niedziela, 17 listopada 2013

Internauto, jesteś tylko danymi osobowymi, czyli walutą jaką obracają internetowe giganty z USA

Zewsząd otaczają nas kamery, a systemy monitoringu wrosły w nasz krajobraz podobnie jak w świadomość internautów, że absolutną koniecznością jest posiadanie konta na Facebooku, Twitterze czy Google +. Do obu zjawisk podchodzimy z nieufnością, tylko że monitoring służy bezpieczeństwu (raczej post factum) a internet chronieniu społeczeństw przed zjawiskiem terroryzmu (tak mówią rządy) i jednocześnie robieniu pieniędzy.

5 listopada przypadała rocznica nieudanego zamachu na budynek brytyjskiego parlamentu przeprowadzona przez Guya Fawkesa. Angielski katolik, który w 1605 roku wystąpił w białej masce stał się idolem hackerów, a potem protestujących w 2012 na całym świecie przeciwko porozumieniu ACTA. W styczniu ubiegłego 2012 roku w dziesiątkach miast Polski młodzież wyszła na ulicę na zawołanie hackerów. Pod hasłami sprzeciwu wobec cenzurowaniu sieci przez blokowanie pirackich stron, domagania się danych osobowych piratów (ACTA) pokazała władzy co myśli o takich pomysłach.

Tymczasem 5 listopada, gdy miano się sprzeciwić prowadzeniu masowych podsłuchów głównie przez amerykański program NSA, niesprawiedliwości, szpiegowaniu społeczeństw, wprowadzaniu żywności modyfikowanej genetycznie w polskich miastach protestujących było często mniej niż ...zebranych dziennikarzy. Sprzeciw wobec ACTA, czyli AntiCounterfeiting Trade Agreement tj. międzynarodowej umowie utrzymywanej długo w tajemnicy - której zapisy przewidywały oddanie w ręce posiadaczy praw autorskich zbyt wielkiej władzy - zebrał na ulicach ok. 200 tys. Polaków.

Katarzyna Szymielewicz, prezes fundacji Panoptykon, która sprzeciwia się rosnącemu nadzorowi nad społeczeństwem, działa na rzecz ochrony praw człowieka i monitorowania zagrożeń związanych z nadmiernym nadzorem obywatela przez państwo w wypowiedzi dla Gazeta.pl w styczniu 2013 r. tak mówiła o powodach sprzeciwu m.in.: „Mogła być najróżniejsza, nie tylko wynikająca z potrzeby obrony szeroko pojętej wolności w internecie czy dostępu do kultury. Ludzi mógł oburzyć sam pomysł poddania ściślejszej regulacji sieci, która w powszechnym rozumieniu jest "Dzikim Zachodem" dzisiejszego świata. Mogli także dawać upust swojemu wkurzeniu na rządzących, występując w roli polskiej wersji ruchu Occupy".


Gdy mowa o międzynarodowych koncernach wykorzystujących oddawane przez nas dobrowolnie dane osobowe publicznych protestów jest mniej, a społeczne przyzwolenie jakby jest większe. Ostatnio wprowadzenie możliwości komentowania n YouTube tylko z użyciem profilu na Google + oburzyło wielu młodszych internautów, głównie tzw. gimbazę. Anonimowe komentowanie było wartością samą w sobie, no i dzięki temu internetowy hejt miał niezłą pożywkę. Pozornie tylko wygląda na to, że Google chodzi o to, by jeszcze bardziej zwiększyć zasięg. Pojedynczy użytkownik, a nawet grupa nie stanowi dla właściciela takiej usługi wielkiej wartości. Wartością są dane niezwiązane z naszą tożsamością a nasze upodobania czy dane dotyczące statusu społecznego. W internecie po prostu światowe koncerny walczą o wielkie pieniądze. Dokładne określenie do jakiej grupy konsumentów należymy sprawia, że Facebook, czy Google mogą handlować jeszcze dokładniejszymi danymi. Dopasowanie oferty reklamowej do grupy użytkowników staje się prostsze i – przede wszystkim – skuteczniejsze. A co za tym idzie droższe.

Kilkanaście dni temu brytyjskie Tesco poinformowało o wprowadzeniu technologii skanowania twarzy o nazwie OptimEyes. Pozwala ona odczytywać płeć klientów w kolejce do kasy i podzielić ich na 3 grupy wiekowe tak, by trafić z właściwą ofertą reklamową i wyświetlić ją na monitorze. Największa wypożyczalnia internetowa - Netflix zbiera różnego typu dane o swych użytkownikach by z prawie 75 % skutecznością zaproponować obejrzenie kolejnego filmu. Amazon - największy sklep internetowy na świecie wie już nie tylko, ilu widzów i jak oceniło dany film, ale potrafi łączyć te dane z profilem demograficznym, historią zakupów oraz ocenami innych filmów.

To nie science fiction. Rzeczywistość 2013 roku to gigantyczne zbiory danych przetwarzanych przez wielkie serwery. Najlepsza, najcenniejsza waluta o ludziach, którzy kupują dany model samochodu, latają samolotami na wakacje do konkretnych miejsc, klikają w linki w konkretnych porada tygodnia, czy dnia, to dane zbierane o naszym przemieszczaniu się z pomocą systemu GPS i Google Maps, itd.

Mizerny protest przeciwko NSA (Marsz Miliona Masek) kiepsko rokuje nam jako internautom. Nie interesujemy się tym zbytnio, a rządy i koncerny robią swoje. Konsumenci są z jednej strony coraz bardziej wrażliwi na wyłudzanie danych osobowych a jednocześnie miliony Polaków, zresztą jak setki milionów innych internautów, oddają mniej lub bardziej świadomie te dane gigantom online. Czy po aferze PRISM nasz rząd robi wszystko, by ograniczyć na naszym terenie działania tych koncernów? Czy polscy politycy bardziej skupieni są na wykorzystywaniu kanałów social mediowych na komunikowaniu się ze społeczeństwem niż na dbaniu o interes wyborców? Nadzwyczaj silna pozycja amerykańskich gigantów nie tylko na polskim rynku idzie w parze z zapewnieniami amerykańskiego rządu, że to dla naszego bezpieczeństwa stworzono tajny program inwigilacji elektronicznej PRISM. Dość zastanawiające jest, że do programu gromadzenia danych dobrowolnie przystąpiły wszystkie wielkie firmy nowych technologii, oprócz wspomnianych wcześniej także Microsoft, AOL, Apple, Yahoo, Skype...

