (np. niezadowolony wyraz twarzy) jest natychmiast wykrywane i kończy się ewaporacją, czyli nie tylko śmiercią fizyczną, ale i całkowitym wymazaniem z historii. Osoba, która została ewaporowana, oficjalnie nigdy nie istniała. 

W ciągu ostatnich 10 – 20 lat nie tylko internetowym korporacjom udało się przekonać  społeczeństwo, że cyfrowa rzeczywistość jest fajna i lepsza niż ta w której żyjemy. Uwierzyliśmy. Zapatrzeni w możliwości technologii, zachwyceni urokiem serwisów social media. I nie tylko ich. Systematycznie oddajemy coraz więcej prywatności w cudze ręce. Bezkrytycznie wypełniamy formularze danych Googla, czy Facebooka. Wrzucamy zdjęcia (pozowane, fotoszopowane, selfie z dziubkiem) i filmy do sieci, tagujemy je, decydujemy się na umieszczanie w świecie digital wielkiej cześci swego życia prywatnego i zawodowego. 

Z ręką na sercu ilu z nas czyta bardzo szczegółowe i długie regulaminy, który serwuje nam serwis obsługujący jedną szóstą część ludzkości - Facebook? Albo Google? Po raz pierwszy po wielu miesiącach zajrzałem do ustawień swego profilu w Google. Ile tam nowych pól, dziwnych powiązań z dziesiątkami usług Google! Nie słychać też o masowych protestach internautów przeciwko najnowszej możliwości wysyłania maili jakie oferuje Gmail dzięki koncie w Google+. Od teraz możesz dostać maila od osób, które są w Twoim kręgu znajomych. Nie muszą znać Twego maila. 

Ponoć to wszystko w naszym dobrze pojętym interesie. Także w imię naszego bezpieczeństwa Microsoft udostępni dane użytkowników Skype’a rosyjskim służbom specjalnym. Koncern będzie przechowywał przez 6 miesięcy nagrania rozmów, pliki i dane. Nie robi już na nikim wrażenia wieść, że amerykańska Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) posiada technologię, która umożliwia połączenie się z komputerami drogą radiową. NSA jest teraz w stanie włamać się do komputera, który nie jest podłączony do internetu.

W relacjach z państwem i z cyfrowymi korporacjami mamy coraz mniej prywatności. Na własne życzenie. Standardy i umowy nie są przestrzegane, a prawa obywateli ustępują interesom rządów. W „1984“ Orwella istniały 3 mocarstwa (Eurazja – zdominowana przez ZSRR, Oceania – zdominowana przez USA, Wschódazja – pod wodzą Chin), które nieustannie prowadzą wojny. Dwa mocarstwa nawiązywały sojusz i atakowały trzecie. Następnie sojusz został zrwany, jeden z sojuszników przechodził na stronę wroga i wspólnie z nim atakował osamotnione państwo. Wojna trwała cały czas, ponieważ żadnemu z przywódców nie zależało na zakończeniu. Dzięki temu rządzącym łatwiej jest wymóc posłuszeństwo...

Czytaj też w serwisie Panoptykon.org co w zakresie prywatności internautów w sieci wydarzyło się w 2013 roku

środa, 1 stycznia 2014

Pytania na 2014 rok. Pora na powrót do dziennikarskich wartości?


- Myślimy cały czas o tych, którzy chcą płacić za nasz serwis, a nie o tych co i tak nie zapłacą - mówił Romanus Otte, z Die Welt Online, Axel Springer, podczas październikowej konferencji INMA.org w Berlinie. W ten sposób odpowiedział na pytanie o ewentualne omijanie przez internautów wprowadzonych zabezpieczeń paywallowych przy dostępie do wersji premium serwisu Welt.de.
 