O istnieniu programu Safe Harbor wie chyba niewielu internautów. Od 2000 roku istnieje porozumienie na mocy którego Unia Europejska uznaje, że amerykańskie firmy, które przystąpią do programu Safe Harbor są traktowane jako zapewniające odpowiedni poziom ochrony danych osobowych i mogą je przesyłać z Europy do USA. Po aferze z PRISM uznano, że dane nie są jednak bezpieczne i dlatego w Komisji Europejskiej toczą się prace wzmacniające gwarancję naszej prywatności, nowe prawo miałoby zmuszać koncerny do informowania użytkowników, że jesteśmy profilowani, czy w jakim celu i komu przekazywane są nasze dane osobowe.

Może ta KE i UE czasem się na coś przydają...

Fot. Vincent Diamante

niedziela, 3 listopada 2013

Internet "dwóch mądrości". Jak wychowujemy sobie bierne pokolenie cyfrowe...

Dlaczegoś biedny? Boś głupi. Dlaczegoś głupi? Boś biedny... - mawiają mądrzy ludzie. Czy tak będzie wyglądał świat za jakiś czas, świat gdzie umiejętność czytania ze zrozumieniem będzie wyróżnikiem ludzi inteligentnych? Świat czytania ze zrozumieniem treści niosących jakąś wartość poznawczą?
Napisano wiele na temat choroby zwanej portalozą, czyli takiej metody sprzedawania treści w której cały czas prowadzi się grę z odbiorcą. Pokażemy ci coś takiego, że wezmą u Ciebie górę emocje i musisz kliknąć w link. A jak klikniesz to my uzyskamy to co pomoże nam dalej funkcjonować – odsłonę i emisję reklamy. Portaloza to choroba obciążająca odbiorcę, a jednocześnie pokazujące słabość contentową internetu. Nie przypadkiem w Polsce tak trudno przebija się do świadomości internautów teza, że za dostęp do treści trzeba zapłacić. Że tworzenie treści kosztuje, a model finansowania jej z odsłon jest coraz mniej skuteczny. Nadprodukcja inventorów reklamowych (powstające miliony stron www, używanie przez odbiorców programu typu AdBlock) w parze z rosnącym znaczeniem kultury obrazkowej na przyszłość dobrze nie rokuje.

W telewizji coraz większe znaczenie ma obraz. Internet często oferuje konsumpcję treści w sposób bierny – wielu odbiorców wycofuje się z czytania zadowalając się oglądaniem: zdjęć, memów, filmów. Skanowanie tytułów, chęć oglądania wydarzeń bez zbytniego angażowania się w zrozumienie przekazu. I niech nie raduje nikogo wieść, że internetowi konsumenci książek, gazet, magazynów czytają jeszcze więcej niż przed erą globalnej sieci www. Bo tylko część z nas „wgryza“ się w sens przekazu, mniejszość konsumuje treści wymagające.

Żyjemy coraz szybciej, kanałów dostarczających nam przekaz są setki. Siedzę na fotelu dentystycznym a nad głową wisi ekran z reklamami, dołem przewija się pasek z newsami. Raczej powinienem napisać urywkami zdań, sygnalizatorami newsów. Na przystanku komunikacji miejskiej, w autobusie czy metrze – wszędzie towarzyszy nam komunikat. No i jeszcze smartfon i tablet sprawiające, że news żyje z nami cały czas. Bombardowani treścią? Może i tak, ale nie wszyscy reagujemy tak samo, nie wszyscy sięgają po treści trudne, wymagające kojarzenia, rozumienia faktów.

Scenka rodzajowa z komunikacji miejskiej. Ludzie w różnym wieku siedzą i czytają: gazetę, magazyn, na tablecie, ale i w iPhonie. Łapią kilkanaście minut wolnego poświęcając na odbiór rzeczy ważnych, ulotnych, czy nawet służbowych. Obok para nastolatków (wiek gimnazjalny) używa iPada. Gra. Kilka w migające punkty na dotykowym ekranie. To dzisiejsza lub przyszła klientela portalozy – treści będącej sensacyjną papką z domieszką emocji. Nie przypadkiem w polskim internecie tak dobrze przyjęły się memy. Trafiły na podatny grunt, stały się popularne w pokoleniu gimbazy, są namiastką kontaktowania się ze światem, który wymaga interpretowania faktów. Pokolenie, które dorastało z laptopem na kolanach, dla którego rodzice kupowali kilka lat temu Neostradę (bo „dziecko chodzi do szkoły i musi mieć dostęp do internetu“) nie jest jednorodne. Ale świat od nich wymaga coraz mniej, a i urządzenia są coraz mniej wymagające...

Zachwycamy się uroczymi scenami gdy berbeć płynnie używa tablet iPada i to zanim jeszcze nauczy się sprawnie składać słowa, czytać. Obsługa smartfona, tabletu to proste kliknięcie czy stuknięcie palcem z ikonkę. To, że potrafią to dwu- czy trzyletnie dzieci, trudno traktować jako przejaw wielkich umiejętności. Czy nie wracamy w ten sposób do epoki obrazkowej? Czy nie grozi nam wtórny analfabetyzm?

Że nie jest dobrze z tym, ponoć cyfrowym, pokoleniem świadczą wyniki badań kompetencji młodych Polaków (14–18 lat) przeprowadzone przez Fundację Orange. Jak pisze o tym badaniu Sylwia Czubkowska w artykule w Dzienniku Gazecie Prawnej „Cyfrowi tubylcy w przedszkolu: jak technologie wpłyną na nowe pokolenie“... Tylko 2 proc. badanych korzystało z operatorów logicznych podczas wyszukiwania za pomocą wyszukiwarki, czyli nie wpisywało jak popadnie ciągu słów, tylko zawężało go cudzysłowami czy zwrotami „and”, „not”. Zdecydowana mniejszość też jest twórcami i aktywnie przygotowuje materiały do publikacji w sieci, takie jak muzyka, fotografie, rysunki, teksty czy wideo – i to pomimo że zdecydowana większość nastolatków już jest na Facebooku, który stał się głównym narzędziem koordynacji codziennych działań. Choć więc nastolatki są w sieci, niewiele z nich jest naprawdę aktywnych, ma większą wiedzę i umiejętności.

Cyfrowe kompetencje wyższego rzędu - tak je nazwijmy - niezbędne są do mądrej konsumpcji treści. Jeśli jej odbiorcy nie posiadają nie będzie na taką treść popytu. We wspomnianym artykule wizja przyszłości nie jest optymistyczna bo zaczynające szkołę obecne nastolatki mają w swej większości tylko podstawowe umiejętności. Potrafią klikać, biernie konsumować, najchętniej robią to oglądając obrazki: Kwejk, Demotywatory, filmiki ściągnięte z sieci, Facebook – czynności nie angażujące, a korzystanie z nich najczęściej nie wymaga wielkiego wysiłku umysłowego.

Specjaliści z branży kreślili kilkanaście dni temu scenariusze dla Wp i o2.pl. Czy i co zostanie z obu portali za kilkanaście miesięcy? Nie zamierzam o tym pisać, interesuje mnie bardziej czy, a jeśli tak to kiedy, specjaliści od portalozy poza zarabianiem na masowym, coraz niżej wykształconym, odbiorcy skierują swe kroki do internautów czytających ze zrozumieniem? Dojrzewa pokolenie, które nic nie potrafi robić poza graniem i korzystaniem z portali społecznościowych. Tylko pozornie to dobra wiadomość z punktu widzenia globalnych marek bowiem odbiorca masowych, nieskomplikowanych produktów jest też dużo gorszym pracownikiem.

Czy większość nadchodzącego pokolenia cyfrowych tubylców wymagającej treści potrzebuje? Wątpię. No chyba, że zdarzy się coś co jest powinnością nadawcy, który nie chce być tylko biznesem, ale ma też zapisaną w swoim działaniu jakąś misję. Czy za jakiś czas Wp/o2.pl mógłby pójść pod rękę z tradycyjnymi wydawcami, właścicielami mediów? Media jako takie wciąż mają wielką siłę we współczesnym świecie i realiach „społeczeństwa obywatelskiego”. Dostarczają ludziom informacji, ale mogą i powinny edukować odbiorcę, a jednocześnie nadzorować poczynania władz. Nadal mogą oferować rozrywkę, ale też kreować światopoglądy, tropić nadużycia urzędników oraz śledzić mankamenty obowiązującego systemu prawnego.

Michał Brański, jeden z trzech założycieli/właścicieli o2.pl, w jednym z wpisów na Facebooku dał do zrozumienia, że po transakcji z Wp.pl przyjdzie pora zasilić zespoły fachowcami od tworzenia contentu. Tfu... fachowcami od dobrych, jakościowych treści. Tfu... czas zatrudnić profesjonalnych dziennikarzy? 

Zdjęcia pochodzą z http://pixabay.com na licencji CC

poniedziałek, 14 października 2013

Agregacja, monetyzacja, subskrypcja, metric paywall. Znów o zarabianiu na treściach


Internetowi eksperci często i gęsto powtarzają, że wydawcy w internecie pozostają producentami treści, ale nie potrafią na nich wystarczająco dobrze zarabiać. Trzymajmy się tej tezy, gdy rozważamy problemy z monetyzacją treści w sieci i zbyt niskich przychodach rekompensujących nakłady poniesione na ich wyprodukowanie. Zacznijmy jednak od początków sieci w Polsce. Zawsze pojawiają się nazwy Wirtualna Polska i Onet - wciąż istniejące portale. Jaki był ich model biznesowy? Jacek Kawalec, jeden z założyciel WP.pl mówi, że portal na początku miał być agregatorem treści, a jego założyciele nie chcieli, by był medium jako takim. Artur Osiak wspomina jak w początkach istnienia Money.pl (tak wcześniej nazywał się Wirtualny Serwis Ekonomiczny), przepisywał notowania giełdowe i ceny walut z gazet. Obaj wspominają o tym w wywiadach udzielonych w książce „E-wangeliści. Ucz się od najlepszych twórców polskiego internetu“ wyd. Helion.

W drugiej połowie lat 90., gdy kształtował się model biznesowy w internecie, wydawcy prasy mieli się świetnie. Sprzedaż gazet była rewelacyjna - jeden dziennik regionalny potrafił sprzedawać codziennie więcej egzemplarzy niż dziś dziennik ogólnopolski. Pamiętam gdy jako sekretarz redakcji Dziennika Łodzkiego często wstrzymywałem przyjmowanie ogłoszeń bo nie mieściły się w zaplanowanej objętności gazety. Grubszej nie dało się wydrukować, a w punktach przyjęć ogłoszeń ludzie stali w kolejkach, by nadać swoje ogłoszenia. Ceny podnoszono, a klientów nie ubywało...

Internet? Niewielu wydawców, może poza ówczesną Rp.pl, interesowało się nim w drugiej połowie lat 90. (np. Gazeta.pl wystartowała dopiero w 2001 r.). Na początku tego tysiąclecia, po internetowej bańce w USA, wydawcy jeszcze bardziej uwierzyli, że sieć nie jest poważnym terenem budowanie przychodów. W tym czasie portale pracowicie budowały swój model biznesowy (agregacja treści, reklama displayowa) obficie czerpiąc z materiałów produkowanych przez gazety. Mógłbym ciągnąć opowieść, ale wszyscy ją znają. Jedni ogólnie, inni szczegóły, ale główną walutą internetową były i są odsłony. Obojętnie jak generowane, ale zależność była prosta: „jakiś“ content, internauta i jego uwaga skierowana na reklamę = pieniądze. Kompetencje biznesowe w internecie były po stronie podmiotów stricte onlinowych. Wydawcy wchodząc do gry kilka lat później przyjęli reguły obowiązujące w tym kanale. Na szczeście nie wszyscy i to się szybko zmienia.