W ogóle w Berlinie padło wiele słów pełnych nadziei kierowanych pod adresem wszelkich rozwiązań i modeli biznesowych zmierzających do tego, by pobierać od internautów opłaty za dostęp do treści. -  Chcemy pieniędzy za naszą pracę - to zdanie, które trzeba odważnie powiedzieć internautom, a wygląda na to, że stanowią klucz do sukcesu w 2014 i latach następnych. Oczywiście trzeba pamiętać, że w świecie online przychody warto budować na różnych polach i realizując różne modele biznesowe. Ci, którzy taką komunikację z internautami rozpoczęli zbierają pierwsze doświadczenia. Mają je za sobą wydawcy na rozwiniętych rynkach starej Europy. Le Monde, Ekstrabladet.dk, Die Welt i wiele innych marek printowych - wszyscy inwestują w różnego typu paywalle i liczą na systematyczny wzrost przychodów.

Z jakimi efektami? Przedstawicielka Le Monde przyznawała, że po wdrożeniu modelu freemium pojawiło się wielu nowych subskrybentów - tym razem cyfrowej wersji. Są młodsi o ok. 12 lat od nabywców gazety w wersji drukowanej, 80% z nich to mężczyźni, aż 70% korzysta z tabletów, no i większość ma wysokie dochody. Czy to naprawdę taka zła wiadomość dla prasy coraz aktywniejszej w świecie cyfrowym? A Die Welt? Niemiecki dziennik pozyskał 47 tys. nowych abonentów w wersji cyfrowej.

Gdy mowa o tzw. tradycyjnych wydawcach powinno używać się nie określenia typu "treść", czy "content", a dziennikarskie informacje, wywiady, reportaże, itd. To twórczość dziennikarska odróżnia te modele od displayowej monetyzacji pełnej billboardów coraz rzadziej klikanych przez internautów. W numerze 6 kwartalnika „Nowe Media“ Alan D. Mutter - amerykański strateg medialny - używa terminu komodytyzacja (rozcieńczanie dziennikarstwa!), czyli utowarowienia informacji w sieci na określenie zjawiska powszechnej nadpodaży treści. Jest natychmiast. Wszędzie. Za darmo. Bezpłatna treść uzależnia odbiorcę. To nic, że treść jest coraz niższej jakości, ale internauta, który sam stał się współproducentem treści - smartfony zabijają branżę fotograficzną - zadowala się samym faktem dostępu do treści, a nie jej jakością.



Klikalność i presja na PV, tak jak i na cytowalność przysłoniła na jakiś czas wydawcom istotę problemu, że najważniejszy jest odbiorca, który świadomie nabywa dany produkt. I nie ma znaczenia, czy jest on drukowany, czy cyfrowy, na smartfona czy na tablet. Ruszyli śladem cyfrowych graczy, którzy do perfekcji opanowali optymalizację kosztów i dlatego oferują darmową treść. Potrafią nią bawić (triumf infotainmentu nad informacją) i przez chwilę wydawało się, że naśladując to zachowanie zasypią przychody utracone przy spadających nakładach wydań printowych. Reguły gry świata online odbiły się na jakości podstawowego produktu wydawców, bo szukając obniżki kosztów, rezygnując z dziennikarzy w ich miejsce zatrudniając media workerów gwałtownie obniżyli wartość i jakość produktu. Zapominając trochę o dotychczasowych klientach. Błąd, który dowodzi, że przybieranie cudzych szat w cyfrowym świecie nie musi oznaczać sukcesu.

Bo pozornie tylko w internecie walka toczy się o słupki PV, czy o ekonomię uwagi. We wspomnianym numerze “Nowych Mediów”, prof. Jeff Jarvis używa tego określenia. W zasadzie jest ona walką wszystkich ze wszystkimi o przyciągnięcie internauty do danej witryny. Tymczasem na dłuższą metę dla wydawcy i reklamodawców ważniejsze, cenniejsze okazuje się angażowanie odbiorcy, poznanie jego potrzeb i odpowiadanie na nie. Stąd gwałtownie rośnie potrzeba poszukiwania dobrych odpowiedzi na trudne pytania.
  
Czy kosztowne w produkcji treści dziennikarskie są “wystarczająco dobre”
do świata zdominowanego przez kliki? 
Czy dziennikarze i wydawcy koniecznie muszą w świecie cyfrowym walczyć
o odsłony czy czas przebywania internauty na stronie? 