Uzasadnione opinie „to print nadal utrzymuje internet“ szybciej odchodziłyby w przeszłość, gdyby odważniej i efektywniej eksperymentowano z modelami biznesowymi. Ostatnio szybko przybywa zwolenników pobierania opłat za dostęp do serwisu, choćby w modelu metric paywall. Metryczny paywall to często zapowiadany freemium gdzie część artykułów, strony główne i działów można obejrzeć za darmo. Dopiero po np. przeczytanym 20., czy 10. materiale pojawia się zachęta do rejestracji, a później opłaty. Model ten masowo wprowadzają serwisy amerykańskie, brytyjskie, m.in. na Słowacji wdraża spółka Piano Media. I to ze sporymi sukcesami jak dowiedziałem się nieoficjalnie.

Przypuszczenia, że znajdą się chętni na płacenia za dostęp do serwisu nie są całkowicie bezpodstawne. Do zważenia są zawsze utracone odsłony (a zatem i przychody) niewygenerowane przez internautów, którzy odejdą zrażeni wizją płacenia kontra ewentualne przychody z rejestrujących się użytkowników.

Najważniejsza jest precyzyjna analiza: kto może kupić ów dostęp? Amerykański strateg Greg Swanson z firmy konsultingowej ITZ w swojej prezentacji z 2012 roku dzieli internautów na 3 kategorie: przypadkowo odwiedzających serwis (Fly-by audience), przypadkowo lojalnych (Incidental Loyalists) oraz lojalnych internautów (Core Loyalists – nazwijmy ich hard userami).

Rozkład ruchu w przykładzie analizowanym dla jednego z serwisów lokalnych w USA (screeny), pokazuje, że aż 47 % wizyt generowali przypadkowi internauci, 35 % „incydentalnie wierni“, a zaledwie 18 % hard userzy. Jak widać na kolejnym screenie zdecydowanie odmiennie wyglądają proporcje gdy mówimy o odsłonach. Za 90 % odsłon w omawianym w przykładzie odpowiadają hard userzy. Innymi słowy najwięcej pieniędzy z reklam ów serwis zarabia na wiernych użytkownikach.

Dlaczego zatem nie próbować zmienić modelu reklamowego z displayowego w subskrypcyjny? Zagrożeń jest kilka. Specjaliści z biura reklamy mówią: - Spadną nam odsłony – nie zarobimy! Redaktorzy: - Internauci przestaną odwiedzać nas serwis, bo gdy znajdą zamkniętą treść wybiorą bezpłatną konkurencję, nawet z gorszej jakości contentem. Wszystko to prawda, tylko że problem z pobieraniem opłat za dostęp do treści zawsze polega na precyzyjnym określeniu wartości dla najbardziej zaangażowanych użytkowników. To trochę opowieść jak ze sprzedażą gazety. Wielu potencjalnych klientów widzi ją w kiosku, czasem ogląda okładkę, a nawet czyta 1 materiał, ale odkłada na półkę. Inni czasem kupują gazetę – stąd wydawca zawsze drukuje więcej egzemplarzy (ponosząc straty), by w punktach dystrybucji zawsze była. No i prenumeratorzy - ci nie dość, że wierni to bardzo precyzyjnie mierzalni (druk, prenumerata, itd.).





W internecie coraz bardziej chodzi o dokładne analizowanie tego co czytają odbiorcy. Hard userzy, czyli użytkownicy wierzący w markę, chcąc pozostawać w kontakcie z treścią, tytułem, autorami powracają codziennie. To oni – w omawianym wypadku metrycznego paywalla i liczby 18 % - zobaczą zachętę do rejestracji po 10. czy 20. artykule w miesiącu, a w konsekwencji zachętę do płacenia za treść. Oczywiście jeśli proces wdrażania metrycznego paywalla nie będzie prowadzony wystarczająco ostrożnie istnieje zagrożenie, że drastycznie spadnie oglądalność. Jak dowiedziałem się nieoficjalnie na Słowacji coś takiego się zdarzyło w jednym z serwisów obecnych w systemie Piano Media. Związani z serwisem hard użytkownicy odejdą „zabierając“ ze sobą odsłony i przychody serwisu.

Oczywiście model metryczny nie jest jedyny, nie jest remedium na problem generowania odpowiedniej skali przychodów z działalności online. Opiera się jednak na takim podejściu do treści, gdzie więcej uwagi przywiązuje się do badania oczekiwań czytelników/internautów, analizowaniu efektywności, niż jedynie prostym monetyzowaniu przypadkowych klientów. Dla mnie metric paywall to trochę jak wybór: czy lepiej robić dobry serwis dla 100 wiernych użytkowników i zarabiać na nich 1000 zł, czy lepiej produkt dla 1000 przypadkowych odbiorców i zarabiać na nich 100 zł?

sobota, 5 października 2013

Dlaczego w internecie dziennikarze nie wierzą w swoje umiejętności? Na marginesie „afery z Lisem“

Dziennikarze i publicyści grillują Tomasza Lisa i Tomasza Machałę. Po części słusznie. Po słynnych parówkach i jeansach przyszedł czas na utyskiwanie nad kolejną reklamą natywną o napoju i hotelach. Ten felieton to próba opowieści nie o reklamie natywnej czy nadszarpywaniu niezależności dziennikarskiej, rozregulowania standardów moralnych a o pewnym braku wiary w to co samemu się robi. Dziennikarze chyba wciąż nie wierzą, że to co wytwarzają ma jakąś wartość. No i nie pomagają im w tym sami wydawcy...



Gdy kilkanaście miesięcy temu startował portal Natemat.pl po cichu - myślę, że nie ja jeden – liczyłem, że portal będzie oferował dostęp do tekstów dopiero po rejestracji i za opłatą. Że model biznesowy tego przedwsięwzięcie będzie przeczył temu co obowiązywało w sieci – monetyzacji użytkownika poprzez wyświetlanie reklam display. Zmiana jakościowa nie nastąpiła bo Tomasz Lis i jego zespół zwątpił w to co chciał oferować: wartość dodaną jaką jest dobra robota dziennikarska. Usiadł okrakiem na barykadzie i usiłuje przekonać, że dla dobra swojego biznesu warto naruszać zasady moralne i sprzedawać siebie, czyli...
eksperymentować z reklamą natywną.

Ten banał wszyscy znamy: wiele lat temu wydawcy popełnili błąd i nie docenili internetu. Łatwo zgodzili się na to, by ich treści pojawiały się za darmo. Nauczyli odbiorców (pozwalając rosnąć portalom horyzontalnym), że treść jest dostępna zawsze, na wyciągnięcie ręki i nie trzeba za nią płacić. A jeśli już to mają płacić swoją uwagą, klikaniem w przeszkadzające banery reklamowe. Światowe giganty z USA są zainteresowane podtrzymywaniem tezy, że internet powinien być przestrzenią wolnej informacji, darmowej informacji. Producenci treści ponoszą koszty jej wytworzenia, ale nie otrzymują wystarczającej stopy zwrotu z dostarczania treści do sieci. Google, Facebook czy Twitter zagospodarowują sporą część czasu i uwagi potencjalnych klientów. Pora wspólnie walczyć np. z Google, który dziś jest nie tylko wyszukiwarką, a swoimi produktami potrafi ściągać z polskiego rynku połowę pieniędzy wydawanych w sieci w Polsce. Zastanowić się z pożytków płynących z Facebooka. Spadają zasięgi fan pagów? Facebook ci je przywróci. Za pieniądze...

Trzeba przyklasnąć Tomaszowi Lisowi i Tomkowi Machale, że odważnie mierzą się z problemem monetyzacji w sieci. Tylko czy to jest dobra droga? Jak w uciesznej wersji „natywnej informacji“ Marek Magierowski przedstawiał na Twitterze, mieszanie roli dziennikarza i sprzedawcy reklamy nie jest, napiszę enigamtycznie, rozsądne. Moim zdaniem Natemat.pl i wielu innych wydawców odważnie musi powiedzieć swoim odbiorcom: nasza treść kosztuje, jej wytworzenie nie jest tanie. Internauto płać!
Pewnie będzie źle, bardzo źle na początku jeśli chodzi o przychody. Piano Media – o ile wolno mi cokolwiek ujawniać – nie powala skalą przychodów, ale cały czas liczba kupujących dostępy wyraźnie rośnie. Co przyciąga ludzi? Jakościowa, czy raczej unikalna i wartościowa treść. Nie lubię słowa jakościowa – dla każdego co innego jest bowiem wyznacznikiem jakości. Tego dnia gdy Mariusz Szczygieł opublikował słynny reportaż o nauczycielce Agora, a zarazem i Piano zanotowała rekordowe wzrosty. Po kilku miesiącach bardzo wielu z tych incydentalnie zainteresowanych reportażem nadal jest subskrybentami Piano.

Wracając do sytuacji, która mogłaby (tryb przypuszczający :) powstać po gremialnym zamknięciu dostępów do serwisów wydawców... Swego rodzaju pustkę wypełniłyby portale (ile jest tam treści z PAP, a ile pochodzi z gazet), czy blogerzy. Jeśli – jako dziennikarze – tego się boimy to nie wierzymy, iż znajdą się ludzie gotowi płacić za naszą pracę. Przy okazji zastanawiam się dlaczego słynny Kominek nie chce pobierać opłat za dostęp do swojej treści? Ma wiernych, wierzących w jego markę czytelników. Albo specjalistyczne portale Antyweb.pl czy Spidersweb.pl już powinny eksperymentować z modelem dobra treść=opłata.

Za co internauta ma płacić? Za treść masową: wypadki, wydarzenia polityczne, czy sportowe, pożary, plotki o celebrytach, itd.? Słowem newsy będące wszędzie w sieci, w tv mielącej 24 godz. na dobę kilka tematów, w radiu, w gazetach? Tymczasem prawdziwe zadanie dziennikarskie to pomaganie odbiorcy w znalezieniu odpowiedzi na pytanie nie co?, gdzie? i kiedy się zdarzyło, ale ...dlaczego. Kształtowanie opinii publicznej, kreowanie świata wartości. Oczywiście część internautów może zechce świadomie wybierać bezpłatny zamiennik, nawet słabej jakości. A jeśli damy mu wartość dodatkową?

Dziennikarze nie mogą zapominać, że zawsze będzie zapotrzebowanie na dobrą usługę. Na wyjaśnianie tego co dzieje się wokół nas. Odbiorca jest gotów zapłacić za coś co stanowi dla niego jakąś wartość. Może chce oszczędzać swój czas i dlatego sięgnie po wyselekcjonowane, przygotowane informacje? Może potrzebuje, by dobrze wyjaśnił mu to ten a nie inny dziennikarz czy redaktor? Zbyt często jednak do świata digital dziennikarze przykładają schematy znane z gazety, radia, czy tv. To nie jest monolog, to jest dialog! A wielu dziennikarzy prasowych, czy telewizyjnych nadal wie lepiej czego potrzebuje ich odbiorca. Nawet gdy korzystają z social media bardziej zajmują się przemawianiem... Wcale lub bardzo rzadko próbują się dowiedzieć co interesuje odbiorców-klientów.

Reklama natywna? Odbieram ten pomysł jako próbę zburzenia ściany jaką dziennikarze i redaktorzy zawsze odgradzali się od reklamy, marketingu. Oczywistą próbę myślenia biznesowego, bo Lis i Machała gdy zostali wydawcami musieli zacząć myśleć nie tylko newsem, opinią, ale i Exelem. Nie rozgrzeszam akcji i reklamy natywnej i nie pochwalam firmowania swoim nazwiskiem produktów. Prawda leży gdzieś pośrodku. Zwłaszcza, że podejścia biznesowego w redakcjach nigdy za wiele nie było. Reklama to coś czym prawdziwy dziennikarz się brzydzi, a redaktorzy naczelni - słusznie - stawiają granice, których nie wolno przekraczać. Przychody reklamowe to zawsze było coś gorszego, czym dziennikarz się nie interesował. Podniecenie w redakcjach wywoływały nie przychody reklamowe a cytowania. Ale nimi nie płaci się wierszówki. Owszem są ważne, w jakiejś części budują wartość brandu ułatwiając zadanie reklamie. Chwała Lisowi i Machale, że próbują myśleć biznesowo, ale ten sposób do końca mi się nie podoba. Exel wymusza eksperymentowanie, ale efekty i szczegóły pewnie lepiej przedstawi wkrótce Arnold Buzdygan http://arnoldbuzdygan.com/, który 30 sierpnia zapowiedział, że dobierze się do wyników finansowych Natemat.pl