Największą wartością jaką dysponują wydawcy są przecież dziennikarze, ich reputacja i renoma oraz zaufanie do samego brandu. W świecie cyfrowym dziennikarze świadczą usługi i tak naprawdę nie zajmują się informowaniem odbiorców o tym co się zdarzyło, ale raczej wyjaśnianiem świata, interpretowaniem zdarzeń. O tym, że coś się zdarzyło internauta może dowiedzieć z tv, radia, dowolnej strony informacyjnej w sieci. Nie minie chwila od zdarzenia a za sprawą Twittera, FB, agregatora treści w internecie będzie o tym wiedział każdy. I w wielu wypadkach powie mu o tym nie dziennikarz. Ale już usystematyzowanie wiedzy o zdarzeniu, komentarz, wyjaśnienie i potwierdzenie faktów z wypowiedziami świadków czy ekspertów – to już zadanie dla dziennikarzy. I nawet nie chcę wspominać tych wpadek, gdy ścigając się  na newsy media ośmieszają się publikując niesprawdzone treści – np. cytując fałszywe konta na Twitterze.

Terminu delinearyzacja, który znalazłem w książce francuskiego dziennikarza Bernarda Pouleta „Śmierć gazet, przyszłość informacji“ (wyd. Czarne, 2007 r.) używam na spotkaniach z dziennikarzami i w swoich prezentacjach. To zjawisko gdy internauta wybiera treści, które chce konsumować samodzielnie (znajduje ją korzystając z wyszukiwarki Google), albo z pomocą znajomych (linki znajomych Facebook, Twitter). Globalni gracze zza oceanu to obecnie największe bramki przez jakie internauci trafiają do sieci, a jednocześnie dostarczyciele ruchu na strony wydawców. Delinearyzacja, czyli brak pierwszej strony dla milionów internautów, od której zaczynają kosnumpcję treści to zła wiadomość dla producentów jakościowej, wartościowych materiałów. W tak ustawionej grze każdy arykuł w sieci żyje własnym życiem dzięki własnym zaletom (SEO), a jego wartość polega na zdolności pozyskania internautów, a zatem i reklamodawców. Pytanie tylko czy najlepsze artykuły to te, które przyciągają najwięcej czytelników/internautów, czy może jednak te, których temat przyciągnie najdroższe reklamy?

Dziennikarze obecni w social mediach pracują dziś nie tylko na rzecz marki/brandu, który ich zatrudnia. Budują zaufanie do niej, a jednocześnie sami stają się - jak nazwał to kiedyś Eryk Mistewicz - informacyjnymi siri. Są wartością, którą wydawcy muszą pielęgnować i rozwijać. Im większa wiarygodność informacyjnego siri tym wartościowszy internauta na stronie. Tym ich więcej, tym marka szybciej zbuduje swoją cyfrową pozycję?

Skoro mowa o marce i jakościowym contencie? Czy polskim internautom przyjdzie do głowy, by wierzyć we wszystko co czytają na stronach Onet, Wp, Interia? Portale od lat uczą odbiorców, że są agregatorami treści wytworzonej przez innych i najlepiej uprawiają komodytyzację. “Produkują” content najtaniej jak się da dostosowując koszty produkcji do kosztów pozyskiwania ruchu. 

Czy internauci mogą być gotowi płacić za dostęp do takich treści? Raczej nie, tymczasem w 2012 roku mniejsze, dużo mniejsze niż się wszyscy spodziewali, protesty internautów wzbudziło wdrożenie paywalla przez Piano Media na ponad 40 serwisach internetowych należących do 6 dużych grup medialnych. System pobierania opłat za dostęp do części materiałów zaoferowały marki, które są nadal - przynajmniej dla niektórych - synonimem wartości, jakości, wiarygodnych brandów. Czy dlatego, że oferowały materiały dziennikarskie a nie kiepskiej jakości, powszechnie dostępny content?

Rok 2014, a pewnie i kolejne lata zapowiadają się jako czas jeszcze intensywniejszego powrotu do źródeł, czyli do dziennikarstwa, które w oceanie bezpłatnej treści w sieci jest wyróżnikiem wydawców zatrudniających dziennikarzy. Pytań na które brak dobrych odpowiedzi tylko przybywa.

Zobaczymy…