Dopóki dziennikarze sami nie uwierzą, że treści, które przygotowują mają wartość, dopóty chętnych do płacenia nie będzie. Udawanie, że jesteśmy niezależni, że nie tracimy niezależności idąc na skróty „firmując“ parówki, jeansy czy napoje izotoniczne nie rozwiąże problemu. Ci, którzy przynoszą pieniądze chcą jednego – dotarcia do swoich klientów. Chcą procesu transakcyjnego w offline, czy online. Firmy nauczyły się już, że nie potrzebują do tego pośredników w postaci mediów. Potrafią docierać do odbiorców kupując AdWordsy w Google czy kampanie na FB. Coraz częściej sygnalizują w reklamach „znajdziesz nas na Facebooku“ co oznacza, że pieniędzy w mediach może być coraz mniej.


Reklamodawca ma swój cel i w świecie digital zadaniem wydawcy a zatem i dziennikarza jest mu to ułatwić. Wiarygodność jednak nie jest na sprzedaż. Zamiast dorabiać ideologię do potrzeby zarabiania, by utrzymać biznes jako dziennikarze powinniśmy szeroko otworzyć się na odbiorców, a tym samym ułatwić zadanie ludziom od reklamy. Nadal cenną wartością dla marek będzie występowanie obok wartościowej treści, obok marek jaką samą w sobie są i powinni być w przyszłości dziennikarze w sieci. Lis i Machała będą mieć większą wartość dla reklamodawcy, gdy będą uprawiać dziennikarstwo, a nie mrugać okiem, że jeden napój jest lepszy niż inne. Mylę się?

Jako środowisko dziennikarskie wyjątkowo uważnie patrzymy sobie na ręce zamiast uważnie przyjrzeć się najważniejszym graczom na rynku. Opowiadać częściej np. o tym, że Google nie płaci w Polsce wystarczająco wysokich podatków albo, że wiele NGO-sów walczących o wolność w sieci finansowanych jest zawoalowany sposób przez giganta z USA (ostre oskarżenie - wiem) zainteresowanego tym, by sieć www była „wolna i otwarta“. Kto z polskich dziennikarzy prowadził śledztwo i interesował się tym, że jednym z udziałowców Google na amerykańskiej giełdzie jest George Soros. Wśród wspierających fundację http://panoptykon.org, jest http://www.opensocietyfoundations.org/, której założycielem jest George Soros... Czy coś zarzucam Panoptykon.org? Nie. Wolałbym jednak wiedzieć dlaczego Google ma taki problem z uczciwym rozliczeniem się z producentami treści.


Chciałem tylko opisać sytuację nie moralizować. Świat nie jest czarno-biały. Prawdziwym problemem nie są ani płatności, ani platformy, tablety, czy smartfony... Internauci wydają pieniądze w sieci, kupują gry, muzykę. Będą płacić za dostęp do treści dziennikarskiej. Zrobią to dopiero wtedy, gdy uwierzą w nią sami dziennikarze. 

.......................................................................................................................

PS Z Google źle, bez niego jeszcze gorzej. Paradoks polega na tym, że krytykując m.in. Google używam jednocześnie jego platformy blogowej. Zaznaczam, że czynię to świadomie.

niedziela, 8 września 2013

Square.com. Czy Jack Dorsey okaże się nowym Stevem Jobsem?

Może Jack Dorsey może i do końca nie wie jak zarabiać na Twitterze (a przynajmniej tak twierdzi „branża“), którego współtworzył, ale na pewno jest osobą o innowacyjnym podejściu do biznesu. To on założył Square https://squareup.com/ system elektronicznej płatności mobilnej. Square powstał w maju 2010 roku i wypuścił na rynek czytnik, który po podłączeniu do smartfona zmienia go w elektroniczny portfel. Ten malutki czytnik kart kredytowych podłącza się do gniazda słuchawek telefonu iPhone, Androidu lub tabletu zamieniając telefon/tablet w terminal płatności wygodny dla małych sklepów, firm usługowych a w przyszłości dostępny nawet dla rolnika prowadzącego sprzedaż przy drodze.

To oczywiście w 2013 r. nic nowego, ani dziwnego. Już tysiące Polaków ma w kieszeni smartfona z usługą płatności mobilnej, niejako z „doładowaną kartą kredytową“. MyWallet od T-Mobile czy Orange Cash znakomicie przyjęły się na naszym rynku, w ogóle Polacy są niezwykle otwarci na technologiczne nowinki. Ale ważniejsza jest odpowiedź na pytanie czy świat będzie miejsce kooegzystencji wielu systemów, czy raczej zdominuje go jakieś wygodne rozwiązanie wdrażane przez globalne firmy z Ameryki?

Komputer, laptop, netbook, tablet, komórka, smartfon - to przecież wciąż to samo, tylko inaczej wygląda i ma coraz mniejsze rozmiary. System operacyjny. We wszystkich tych urządzeniach są procesory pozwalające dokonywać coraz bardziej skomplikowanych operacji, także bankowych. Od jakiegoś czasu używam, jak pewnie wielu Polaków, karty jednego z banków. Ze zbliżeniowym systemem mikropłatności pozwalającym bez wpisywania PIN-u płacić do 50 zł. Tak sobie kilka miesięcy temu pomyślałem czytając opis i możliwości działania, jakby było miło gdyby moja komórka mogła to samo. I - jak widać na filmach dostępnych na Square.com - podpis wykonany palcem przesuwanym po ekranie tabletu to już nie jest film sf. Komórka z kartą kredytową, czyli urządzenie jak najbardziej osobiste, noszone zawsze przy sobie. Posiadając unikalny numer (karta kredytowa, numer telefoniczny) aparat telefoniczny zmienia się w terminal z kartą kredytową.



W zasadzie inwestorzy od czasów internetowej bańki na początku tego tysiąclecia zastanawiają się jak giganty, takie jak Twitter czy Facebook zmonetyzować. Twitter? Owszem, ale wygląda na to, że Jack Dorsey patrzy bardzo daleko w przyszłość budując kolejny zamknięty system. W Polsce szczyt popularności Twittera jeszcze przed nami, obecnie korzysta z niego ok 2,4 mln Polaków, ponad 500 mln użytkowników na całym świecie. Ten mikroblogowy serwis może okazać się dla Dorseya zaledwie uboczną działalnością przy potencjale biznesowym jaki posiada Square - jeśli stanie się równie popularny jak karta kredytowa. Na razie usługa dostępna jest w USA, Kanadzie i Japonii, ale zainteresowanie inwestorów już widać.

Pan Dorsey dostanie pewnie dużo większe pieniądze za swój Suqare niż za akcje Twittera. Dwa lata temu amerykańskie media informowały o inwestycji Visy w Square. I nastąpiła cisza, ale już w październiku 2012 Business Insider wyceniał Square Inc. na 3,2 mld dolarów! Mastercard i Visy żyją z prowizji, która – jak szeroko informowały polskie media – będzie u nas coraz niższa. Sejm przegłosował obniżkę opłat interchange i według nowych przepisów od 2014 r. stawki te mają zostać obniżone do 0,5 proc. wartości transakcji. Czyż interesująco nie wygląda globalna firma, która może zarabiać miliony dolarów żyjąc tylko z prowizji? I to obecnie w wysokości 2,75 procenta. I nie dziwię się, że są tacy co widzą w Jacku Dorseyu nowego Steve‘a Jobsa. Bo chce on chce wygodę i prostotę używania Twittera wprowadzić do płatności mobilnych. Jak widać z filmów dostępnych na https://squareup.com/testimonials może się to mu udać…

czwartek, 29 sierpnia 2013

VOD z Tesco? Dlaczego hipermarkety nie powiedziały ostatniego słowa w online...

Blinkbox – powinniśmy w Polsce lepiej zapamiętać tę nazwę. W 2011 roku brytyjska sieć Tesco kupiła 80 procent udziałów w tym serwisie VOD. Dziś sieć znana raczej z hipermarketów liczy się na rynku Video On Demand na wyspach brytyjskich. Zapewne Tesco z milionem klientów na swoje usługi w Blinkboxie nie zawaha się sięgnąć po takie same rozwiązania także w Polsce.

Usłyszałem kiedyś od pewnego mądrego człowieka, że w polskim internecie karty są już dawno rozdane. Jak dowodzą wydarzenia z ostatnich kilkunastu miesięcy (fuzje, przejęcia) mylił się ogromnie. To nieprawda bo do gry wciąż mogą wejść światowi gracze z branż kompletnie odległych od internetu, choćby handlujący towarami FMCG. Obracający milionami nie zawahają się zainwestować w perspektywiczną branżę, po prostu w kanał zbytu towarów, który może przynieść dużą stopę zwrotu.



W Polsce też mamy nietypowe doświadczenia z wchodzeniem graczy ze świata offline w online. Spółka Czerwona Torebka przejęła kilka miesięcy temu większość udziałów w Merlin.pl, a Czerwona Torebka to przecież Mariusz Świtalski i jego olbrzymie doświadczenie w handlu detalicznym. Ostatnio Świtalski nagle zmienił strategię bo skończył mu się zakaz konkurencji wobec Jeronimo Martins (ta firma kupiła założoną przez niego w 1995 r. Biedronkę) i zamiast sieci pasaży handlowych pod nazwą Czerwona Torebka ma chyba zamiar – m.in. z pomocą Merlina – budować jednak sieć detaliczną.

Sama historia Merlina zaczęła się w 1997 roku. Założył ją Zbigniew Sykulski i jego koledzy z wydawnictwa Prószyński i S-ka, ci sami ludzie, którzy stworzyli potęgę tytułów prasowych „Cztery kąty, czy „Poradnik domowy“. Merlin był łakomym kąskiem dla Empiku, ale decyzją UOKiK-u nie powstała firma, która mogłaby być monopolistą na rynku handlu online. Tymczasem Czerwona Torebka i stojący za nią Świtalski to typowa spółka, której przychody pochodzą z niskiej marży na towarach kupowanych przez masowego klienta. A skoro w „stajni“ Świtalskiego jest Merlin (ta firma tworzyła pod koniec lat 90. standardy płatności online kartami kredytowymi w Polsce) to należy spodziewać się dalszych kroków integrujących oba kanały.

20 maja z polskiego rynku zniknęła sieć Beverly Hills Video, rozmyła się w nicości „śladem“ wielkiej sieci Blokbuster. Wypożyczalnie kaset video, a później płyty DVD i Blue Ray, straciły racje bytu za sprawą VOD. Początkowo VOD kojarzyliśmy jedynie z dostawcami treści video w tradycyjnych kanałach telewizyjnych (Ipla – Polsat, VOD od TVN Player). Gdy bowiem VOD zaczynało zdobywać popularność kluczowe były technologia i obszerna biblioteka tytułów. Dziś to pierwsze jest do zdobycia, spopularyzowało się, a to drugie można kupić rekompensując sobie koszty świadcząc usługę na duża skalę. Liderem jest VoD.pl należący do Onetu, który osiąga zasięg 16,2 % polskich internautów. Dużo i mało jednocześnie...

Pojawiły się też pierwsze sugestie, że na polski rynek wejdzie Netflix amerykański firma, której ofertę ogląda już ponad 38 mln internautów w 40 krajach. Wejście takiego giganta na europejski rynek (m.in. Wielka Brytania, Irlandia, Szwecja, Holandia) może zdynamizować rozwój usług VOD. Sztandarowym przykładem ofensywy Netflixa jest serial "House of Cards" z Kevinem Spacey w roli głównej. Prawdziwą przewagą konkurencyjną nad tradycyjną telewizją i kablówkami są dane jakie Netflix zbiera o zarejestrowanych użytkownikach. Firma twierdzi nawet, że to nie tylko zmniejsza koszty marketingu, ale, że jest w stanie prawidłowo zasugerować 3/4 klientom co mają obejrzeć z ich zbiorów. Prezes Reed Hastings przyznał, że "House of Cards" powstał na postawie badań przyzwyczajeń i zachowań subskrybentów - "przewidzieliśmy jak wielka będzie publiczność tego serialu".


A co ma do tego wszystkiego ma Tesco? Zasięg offline, czyli setki tysięcy klientów tej sieci, którzy jednocześnie korzystają w domu z internetu. Co za problem sięgnąć do ich kieszeni i poszerzyć swoją działalność przejmując jakiegoś gracza w Polsce, z dobrą biblioteką, w miarę nowoczesną technologią? I potem tylko połączyć wszystko ze sklepem Tesco w realu i tym z końcówką pl. O innych graczach nie wspomnę, hipermarkety nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa. I rzecz nie tylko w VOD. Sporo wskazuje na to, że dopiero przeżyjemy u nas prawdziwą hossę na oglądanie filmów w internecie.

sobota, 24 sierpnia 2013

Instagram. Podglądanie celebryty, czyli szósty stopień oddalenia

To niesprawiedliwie. Dopiero co serwisy o celebrytach przeżywały swój rozkwit, dopiero co wszyscy zachwycili się tego typu treścią a już ma nadejść ich zmierzch? Serwisy tabloidowe mogą okazać się niepotrzebne? Instagramowi błyskawicznie przybywa i samych celebrytów – prawdziwych i „znanych z tego, że są znani“ – jak i użytkowników, przeciętnych internautów. Ci pierwsi kierują obiektywy swych smartfonów na siebie, ci drudzy z pomocą tego samego urządzenia i serwisu Instagram mają okazję ich podglądać. I złudne poczucie bycia ich znajomymi.

Pamiętacie określenie "że każdy na tej planecie oddzielony jest od każdego innnego tylko o sześć osób"? Taka mniej więcej kwestia pojawiła się w sztuce scenicznej Johna Guare'a "Szósty stopień oddalenia" z 1990 r. Co ważne w cyberprzestrzeni za sprawą Twittera, Facebooka czy Instagramu możemy poczuć się i bliżej pewnych osób, i równocześnie bardzo daleko. Śledzenie profili VIP–ów jest skracaniem tego dystansu, kliknięcie w “lubię to”, komentarz pozwala mieć złudzenia, że "znamy się z celebrytą, politykiem"... Czy Facebook stał się już passe? Twitter pozostaje środowiskiem dziennikarzy, polityków i marketingowców? Ulotność kontaktu na Twitterze i nachlana reklama na Fejsie... Tymczasem Instagram jeszcze bardziej skraca dystans. Nic dziwnego, że tak wielu śledzących mają profile celebrytów, modelek, modowych blogerek, czy sportowców.

Serwisy tabloidowe obficie czerpią ze zdjęć i 15-sekundowych filmów zamieszczanych przez słynnych ludzi na Instagramie: Doda na imprezie, Anna Przybylska po operacji ma się świetnie, a blogerka modowa w nowej stylizacji – proszę bardzo. Tylko czy potrzeba dziś pośredników w postaci tablidowych serwisów? Skoro widzę to samo co na Plotku, czy Pudelku po co mam „przepłacać“ spędzonym tam czasem? Kiedyś Pudelka wyróżniała swoista unikalność contentu - jedno wydarzenie, kilka kadrów, często tego samego ujęcia, ostry komentarz i był news, który przyciągał internautów żądnych plotek. Na początku ów news był przepisywany śladem innych mediów, głównie papierowych, później coraz częściej papparazi dostarczali unikalne zdjęcia.

Mark Zuckerberg wykonał w 2012 roku świetny ruch kupując Instagrama za 1 mld dolarów. Dalszy jego rozwój może okazać się dla części rynku (tabloidy printowe i onlinowe) tym czym okazała się rosnąca potęga Google dla wydawców prasy. Wujek Google w ciągu 15 lat swego istnienia nauczył miliardy internautów, że pierwsze kroki trzeba kierować do niego, a nie do brandów utożsamianych z informacją, opinią, jakością. Google pokazuje nam gdzie są owe newsy, nie rangując ich zbytnio jeśli chodzi o jakość, podpowiada gdzie mamy czegoś poszukać. Instagram natomiast zagospodarowuje ludzką potrzebę – podglądanie życia innych. Dzięki temu wydaje nam się, że o ulubionych gwiazdach wiemy jeszcze więcej.

Kiedyś dziennikarze byli potrzebni politykom – teraz Ci, jak minister Radek Sikorski – używają Twittera, by zakomunikować coś do czego kilkanaście lat temu potrzebowali zwołania konferencji prasowej. Kiedyś tabloidy wysyłały paparazzi, by czatowali z aparatami na jedno ujęcie z pijanym aktorem, a reporterzy grzebali w śmieciach, by poznać tajemnice życia prywatnego VIP–ów. Kiedyś telewizje śniadaniowe zapraszały celebrytki, by dzieliły się swoimi przeżyciami z wakacji, a teraz modelki, aktorki, sportowcy pokazują w swoich profilach na Instagramie prawdziwe cuda. Chętnie kierują smartfona na siebie, wybierając tylko czas, miejsce i okoliczności. Wystarczy śledzić zamieszczane przez nich zdjęcia, polubić je, skomentować. Odkrywamy wtedy ze zdumieniem, że jesteśmy sobie tak "bliscy" - np. o Doda ma taki sam kostium kąpielowy jak ja!

Smartfon i Instagram zaspokajają pierwotną potrzebę – podglądanie innych. Komórka jest ciągle z nami, ale czy dzięki temu nie czujemy się jeszcze bardziej samotni we wszechświecie, w cyfrowym świecie gdzie każdy VIP jest o jeden klik od nas a jednocześnie posiadanie tak wielu “dobrych, cyfrowych znajomych” może być przekleństwem?

A film poniżej? Niech będzie ciekawą puentą :)